logo

2/15/2014

Rozdział VII "Wypadek przy pracy"

Jak obiecałam, przerwa nie była długa, w końcu udało mi się wyrobić ;) Może kogoś pocieszy wiadomość, że rozdziały do XIII są gotowe, muszę je tylko przeczytać jeszcze raz i poprawić ewentualne błędy.

KLIK -> Moja ostatnio ukochana piosenka, dzięki pewnej pani :)
Enjoy!

***


  Rose przetrzepała całą torbę w poszukiwaniu wizytówki. W końcu znalazła ją, pogniecioną, na samym dnie. Z westchnieniem ulgi rozprostowała papier i wstukała numer. Kilka sekund później usłyszała znajomy głos.
- Amelia Pierce, słucham.
- Dobry wieczór, z tej strony Rose Parker, spo…
- Ach, to ty, Rose! – Jej ładnie przygotowaną mowę szlag trafił. – Już myślałam, że nie zadzwonisz. Mam nadzieję, ze przemyślałaś sobie moją propozycje.
- Tak, i naprawdę chciałabym móc ją przyjąć, jednak muszę wiedzieć więcej o godzinach pracy.
- Jak się domyślam, jesteś uczennicą liceum.
- Zaczęłam drugi rok.
- Jedna z moich pracownic też uczęszcza do szkoły, więc nie ma z tym żadnego problemu. Właściwie, pracowałabyś tylko w weekendy i środowe popołudnia. W inne dni tygodnia swoją kolej mają pełnoetatowi pracownicy. Nie jestem jakimś surowym szefem, który rozstawia wszystkich po kątach. Jeśli będziecie dawać z siebie wszystko, mogę iść na wiele ustępstw, w tym ewentualne wcześniejsze zwolnienia z pracy, kiedy przytłoczy was nadmiar nauki. Wbrew pozorom, też kiedyś chodziłam do szkoły – zaśmiała się. – Co do wysokości zarobków, o tym wolałabym porozmawiać osobiście. Mimo wszystko, muszę przeprowadzić chociaż jakąkolwiek rozmowę kwalifikacyjną. Kiedy mogłabyś przyjść pod adres, który widnieje na wizytówce?
Rose przez cały monolog kobiety szczerzyła się do siebie. To była naprawdę wymarzona praca.
- Mogę być nawet jutro.
- Świetnie – Usłyszała dźwięk, jakby ktoś klasnął. – Zobaczymy się o siedemnastej, w porządku?
- Jak najbardziej.
- Do zobaczenia, Rose.
  Dziewczyna rozłączyła się, po czym opadła na łóżko i położyła się na plecach. Spojrzała na sufit upstrzony gwiazdami, które świeciły po wyłączeniu światła. Tata pomagał jej namalować je w pierwszy dzień ich przyjazdu. Wyciągnęła rękę do góry, sprawiając wrażenie, że dotyka palcem jedną z nich. Zachichotała cicho i pozwoliła łzom płynąć, wciąż trzymając uśmiech na ustach. Czasami po prostu nie wolno walczyć.

  - I jak twoja rozmowa o pracę? – Takimi słowa powitała ją Pixie nazajutrz w klasie. Rose pomachała Natalie, która czytała jedną z jej książek i rzuciła torbę na swoją ławkę.
- Mam się zjawić dzisiaj o siedemnastej, ale myślę, że ją dostanę.

