logo

2/15/2018

Rozdział XLI "Koncert"

Bez większego wstępu :) Nie będę obiecywać, kiedy pojawi się kolejny rozdział, bo wszyscy wiemy, że prawdopodobnie nie dotrzymam terminu. Liczę, że ten wynagrodzi wam przerwę swoją długością.
Miłego czytania :)

***

Cały tydzień zleciał Rose jak z bicza strzelił, i zanim się obejrzała wychodziła ze szkoły po piątkowych zajęciach, żegnając się z przyjaciółmi. Kilka dni wcześniej próbowali namówić ją na wspólny wypad do kina w sobotni wieczór, ale zrezygnowali, gdy powiedziała im, że wybiera się na koncert. Niestety nikt nie podzielał jej zachwytu, chociaż wszyscy słyszeli o Noizz.

Wzruszyła ramionami, wsiadając do przepełnionego autobusu. Mieszkała tu już od kilku miesięcy, a wciąż bała się, że wsiądzie do złej linii albo przegapi swój przystanek.
Kurczowo ściskając uchwyt nad głową, żeby czasem nie przewrócić się podczas ostrego zakrętu, znowu zaczęła myśleć o Davisie. Nie rozmawiała z nim od tamtego feralnego dnia, kiedy uciekła z płaczem. Była zaskoczona, że William nie próbował się z nią skontaktować, ale to wcale nie wróżyło dobrze. Rose popadała w paranoję, wszędzie widząc Willa i chowając się w sali podczas przerwy. Na stołówce pojawiła się tylko raz, bo z nerwów nie mogła przełknąć ani kęsa, a gdy Pixie zwróciła jej uwagę, że Davies się na nią gapi, była bliska zawału.
Miała świadomość, że prędzej czy później będzie musiała skonfrontować się z chłopakiem. Miała tylko nadzieję, że to później nastąpi bardzo późno.
Po dość dynamicznej pół godzinnej jeździe, Rose wyskoczyła na swoim przystanku, rozcierając ramię, zdrętwiałe od trzymania uchwytu, i otulając się ciaśniej szalikiem.
Mimo zbliżającego się marca, zima wciąż nie dawała za wygraną, więc chude nogi dziewczyny trzęsły się jak gałązki na wietrze, a przemarznięte dłonie wcisnęła do kieszeni płaszcza, ruszając z miejsca.

