logo

11/06/2017

Rozdział XL "Wybór"

Kajam się, kajam! Na swoje usprawiedliwienie napiszę, że trzeci rok studiów i pisanie pracy licencjackiej po angielsku wyczerpuje wszystkie pokłady mojej weny, cierpliwości i chęci do życia (a wykładowcy japońskiego też nie są zbyt wyrozumiali). Nie będę zanudzać was długim wstępem i nie obiecuję, kiedy pojawi się kolejny rozdział, ale może uda mi się wrzucić go do dwóch tygodni.
PS. Sprawdziłam rozdział kilka razy, ale mogą pojawić się błędy. Wytykajcie, to poprawię!
Miłej lektury :)



***


William zaprowadził ją w stronę korytarza prowadzącego do damskiej szatni, gdzie o tej porze nie było nikogo, po czym odwrócił się przodem do niej z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
Rose przestąpiła z nogi na nogę, bawiąc się guzikami płaszcza. Wbijała wzrok gdzieś w ścianę obok głowy chłopaka, byle tylko na niego nie patrzeć. Czuła na sobie intensywny wzrok i to wystarczyło, żeby jej żołądek zwinął się w ciasny supeł.
 O czym chciałeś porozmawiać?  zapytała, chociaż podejrzewała, jaka będzie odpowiedź.
 Dlaczego nie przyszłaś na nasze spotkanie?
William nie spuszczał z niej wzroku, widziała to kątem oka.
 Byłam chora  odparła, co teoretycznie nie było kłamstwem. Rzeczywiście ostatni tydzień spędziła w łóżku, a fakt, że dzięki temu nie musiała spotykać się z Williamem, był miłym bonusem.
 Widziałem, że nie ma cię w szkole, więc domyśliłem się, że miałaś jakiś powód  odpowiedział jej.  Chodziło mi o zeszły piątek, byłaś wtedy w szkole.
W końcu na niego spojrzała. Spoglądał na nią spokojnym wzrokiem, nie robił wyrzutów, nie osądzał. Ale w głowie Rose zadźwięczały jego wcześniejsze słowa.
 Chcę z tym skończyć  wypaliła.  Z naszymi spotkaniami.
Davies zamrugał z zaskoczeniem, prawdopodobnie nie spodziewał się usłyszeć czegoś takiego.
 Dlaczego?
Rose rozłożyła ręce, siląc się na nonszalancję.
 Bo już nie widzę w tym sensu. Myślałam, że robię dobrze, ale myliłam się.
Wiedziała, że nie może tego dłużej ciągnąć. Miała dość robienia sobie złudnych nadziei i beznadziejnego wzdychania do Williama.
 I tak po prostu odpuszczasz? To do ciebie niepodobne.  Davies uniósł brwi.
Wcale nie miała zamiaru odpuszczać, a przynajmniej nie skrzypiec. To jego musiała sobie odpuścić, i to jak najszybciej.
 Przepraszam.
 Nie przepraszaj mnie, tylko powiedz, o co chodzi.  William zbliżył się do niej.  Co się stało?
Automatycznie zrobiła krok do tyłu, mając wrażenie bycia osaczoną. Samo przebywanie w pobliżu Daviesa przyprawiało ją o palpitacje serca.
 Boisz się mnie czy co?  Rzucił jej urażone spojrzenie, a kiedy potrząsnęła głową, westchnął zniecierpliwiony.  Więc o co chodzi?
 Po prostu nie mogę, jasne?!
Podniosła głos, czując, że zaraz wybuchnie płaczem. Odwróciła się i uciekła, chcąc jak najszybciej oddalić się od Williama.
 Rose, zaczekaj!  Usłyszała za sobą, ale ani myślała się zatrzymywać.
Kiedy dotarła na pierwsze piętro, zdążyła się uspokoić. Była już grubo spóźniona, ale nie mogła wparować do klasy w takim stanie. Oddychając głęboko, odwiesiła płaszcz do szafki i zabrała książki na następną lekcję, po czym zdecydowała, że trwające zajęcia przeczeka w bibliotece.
Naprawdę nie mogła uwierzyć, że rozmowa z Davisem poszła tak tragicznie. Liczyła, że uda jej się jakoś rozsądnie to wszystko wyjaśnić, przekonać Willa, że to najlepsze wyjście. Ale wychodziło na to, że nie mogła nawet przebywać w jego towarzystwie, żeby nie mieć ochoty się rozpłakać. Była w stanie myśleć racjonalnie dopiero teraz, siedząc samotnie przy drewnianym stoliku, w zupełniej ciszy, otoczona książkami.
 Niech to  mruknęła, kładąc głowę na stoliku.  Dlaczego nic mi się w życiu nie udaje?  westchnęła z rezygnacją.