- Wiec naprawdę będziesz ubierać się jak poko… - Reszta zdania była tylko bełkotem, kiedy Rose zatkała jej usta dłonią.
- Nie chcę, żeby wszyscy myśleli, że skoro będę hasać jako pokojówka, to mogą sobie wyobrażać o mnie nie wiadomo co – powiedziała ściszonym głosem. – Pracuje w kawiarni i tyle, jakby ktoś pytał.
Pixie wyglądała na naburmuszoną, ale pokiwała głową. Zadowolona, odjęła rękę.
- Co ja słyszę? Nowa dostała pracę.
Rose odwróciła się w stronę Daniela, który uśmiechał się kpiąco. Po chwili dołączyli do niego Simon i Michael.
- W kawiarni, nic specjalnego – oznajmiła spokojnie, uśmiechając się słodko. – Zaraz ci zetrę z twarzy ten uśmieszek.
- Spróbuj.
- Rose, pracujesz w kawiarni? A jeśli to zacznie kolidować z nauką? Na mnie wtedy nie licz – Simon patrzył na nią sceptycznie.
- Doceniam twoją pomoc – prychnęła. – Nie masz się o co martwić, szefowa zdaje sobie sprawę, że wciąż jestem w szkole i jest skłonna do kompromisów.
- Daniel, Simon. Pixie uśmiecha się podejrzliwie. Coś ukrywa – Michael przekrzywił głowę, patrząc na swoją siostrę, która kiwała się na piętach i pogwizdywała. Rose westchnęła zrezygnowana. Brunetka nie potrafiła dochować sekretu.
- Po prostu rozmyślam o balu – powiedziała wesoło. – Nie mogę się doczekać, kiedy będę mogła ubrać swój kostium.
Może jednak potrafiła.
- Za kogo się przebierzesz? – zainteresował się Daniel.
Pixie uniosła jeden kącik ust, uśmiechając się tajemniczo. Wystawiła palec w kierunku chłopaka.
- To sekret.
Rose mogła przysiąc, że kiedy Daniel szedł do swojej ławki, uśmiechał się pod nosem. Uniosła brwi i potrząsając głową usiadła na niewygodnym krześle.
- Zapomniałabym – mruknęła Pixie i zwróciła się w jej stronę. – Zapisałam nas do pomocy dla klubu muzycznego.
- Co!?


  Wciąż nie do końca wiedziała, w jaki sposób się tu znalazła i właściwie dlaczego. Pixie powiedziała jej, że z okazji balu potrzebują pomocy i to akurat one musiały jej udzielać. Z tej okazji w tej chwili pomagały ustawiać sprzęt na sali gimnastycznej. Bal odbywał się za około dwa tygodnie, Rose na ich miejscu zrobiłaby to dzień przed. Koledzy z jej starej szkoły zapewne by się z tym zgodzili. Tutaj wszystko było tak perfekcyjnie zorganizowane.
- Za chwilę muszę iść, żeby nie spóźnić się na rozmowę.
- Nie ma problemu, przecież nie musisz zostać do samego końca.
- Nie rozumiem, dlaczego mnie zapisałaś. 
- Jeśli nikt się nie zapisze, to w końcu z balu wyszłyby nici. Musi być chociaż kilka osób, chętnych do pomocy.
Rose miała ochotę wspomnieć, że wcale się do pomocy nie paliła, ale powstrzymała się. Nie potrzebowała kłótni.