***
W domu przywitał ją wspaniały zapach, co oznaczało, że tata już wrócił z pracy i pichcił coś w kuchni.
— Wróciłam! — krzyknęła, trzaskając za sobą drzwiami i niedbale porzucając buty w korytarzu. Ściągnęła płaszcz i szalik, odwiesiła ubranie na wieszak, po czym ruszyła do kuchni.
— Myj ręce i chodź jeść, bo akurat skończyłem — przywitał ją tata, otwierając piekarnik, z którego buchnęła gorąca para.
— Czy to zapiekanka serowa? — zapytała z nadzieją Rose, kiedy zapach się nasilił.
W odpowiedzi dostała jedynie szeroki uśmiech, więc w podskokach poszła umyć ręce i czym prędzej wróciła, zasiadając do stołu z zadowoloną miną.
Tata postawił naczynie po środku blatu i usiadł naprzeciwko, ściągając grube rękawice kuchenne i odkładając je na bok.
— Stało się coś dobrego, skoro upiekłeś moją ulubioną zapiekankę? — rzuciła Rose, nakładając solidne porcje na talerze.
— Dostałem awans — oznajmił tata, dumnie wypinając pierś.
Szybko przełknęła kęs gorącej zapiekanki i spojrzała na niego z niedowierzaniem.
— Naprawdę? — Wyszczerzyła się w uśmiechu. — To wspaniale, tato!
— Stwierdzili, że przeniesienie mnie tutaj to była jedna z ich najlepszych decyzji — dodał ze śmiechem.
— Widzisz, mówiłam, że cię tu docenią.
Tata westchnął, zabierając się do jedzenia.
— Nawet nie wiesz, jak się cieszę, Rosie.
Posłała mu jeszcze szerszy uśmiech, a potem zjedli obiad, opowiadając sobie o minionym tygodniu.
Po skończonym posiłku Rose pozmywała naczynia, a resztę zapiekanki włożyła do lodówki, kiedy tata przeglądał gazetę, pogwizdując pod nosem.
— Tato... — zaczęła, opierając się o blat szafki. — Bo wiesz... Jadę jutro na koncert.
Brawa dla mistrzyni elokwencji!
— Hm? — mruknął tata, nie odrywając wzroku od gazety. — Jaki koncert?
— Mojego ulubionego zespołu... Noizz. Znasz ich, prawda?
W końcu na nią spojrzał, marszcząc czoło.
— No tak, pamiętam, że kiedyś mi o nich opowiadałaś — stwierdził po chwili. — Ale jak to idziesz na koncert? Jutro? Sama? Czemu nic mi nie powiedziałaś? I skąd masz bilet? To chyba dosyć droga sprawa.
Rose wywróciła oczami, spodziewając się podobnej lawiny pytań.
— Grają jutro, tutaj, w Nowym Jorku. Tak, idę sama. Nie powiedziałam, bo w sumie wypadło mi z głowy. A bilet... — zawahała się przez sekundę. — Wygrałam w konkursie.
Stwierdziła, że wyjaśnianie całej sytuacji ze zdobyciem biletu byłoby zbyt skomplikowane.
— Ale tak całkiem sama? — powtórzył ojciec z niepokojem. — Przecież to niebezpieczne.
— Cóż, teoretycznie będą ze mną setki, może tysiące osób — skomentowała. — No i to naprawdę kulturalne towarzystwo. Noizz to nie zespół wrzeszczących na scenie dzikusów.
Patrzyła z nadzieją na tatę, który wyglądał, jakby toczył wewnętrzny bój z samym sobą.
— No dobrze — westchnął w końcu z rezygnacją. — Prawdopodobnie nie wybaczyłabyś mi, gdybym zabronił ci iść i jeszcze uciekłabyś przez okno. — dodał kwaśno, a Rose wspomniała dzień, kiedy wymknęła się oknem, żeby pójść z Jennifer na szkolną dyskotekę. Była pewna, że tata też właśnie o tym myślał. — Ale zawiozę cię na miejsce. I tak mam po drodze na nocną zmianę. Dostaniesz pieniądze na taksówkę, którą masz wrócić od razu po koncercie. Aha, i masz mi się meldować co pół godziny.
Jęknęła z niedowierzaniem.
— Co pół godziny... na koncercie? — Spojrzała na niego, błagając w myślach, żeby żartował.
— Żadnych ale. — Uniósł ostrzegawczo palec. — Wystarczy krótki esemes, a ja będę spokojniejszy i nie będę wtedy do ciebie wydzwaniał. Zrozumiano?
Skrzywiła się, ale ojciec patrzył na nią twardo, więc w końcu przytaknęła z ciężkim westchnieniem.
— No to jesteśmy dogadani, córcia. — Odłożył gazetę, po czym wstał od stołu, uśmiechając się do niej z zadowoleniem. — Idę trochę popracować, bo potem leci w telewizji mecz — oznajmił i wyszedł z kuchni, po drodze czochrając jej włosy.
Rose odtańczyła mały taniec zwycięstwa, kiedy tylko zniknął za ścianą.
Może i nie były to idealne warunki, ale spodziewała się dłuższej i krwawszej batalii. Poza tym liczyło się tylko to, że jedzie na koncert swoich idoli.

Nie wiedziała, co ze sobą zrobić, więc poszła do pokoju i posprzątała cały bałagan, który bardzo skrupulatnie ignorowała przez ostatnie dwa tygodnie.
Kiedy skończyła, opadła na łóżko z westchnieniem, a jej wzrok padł na skórzany notatnik leżący na szafce nocnej. Sięgnęła po niego, położyła sobie na kolanach i delikatnie przejechała dłonią po czarnej okładce.
— I tak nie mam nic lepszego do roboty — wymamrotała pod nosem, po czym ułożyła się wygodnie, opierając o stos poduszek i otworzyła notatnik na ostatnim wpisie, który czytała. O tym, jak jej mama została ciocią.