*

Przyjaciele ucieszyli się na widok zdrowej Rose i nawet nie pytali, gdzie była na pierwszej lekcji. Chociaż tyle miała dzisiaj szczęścia.
Nie chcąc napatoczyć się na Daviesa, wszystkie przerwy spędziła w sali, a kiedy zbliżała się przerwa obiadowa namówiła wszystkich na szybką pizzę niedaleko szkoły.
Unikanie chłopaka było zadziwiająco łatwe, zważywszy na to, że Rose wiedziała, iż tak łatwo się nie poddaje. Zawsze chciał postawić na swoim i mieć ostatnie słowo. A biorąc pod uwagę, że tak po prostu od niego uciekła, z pewnością nie da jej spokoju.
 Coś ty taka zamyślona?
Zamrugała i spojrzała na Natalie.
 Co?
 Pytałam, czy chcesz załapać się na podwózkę do domu.  Przewróciła oczami.  Bo chyba zamierzasz tu dzisiaj nocować.
Rozejrzała się i rzeczywiście, w klasie zostały tylko one i Pixie. Nawet chłopcy już poszli.
 A nie podrzuciłabyś mnie do pracy?  Uśmiechnęła się.
 Jasne  odpowiedziała rudowłosa.
 Chętnie napiję się kawy w taką pogodę  wtrąciła Pixie.
Rose wywróciła oczami.
 Żebyście znowu mogły śmiać się z mojego stroju pokojówki?
  Oczywiście!  skwitowały obie.

Do wieczora nawet nie miała czasu przejmować się Williamem. W pracy przywitała ją rozemocjonowana Elizabeth, rzucając się jej na szyję. Z informacji Melanie wynikało, że blondynka jest już tak zakochana w Rose, że przez ostatni tydzień usychała z tęsknoty. Nigdy by się nie spodziewała, że ta skryta, strachliwa dziewczyna kiedykolwiek ją polubi.
Zdążyła wypić szybką kawę z przyjaciółkami, a potem miała urwanie z klientami aż do końca zmiany, więc nawet gdyby chciała, nie mogła znowu rozkładać całej rozmowy z Davisem na części pierwsze.
Mimo że zrezygnowała z ich wspólnych spotkań, nie chciała odpuszczać sobie skrzypiec. Wpadła na pomysł, żeby udać się do klubu, do którego zaprowadził ją Will, i gdzie poznała swoich idolów. Nie powinna spotkać tam dzisiaj Daviesa, skoro wieczorem miał mieć występ w Fantasy.