- Pixie, lubisz Daniela?
Brunetka, która właśnie próbowała rozplątać kable od głośnika, podskoczyła i uderzyła o niego głową. Pisnęła i zaczęła masować bolące miejsce, po czym spojrzała na Rose z przestrachem.
- O czym ty mówisz?
Posłała jej znaczące spojrzenie.
- Daj spokój.
- Och, no dobra. Tak, lubię go! Nawet bardzo – powiedziała Pixie ledwo słyszalnym szeptem. – Od jakichś dwóch lat, dokładniej mówiąc. Ale przecież widzisz, że on i Natalie to pewnik.
Rose zmarszczyła brwi w niemym pytaniu. Brunetka westchnęła.
- Zawsze są razem, Daniel troszczy się o nią o wiele bardziej niżby wypadało. Nie wiem, co ona czuje, ale Natalie zawsze potrafi ukryć swoje emocje. Bardziej możliwe, że jeszcze się nawet nie zorientowała.
- Jesteś pewna? – zapytała Rose sceptycznie.
- Tak. Dlatego nie robię nic w tym kierunku. Nie wyznałam mu nic i nie mam zamiaru tego robić. Po co stwarzać takie niepotrzebne zamieszanie? – uśmiechnęła się smutno.
Rose bez zastanowienia objęła dziewczynę. Trzymała ją tak dłuższą chwilę, aż nie przypomniała sobie, że przecież powinna się już zbierać.
- Musze iść – oznajmiła, przed odsunięciem się delikatnie uścisnęła ramię Pixie. – Trzymaj się.
Przerzuciła torbę (swoją droga, powinna kupić nową, ta chyba nie przetrwa do końca semestru) przez ramię i ruszyła w stronę wyjścia. Odwróciła głowę przez ramie i pokazała uniesiony kciuk.
- Odezwę się wieczorem.
- Rose, uważaj!
Za późno. Wpadła na kogoś z impetem, przewracając go i lądując na nim. Zajęło jej kilka długich sekund ogarnięcie sytuacji, a kiedy zorientowała się, że upadek zamortyzował William Davies, zamarła.
Chłopak wyglądał na wściekłego. Rose była wściekła. Na siebie.
- Nic ci nie jest? – zapytała niechętnie
- Szczęśliwie dla ciebie byłoby, gdyby nic się nie stało.
Otworzyła usta zdumiona. Próbowała być grzeczna! Nawet miała zamiar przeprosić.
- Słucham?
- Słyszałaś – Spojrzał na nią z politowaniem i, cholera, ten wzrok działał na nią jak płachta na byka.
- Nie myśl sobie, że jesteś nie wiadomo kim, Davies. Nie każdy na twój widok będzie się ślinił i żebrał o odrobinę uwagi – syknęła, wkładając w swoje słowa tyle jadu, ile zdołała.
- Leżysz na mnie – przypomniał jej, a ona nienawidziła go za te celne uwagi. Krzywiąc się, podniosła się na nogi i obserwowała, jak William robi to samo. Rose zauważyła coś ciemnego na jego przedramieniu.
- Krwawisz – zauważyła. Pewnie musiał się skaleczyć, kiedy uderzył w podłogę. Mimo wszystko, poczuła się winna, w końcu to ona na niego wpadła. – Chodźmy do pielęgniarki.
- Nie potrzebuje pomocy od takich jak ty – powiedział cicho. Tym boleśniej Rose odczuła te słowa. Wolała, aby wykrzyczał jej to prosto w twarz ze złością.
- Świetnie – rzuciła, zaciskając rękę na pasku torby. – Rób co chcesz.
Wybiegła z sali, odprowadzana spojrzeniami i szeptami. Nie chciała być przedmiotem plotek. Nienawidziła być w centrum uwagi, to przywoływało złe wspomnienia. Lecz od kiedy go poznała, zdarzało się to coraz częściej. Wywoływał w niej wszystkie negatywne emocje, które chciała zakopać głęboko w sobie. Czy kiedykolwiek będzie w stanie żyć bez widma przeszłości na każdym kroku?

  Stała przed kawiarnią, które znajdowała się na rogu niezbyt zaludnionej ulicy. Wyróżniała się na tle szarych i burych sklepów. Szyld połyskiwał złotem, wszystko było oszklone, a na wystawie stały różne słodkości wśród bukietów kwiatów. Rose pchnęła błękitne drzwi i przekroczyła próg. Rozejrzała się wokół. Było to naprawdę przytulne miejsce. Ściany w kolorze mlecznej czekolady, jasna podłoga, a do tego okrągłe, drewniane stoliki i krzesła.  Połowa z nich była zajęta przez klientów, którzy popijali kawę z filiżanek i zajadali się smakołykami. Większość z nich była mężczyznami, zauważyła Rose. Szczerze powiedziawszy, nie dziwiła się temu zupełnie. Kelnerki pokojówki mogły tak przyciągać tylko jeden rodzaj klienteli. Dziewczyna skupiła wzrok na jednej z pracownic. Jej strój był podobny do tego, który kupiła, wyróżniał się jedynie fioletowym kolorem. W sumie, żaden z nich nie był taki sam. Zielony, czerwony… każdy inny.
- Rose! – Odwróciła na dźwięk znajomego głosu. Amelia podeszła do niej i energiczne uścisnęła jej rękę.
- Przepraszam za spóźnienie.
- Nic nie szkodzi – machnęła ręką lekceważąco. – Chodźmy na zaplecze.
Poprowadziła ją w stronę niewielkich drewnianych drzwi i dalej do następnego pomieszczenia. Był to mały pokój, gdzie stało biurko i jeden regał, z góry do dołu zawalony papierzyskami. W rogu ktoś ustawił sztuczną palmę, a na parapecie małego okna stało kilka figurek, przedstawiających słonie.