15 stycznia

Przyjacielu, dawno mnie tu nie było, ale napawałam się (i wciąż napawam!) uczuciem bycia ciocią. A może rozchodzi się tu raczej o możliwość trzymania takiego maleństwa na rękach? Chociaż na to Meredith nie chce mi pozwalać. Naprawdę nie wiem, dlaczego ona mnie tak nie znosi. To znaczy wiem, ale no, sam rozumiesz.
Ale do rzeczy! To dziecko to najsłodsza rzecz na świecie. A jak Tom na niego patrzy! Jak na największy skarb. Prawie go wtedy nie poznaję, jest jak inny człowiek! Oczy mu łagodnieją, usta automatycznie wykrzywiają się w uśmiechu, a wszystkie troski jakby odpływają z jego twarzy. Nie wiem, czy dzieci to jakieś magiczne stworzenia, że mają taki wpływ na dorosłych.
Kiedy odwiedziliśmy Mer po wyjściu ze szpitala, chciałam wziąć szkraba na ręce, ale tak mnie zmierzyła wzrokiem, że gdyby wzrok mógł zabijać, to padłabym tam trupem. Dopiero kiedy Tom powiedział jej coś na ucho, niechętnie oddała mi maleństwo.
Gdy poczułam, jak to ciepłe, drobne ciałko układa mi się w ramionach, miałam wrażenie, że serce mi stanęło. A potem zaczęło walić jak szalone, kiedy spojrzały na mnie te szeroko otwarte zielone oczy. Miałam wrażenie, że na świecie zostałam tylko ja, z tym kruchym życiem na rękach.
Trwało to tylko ułamek sekundy, bo po chwili dziecko wykrzywiło się i zaczęło płakać. Meredith stwierdziła, że pewnie jest głodne, więc Tom szybko zabrał mi maleństwo i ostrożnie ułożył je na rękach żony.
Spojrzałam wtedy ostrożnie na Johnny’ego, który wbijał wzrok w chłopca i dopiero czując na sobie spojrzenie, zwrócił uwagę na mnie.
Nie odrywając od niego oczu, odnalazłam jego dłoń i splotłam ze swoją, lekko ściskając.
Wiedziałam, że zrozumie i wiedziałam, że będzie wniebowzięty.
I miałam rację, bo w następnej chwili twarz rozpromieniła mu się tak, jak w dniu, w którym zgodziłam się za niego wyjść.

Rose uśmiechała się tak szeroko, że rozbolała ją cała szczęka. Uwielbiała czytać wpisy swojej matki. Wydawała się być taką żywiołową, pełną energii osobą, czerpiącą z życia garściami.
Z niecierpliwością przewróciła stronę, przechodząc do następnego wpisu.

15 lutego

Chyba przestanę przepraszać, że tu nie piszę, bo musiałabym to robić w każdym wpisie.
Od miesiąca bardzo intensywnie staramy się z Johnnym o nasze własne maleństwo i nie wierzę, że się rumienię, pisząc to.
Nikomu jeszcze o tym nie powiedzieliśmy, bo nie chcemy zapeszać, ale jestem pewna, że mama bardzo się ucieszy. Marzy o wnukach.
Z drugiej strony, martwię się reakcją Toma. Co prawda, ostatnio nie poświęca mi tyle czasu, ile zawsze, bo pochłania go jego mała pociecha, ale wiem, że nie ucieszyłby się z naszej decyzji. Nie powinnam się tym przejmować, bo przecież sam starał się z Meredith o dziecko z pełną świadomością, że trudniej będzie mu pogodzić to z pracą menadżera, ale nie lubię się z nim kłócić. Naprawdę nie lubię. Oboje jesteśmy wtedy paskudni dla naszego otoczenia, a dla siebie jeszcze bardziej. W takich chwilach cieszę się, że nigdy nie czuliśmy do siebie niczego więcej niż zwykłej przyjacielskiej sympatii, bo razem stanowilibyśmy najbardziej destrukcyjną parę świata. I szybko byśmy się pozabijali.
Za to wszystkie troski wynagradza mi radość Johnny’ego. Dopiero teraz wiedzę, jak bardzo tego pragnął, tylko dobrze się maskował ze względu na mnie. Czy można sobie wymarzyć lepszego męża?
Opiekuje się mną non stop i pilnuje, żeby niczego mi się nie brakowało. Doprawdy, zachowuje się, jakbym już była w ciąży. Czasami jest to męczące, ale jeśli pisnę o tym choć jedno słówko, to niech się smażę w piekle!
Muszę uciekać, bo za chwilę przyjedzie Tom. Wypada teraz pora karmienia, a to rzadki czas, kiedy Tom może się ze mną spotkać i obgadać plany na najbliższe tygodnie.

Rose oderwała wzrok od zapisanych kartek, przecierając lekko zmęczone oczy. Z każdym kolejnym wpisem była coraz bardziej zaintrygowana tajemniczym Tomem - menadżerem matki.
Nie miała pojęcia, kim jest, wiedziała tylko, jak wygląda. Tata twierdził, że to przez niego mama zginęła, ale Rose sama nie wiedziała, co o tym myśleć. Żałowała, że tak niewiele pamiętała ze swojego dzieciństwa.
Zamknęła notatnik i schowała go do szuflady w szafce. Niedługo powinna iść spać.