Jakie było jej zaskoczenie, kiedy po wejściu do klubu zamiast Williama, zobaczyła siedzącą przy stoliku Lucy.
Po krótkim biciu się z myślami przy barze, czy powinna podejść i się przywitać, wzięła zamówioną wodę i podeszła do dziewczyny.
 Cześć  powiedziała niepewnie.
Lucy podniosła nieprzytomny wzrok i spojrzała na Rose, po czym zamrugała, a jej twarz rozpromienił uśmiech.
 Rose, jaka miła niespodzianka!  Gestem zachęciła ją, żeby usiadła na przeciwko.  Jesteś sama? Gdzie William?  Rozejrzała się.
Rose potrząsnęła głową.
 Przyszłam sama.
Lucy ściągnęła usta w dziubek, marszcząc czoło.
 Pokłóciliście się? Wiem, że zawsze przychodziliście tu razem.
 Można tak powiedzieć.  Upiła łyk wody.  A gdzie Blake i Martin?
Lucy rzuciła jej zaniepokojone spojrzenie, ale chyba doszła do wniosku, że Rose nie chciała o tym rozmawiać, co wcale nie mijało się z prawdą.
 Blake poszedł na jakąś posiadówkę ze starymi znajomymi, a Martin spędza wieczór z ukochaną  wyjaśniła dziewczyna, wzruszając ramionami.  A ja przyszłam tu z nadzieją, że znajdę jakąś inspirację, bo ostatnio złapała mnie blokada twórcza.
 Blokada twórcza?
Lucy westchnęła ciężko i przymknęła oczy.
 Wiesz pewnie, że nasz ostatni album wyszedł ponad rok temu, prawda?  Rose przytaknęła.  Więc wiesz też, że głównie to ja piszę teksty, a muzykę komponujemy wspólnie?
Rose przytaknęła, ciekawa, do czego zmierza.
 Od pół roku nie mogę nic napisać  wyznała Lucy niechętnie.  Cokolwiek stworzę, nie nadaje się i ląduje w koszu. Próbowałam już chyba wszystkiego, żeby pobudzić wenę, ale to na nic.
 Nie miałam pojęcia...  zaczęła Rose, nie wiedząc co powiedzieć.
 Nic dziwnego  skomentowała dziewczyna kwaśno.  Nigdy o tym nie wspominaliśmy, ale prędzej czy później ludzie zaczną pytać.
Nie wierzyła własnym uszom. Jej idolka, jedna z ulubionych tekściarek i kompozytorek, cierpiała na blokatę twórczą. Chętnie pomogłaby Lucy w każdy możliwy sposób, ale przecież sama znajdowała się w podobnej sytuacji. Nie byłaby nawet w stanie udzielić głupiej rady.
 Nie wiem, co powiedzieć  wymamrotała w końcu, spuszczając wzrok.
Dziewczyna roześmiała się serdecznie.
 Spokojnie, nie powiedziałam ci tego, żebyś podała mi jakiś złoty środek  uspokoiła ją.  Chyba po prostu musiałam powiedzieć o tym komuś z zewnątrz. Wiedzą o tym tylko Blake, Martin i nasz menadżer.
 To może ja cię zostawię...  zaczęła niezgrabnie Rose, ale Lucy potrząsnęła głową w odpowiedzi.  Na pewno?
 Siedzę tu od dwóch godzin, więc jeśli do tej pory nic nie wymyśliłam, to już raczej nie wymyślę  stwierdziła z westchnieniem. Ale dość o mnie, opowiadaj lepiej, co u ciebie. Mam nadzieję, że zobaczę cię na naszym sobotnim koncercie.
Rose przytaknęła, mimowolnie uśmiechając się szeroko.
 Za nic bym tego nie przegapiła.
Lucy przybrała zamyślony wyraz twarzy, stukając paznokciem o swoją szklankę z sokiem.
 Masz mój numer, prawda?  zapytała. Rose pokiwała głową.  W takim razie przyjedź wcześniej i zadzwoń do mnie. Wyślę po ciebie kogoś z ekipy. Fajnie byłoby spotkać się jeszcze przed koncertem.
 Naprawdę?  Rose spoglądała na dziewczynę z niedowierzaniem.  To... byłoby świetnie!
 Blake bardzo cię polubił, więc czuj się ostrzeżona.
  Naprawdę?   Zaczęła podejrzewać, że to jedyne słowo, jakie znała.
 Tylko pamiętaj, Blake i ja równa się wielka miłość.  Lucy żartobliwie pogroziła palcem.
Rose od razu zarumieniła się po uszy.
 No co ty, ja nigdy...  urwała, spuszczajac wzrok.
Siedząca na przeciwko niej Lucy roześmiała się.
 Przecież wiem, Rose!  Uśmiechała się szeroko.  Ty masz Willa.
Westchnęła ciężko, gdzieś w głębi duszy domyślając się, że w końcu poruszą ten temat.
 Will nie jest moich chłopakiem  odezwała się.  I nie będzie.
 Dlaczego?  Lucy podparła brodę rękami, patrząc na nią z zaciekawieniem.
 Nie pasujemy do siebie.  Wzruszyła ramionami.
 A ja myślę, że wręcz przeciwnie. Rose, gdyby Will odrzucił taką dziewczynę jak ty, to byłby głupszy niż myślałam  stwierdziła Lucy z uśmiechem.
 Jestem za mało przebojowa  zaprotestowała Rose, krzywiąc się.