- Wybacz bałagan, zawsze miałam problemy z utrzymywaniem porządku – rzekła Amelia, uśmiechając się przepraszająco. – Napijesz się czegoś? Wody?
- Poproszę wodę.

Po chwili, Amelia wróciła ze szklanką wody. Usiadła przy biurku i wbiła w nią wzrok.
- Nie denerwuj się, ja nie gryzę – powiedziała z uśmiechem.

Rose wygładziła zagniecenia na spodniach. Odetchnęła głęboko. Musi dać z siebie wszystko.


Gdyby ktoś miał problem z wyobrażeniem sobie stroju Rose (zawsze miałam problemy z opisami takiego rodzaju rzeczy) to klik Inne pracownice mają bardzo podobne uniformy, jednak są one w innych kolorach, które na pewno będą wspomniane :)

8 komentarzy:

  1. No więc, dopiero dzisiaj udało mi się przeczytać Twój wpis i powiem szczerze, że bardzo mi się podoba. Ogólnie, to nie przepadam za romansami, ale Twoje opowiadania chętnie pochłaniam, bo jest uzależniające :). Fajnie też, że każdy rozdział prezentuje sobą taki sam wysoki poziom. Nie mam się do czego przyczepić, jeśli chodzi o interpunkcję, ortografię i błędy - wszystko jest dopieszczone i dopracowane w najmniejszym szczególe.
    Życzę weny! :)

    PS - ale ze mnie łoś... dzisiaj na telefonie grzebałam w komentarzach i niechcący usunęłam ten od Ciebie, który był taki długi... :C Niestety nie da się go przywrócić, ale mi jest przykro, bo wiele dla mnie znaczył :<

    ~ Martyna

    OdpowiedzUsuń
  2. Wiesz, twoje opowiadanie przypomina mi pewne anime ;) Wzrorujesz się na nim ? Anime to ''Usui Takumi'' ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli o to chodzi, to anime nie nazywa się "Usui Takumi" tylko "Kaichou wa Maid-sama!" :) I nie, opowiadanie nie ma z nim nic wspólnego.

      Usuń
  3. Bardzo fajny rozdział jak i całe opowiadanie. Rose jak główna bohaterka świetnie się sprawdza, William jak na razie wspaniale wywiązuje się z obowiązków "prześladowcy" Rose i to mnie cieszy :D Pragę więcej scen z William i myślę, że Rose nie złapie się szybko w jego sidła heh :P A na koniec mówię : "Pozytywnie jestem zaskoczona twoim opowiadanie, mam nadzieję, że szybciutko pojawi się kolejny rozdział :P"

    OdpowiedzUsuń
  4. Kiedy następny ? *.*

    OdpowiedzUsuń
  5. Kiedy mozna spodzziewac sie kolejnego rozdzialu? *3*

    OdpowiedzUsuń
  6. Od pewnego czasu czytam twój blog, ale dopiero teraz wzięłam się na odwagę, aby napisać komentarz. Bardzo podoba mi się twój styl pisania. Opowiadania są po prostu piękne. Każdy rozdział zachwyca czymś nowym.
    Życzę dużo weny i lecę czytać kolejne rozdziały.


    ---------------------------
    http://historia-bolu.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  7. Ach ten niemiły Will... Najlepiej to mu przywalić w twarz, może by się opamiętał...
    I gdzie się podziało alter-ego? ;o

    OdpowiedzUsuń