***

— Pamiętasz, co ci mówiłem?
— Tak. — Wywróciła oczami. — Esemes co pół godziny. Zrozumiałam za piątym razem, tato.
— Uważaj na siebie — pożegnał ją tata, nachylając się, kiedy już wygramoliła się z samochodu.
— Zawsze — uśmiechnęła się uspokojająco, zatrzaskując drzwi i patrząc, jak auto odjeżdża.
Rozejrzała się po ogromnym tłumie ludzi, tłoczących się pod halą koncertową. Wszyscy rozmawiali, śmiali się albo wspólnie śpiewali, czekając aż ochrona zacznie wpuszczać do środka.
Rose oddaliła się w trochę cichsze miejsce i wybrała numer Lucy, nerwowo przykładając telefon do ucha.
Dziewczyna odebrała po chwili, witając się z nią pośpiesznie i odpowiadając komuś w następnej sekundzie.
Poinstruowała Rose, gdzie ma podejść, żeby ktoś z obsługi mógł po nią wyjść na zewnątrz, więc po chwili stała przed niepozornie wyglądającymi drzwiami, przebierając nogami i próbując się rozgrzać.
Czekała kilka minut aż drzwi otworzyły się i ze środka wychynęła czarna burza loków.
Niska dziewczyna ze słuchawką w jednym uchu zmierzyła ją wzrokiem.
— Ty jesteś Rose Parker? — zapytała ze zniecierpliwieniem.
Pokiwała energicznie głową, na co dziewczyna otworzyła szerzej drzwi.
— Wchodź do środka, byle szybko — powiedziała, więc Rose wskoczyła przez drzwi do ciepłego wnętrza. — Chodź za mną — poinstruowała ją, zamykając drzwi na klucz.
Musiała prawie truchtać, żeby nadążyć, bo chociaż niska, nieznajoma robiła długie kroki.
— Tutaj masz identyfikator i przepustkę. — Rose przyjrzała się zalaminowanemu identyfikatorowi na smyczy, który wciśnięto jej do ręki. — Nie zgub tego, proszę. I po koncercie jest do zwrotu.
— Jasne — wymamrotała Rose, nie bardzo nadążając za tym, co się dzieje, ale zawiesiła sobie przepustkę na szyi.
Dziewczyna poprowadziła ją krótkim, wąskim, nieoświetlonym korytarzem, aż w końcu wyszły na szeroką przestrzeń, a Rose zauważyła nawet skrawek sceny.
Kilka metrów dalej stali Lucy i... William.
Rose prawie potknęła się o własne nogi.
Cholera.
Powinna była się domyślić. Skoro przez cały tydzień Davies jej nie nękał i dobrze wiedział, że w sobotę będzie koncert, którego za nic by nie przegapiła, to oczywiste, że się pojawił.
Lucy zauważyła ją, kiedy podeszła bliżej.