 Masz za niskie mniemanie o sobie, kochana.  Lucy cmoknęła z niezadowoleniem.  Wiem, że dopiero co się poznałyśmy, ale Rose, jesteś naprawdę świetną dziewczyną. Prześliczna, z poczuciem humoru i dobrym gustem muzycznym.  Mrugnęła figlarnie.  No i przede wszystkim jesteś autentyczna, a w świecie, z którym mam do czynienia na co dzień, autentyczność to bardzo cenna i rzadka cecha.
Rose westchnęła, nie wiedząc co powiedzieć. Lucy patrzyła na nią z oczekiwaniem, uśmiechając się łagodnie.
 Wydaje mi się, że William gustuje jednak w innym typie dziewczyn  powiedziała wreszcie, krzywiąc się na rozczarowanie pobrzmiewające w jej głosie.
 Ale lubisz go, prawda?  zapytała cicho blondynka.
Wściekle krwisty rumieniec na policzkach Rose mógł posłużyć za wyczerpującą odpowiedź.
 No to mu o tym powiedz.
 Żeby dostać spektakularnego kosza?
 Jesteś tego pewna?
Wzruszyła ramionami.
 Po prostu wiem.
 A ja myślę, że dopóki nie spróbujesz, to się nie dowiesz.  Lucy rzuciła jej pocieszające spojrzenie, po czym delikatnie złapała Rose za drżące dłonie, które trzymała na stole.  Dam ci radę jako starsza koleżanka. Nie musisz się do niej stosować, po prostu przemyśl sobie moje słowa.  Poczekała aż Rose kiwnie głową i kontynuowała.  Nie duś w sobie emocji. W końcu nie wytrzymasz i wybuchniesz. Ja, na przykład, przelewam nadmiar uczuć w piosenki i od razu jest mi lepiej. Musisz odpowiedzieć sobie na pytanie, czy chcesz ukrywać przed Willem, co czujesz, a później tego żałować, czy jednak odważysz się wyznać wszystko, przyjmując na klatę jego odpowiedź. Decyzja należy do ciebie. Nie chcę do niczego cię namawiać, ale na twoim miejscu wolałabym nie zastanawiać się potem, co by było gdyby.  Lucy ścisnęła jej dłonie pokrzepiająco.  Masz dwa wyjścia.
 Tylko dlaczego mam wrażenie, że po tym, co powiedziałaś, zostało mi tylko jedno?  mruknęła.
W odpowiedzi usłyszała cichy chichot, kiedy dziewczyna wypuściła jej ręce i odchyliła się na krześle.
 Rose, jesteś urocza  oznajmiła, po czym rzuciła nonszalancko:  Jak myślisz, jakie dziewczyny mogą podobać się Willowi?
 Czy naprawdę musimy o tym rozmawiać?  jęknęła Rose.  Zaraz chyba spalę się ze wstydu.  Lucy nie odpowiedziała, wpatrując w nią z uprzejmym zainteresowaniem.  No dobra  wymamrotała niechętnie.  Powiedziałabym, że William gustuje w pewnych siebie, zabawnych, utalentowanych blond włosych pięknościach.  Wzruszyła ramionami, bo to rzeczywiście był obraz idealnej dziewczyny, który widziała w głowie, myśląc o chłopaku. Totalne przeciwieństwo jej. Może dlatego tak ją ta wizja rozgoryczała.
 Nie widzę, żeby brakowało ci jakiejkolwiek z tych cech, oprócz blond grzywy, oczywiście. I może odrobiny pewności siebie. Albo więcej niż odrobiny.
 Jeśli utalentowana odnosi się do moich nadzwyczajnych umiejętności pakowania się w żenujące i upokarzające sytuacje, to jasne. Można to też podciągnąć pod bycie zabawną, bo zazwyczaj kończy się to na robieniu z siebie pośmiewiska.
Lucy zacisnęła usta i pochyliła się nad stolikiem, żeby trzepnąć ją w ramię.
 Przestań dyskredytować samą siebie  nakazała surowo, a Rose była jeszcze na tyle przyzwoita, żeby się zarumienić.  W niczym nie przypominasz aroganckiej blond lali, którą zapewne widzisz teraz w swojej głowie. I bardzo dobrze. Naprawdę myślisz, że Will jest na tyle próżny, że zainteresowałby się takim ładnym, ale pustym opakowaniem?  Widząc zmieszanie Rose, Lucy powoli wypuściła ze świstem powietrze.  Przepraszam. Poniosło mnie. Po prostu nie mogę patrzeć, kiedy ludzie tak nisko się cenią.  Westchnęła i zerknęła na zegarek na nadgarstku.  Cholera, już tak późno?! Obiecałam menadżerowi, że ustalimy szczegóły przed koncertem.  Spojrzała na nią przepraszająco.  Wybacz, ale chyba będę musiała uciekać.
 Nigdy bym sobie nie wybaczyła, gdybyś przeze mnie opuściła próbę  zaśmiała się Rose, kiedy Lucy w pośpiechu zgarnęła płaszcz z oparcia krzesła.  Dzięki za rozmowę. Naprawdę  dodała po chwili, uśmiechając się niepewnie.
 Nie masz za co dziękować, Rose  odparła blondynka.  W razie czego, masz mój numer, więc dzwoń, jeśli będziesz potrzebowała z kimś pogadać. Do zobaczenia w sobotę!
Rose oparła łokcie na stoliku, obserwując jak Lucy w pośpiechu wychodzi z lokalu, po czym westchnęła ciężko. Przyszła tutaj, żeby chociaż na chwilę zapomnieć o Williamie, a skończyło się na tym, że nie potrafiła wybić go sobie z głowy.