— Rose! — Pomachała jej ręką. — Jak super, że jesteś! — Przytuliła ją, a Rose spojrzała ponad jej ramieniem na Willa, który tylko kiwnął głową w jej stronę z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
Lucy odsunęła się z promiennym uśmiechem.
— Dzięki — zwróciła się do dziewczyny z obsługi, która skinęła głową i oddaliła się, mówiąc coś do słuchawki. — Blake i Martin obgadują ostatnie szczegóły z ekipą, ale za niedługo powinni dołączyć. — Obejrzała się na Daviesa. — W sumie pójdę ich poszukać.
Posłała Rose znaczący uśmiech i zanim zdążyła ją powstrzymać, Lucy już truchtała w bliżej nieokreślonym kierunku, zostawiając ją na pastwę Williama.
Zaśmiała się nerwowo, czując na sobie spojrzenie chłopaka.
— Rose... — zaczął.
— Przepraszam! — wypaliła bezmyślnie.
Zamrugał i rzucił jej zdumione spojrzenie.
— Za co?
— Za to, że tak wybuchłam, wtedy, w poniedziałek — powiedziała niechętnie, bo naprawdę źle się z tym czuła. Przecież to nie była jego wina, że nie odwzajemniał jej uczuć. — Nie powinnam była tak cię potraktować — przyznała w końcu, krzywiąc się.
— Jakkolwiek te słowa są jak miód na moje uszy, szczególnie z twoich ust — odparł, nie przejmując się jej oburzonym spojrzeniem. — to nie masz mnie za co przepraszać. To ja niepotrzebnie na ciebie naciskałem.
Patrzyła na Willa niepewnie, nie potrafiąc ocenić, co stało za jego słowami. Miała wrażenie, że chciał dodać coś jeszcze, ale jego wyraz twarzy nie zdradzał teraz najmniejszej emocji.
Po chwili wróciła Lucy, razem z Blakiem i Martinem. Musieli iść się przebrać i dokończyć ostatnie przygotowania, więc porozmawiali kilka minut i zniknęli, znowu zostawiając Rose z Davisem.
Chłopak rozejrzał się z namysłem, po czym kiwnął na Rose i podszedł do szerokiej czarnej skrzyni, na której rozsiadł się jak na tronie.
Poklepał miejsce obok siebie, unosząc brwi.
— Nie wiem jak ty, ale ja nie mam zamiaru stać przez cały koncert, a stąd jest najlepszy widok na scenę.
Rose rozważała to przez chwilę, po czym usiadła niepewnie obok niego.
Naprawdę nie chciała być z nim sam na sam. Stresowała się obecnością Williama i faktem, że miała z nim niedokończone sprawy.
— Powiedz mi, Rose, co się z tobą ostatnio dzieje? — zapytał Will z uprzejmą ciekawością. Rose skręciła się wewnętrznie. — Myślałem, że wszystko idzie w dobrą stronę i nawet dogadywaliśmy się bez ciągłych kłótni, ale od ostatniego tygodnia... — Wzruszył ramionami. — Widzę, że coś się stało i wiem, że nic mi nie powiesz, ale chętnie usłyszałbym jakieś wyjaśnienie.
Rose wbiła wzrok w swoje dłonie, które położyła na kolanach.
Co miała mu powiedzieć? Że złamał jej serce, nawet o tym nie wiedząc? Że próbowała się z niego wyleczyć?
— Cóż, warto było spróbować — zaśmiał się Will.
— Przepraszam — powiedziała cicho.
Spojrzał się na nią dziwnie.
— Naprawdę musisz przestać mnie przepraszać — stwierdził. — Zaczynam czuć się z tym nieswojo.
— Przepraszam — odparła odruchowo i przeklęła się w myślach. — Przepraszam. — Skrzywiła się.
Davies wybuchnął śmiechem, odrzucając głowę do tyłu.
— Jesteś przezabawna — oznajmił po chwili, udając, że ociera łzy z oczu.
Rose uśmiechnęła się, chociaż nieco smutno i zwróciła uwagę na hałas, który dobiegł spod sceny.
— Chyba wpuszczają ludzi — mruknęła.
I rzeczywiście, halę zaczął zalewać tłum roześmianych, ale i rozwrzeszczanych fanów. Widziała tylko tych, którym udało się dopchnąć do rzędu metalowych barierek, obstawionych przez ochronę.
Mimo wszystko zaczęło ją ogarniać podekscytowanie. Za chwilę posłucha swoich idoli na żywo, z bliska, zza kulis! Gdyby ktoś jej o tym powiedział jeszcze pół roku temu, to nieźle by się uśmiała.
— Naprawdę tak ich lubisz? — zapytał z ciekawością Will. — Dlatego, że Lucy gra na skrzypcach?
Rose uświadomiła sobie, że nieświadomie wychyliła się bliżej sceny, a na jej twarzy wykwitł szeroki uśmiech.
— To też — stwierdziła po krótkim namyśle. — Ale są... autentyczni. — Wzruszyła ramionami. — Nie wiem, jak to opisać. Po prostu są sobą, nikogo nie udają i chyba widać to w ich muzyce.
Kątem oka zerknęła na Williama, ale on wbijał wzrok w scenę.
— Tak, rozumiem, co masz na myśli — odparł, ale wciąż na nią nie spojrzał, myślami będąc gdzieś daleko.
Dziewczyna była ciekawa nad czym tak rozmyślał, ale nie chciała poruszać żadnego tematu, który mógłby prowadzić do ich poniedziałkowej rozmowy, więc zamknęła usta i postanowiła cieszyć się koncertem.
Trochę to trwało zanim wpuszczono wszystkich na salę koncertową. Rose siliła się na obojętność, siedząc tuż obok Daviesa, ale chłopak nie odezwał się do niej słowem. Uznała to za podejrzane, skoro wcześniej była stuprocentowo pewna, że pojawił się tutaj tylko po to, żeby pociągnąć ją za język.
Zmarszczyła brwi, kiedy zobaczyła, że po drugiej stronie na scenę wychodzi kilkoro ludzi. Powitały ich entuzjastyczne brawa, gdy dwoje z nich zasiadło do wcześniej przygotowanych instrumentów, a jeden zajął miejsce przed mikrofonem pośrodku sceny.
Jej uwagę zwrócił William, który ziewnął ostentacyjnie, krzyżując ręce na piersi.
— O co chodzi? — zapytała w końcu.
— Ale z czym? — Davies oderwał wzrok od sceny i spojrzał na nią. Wywróciła oczami i kiwnęła w stronę nieznajomych. — A, to. To support.
Zamyśliła się.
— Support?
— No wiesz, tak się mówi, kiedy...
— Wiem, co to znaczy support — przerwała mu z irytacją. — Ale przecież Noizz zazwyczaj występują bez supportu.
William wzruszył ramionami, jakby ta sprawa nie była na tyle istotna, aby się nią przejmować.
— Najwyraźniej zmienili zdanie.
Doprawdy, do tematów, których nie chciała poruszać, chłopak palił się od razu, ale gdy chciała się czegoś dowiedzieć, tak po prostu ją zbywał.
Potrząsając głową z rezygnacją, spojrzała na trzech chłopaków (jak zdążyła zauważyć) na scenie. Trudno było ocenić ich wiek z daleka, ale dałaby im nie więcej niż dwadzieścia lat. Wyglądało na to, że nie jest to zbyt znany zespół, ale być może Noizz chciało ich w ten sposób wypromować. Rose z pewnością o nich nie słyszała, ale też nie była ekspertką.
Okazało się, że ich muzyka jest naprawdę przyjemna dla ucha. Co prawda, brzmieniem przypominali trochę Free, ale brakowało im tej samej charyzmy. W dodatku jej idolem numer jeden wciąż pozostawał William i reszta zespołu.
— Znasz ich? — zawołała do siedzącego obok chłopaka.
Davies nawet nie patrzył na scenę, gdy się do niego zwróciła.
— Trochę — odpowiedział zdawkowo. — A co, spodobali ci się? — rzucił drwiąco.
Zmrużyła oczy, ale nie dała nic po sobie poznać.
— Nie. Jestem po prostu ciekawa.
Chłopak prychnął, a Rose zaczęła podejrzewać, że coś jest nie tak. Nie zamierzała jednak dać mu tej satysfakcji, więc przestała drążyć i wsłuchała się w muzykę.
Z tego, co się orientowała, support grał około pół godziny, więc nie zdziwiła się, kiedy po trzydziestu minutach trzech chłopaków podziękowało i zeszło ze sceny. Żałowała, że byli po drugiej stronie, bo z chęcią by się im przyjrzała.
— Wy to potraficie zrobić niespodziankę — stwierdził Davies, głosem ociekającym sarkazmem.
Dziewczyna spojrzała na niego z zaskoczeniem, dopiero teraz uświadamiając sobie, że Lucy, Blake i Martin stanęli obok, prawdopodobnie przygotowując się do wejścia na scenę.
Nie wiedziała jednak, do czego odnosił się komentarz chłopaka, więc z zaciekawieniem obserwowała tę wymianę zdań.
— Wiedziałam, że ci się spodoba. — Lucy uśmiechnęła się słodko. — A tobie podobał się nasz support, Rose?
William zmierzył blondynkę wzrokiem, po czym wstał i odszedł bez słowa gniewnym krokiem.
— Eee... był w porządku — odpowiedziała niepewnie. Nie miała pojęcia, co się właśnie wydarzyło, ale przypuszczała, że nic dobrego.
— Tylko mu tego nie powtarzaj — ostrzegł Blake, odprowadzając Daviesa wzrokiem. — Nie przepada za nimi. — dodał ze śmiechem.
— Niedopowiedzenie roku — skomentował Martin, wywracając oczami.
Chciała dowiedzieć się, o co chodziło, ale to prawdopodobnie nie było odpowiednie miejsce ani pora.
— Czas na nas. — Blake zerknął na srebrny zegarek na nadgarstku. — Życz nam powodzenia — zaśmiał się w stronę Rose.
Wciąż trudno było jej uwierzyć, że tak po prostu rozmawiała sobie z Blakiem Johnssonem.
— Myślę, że nie będzie wam potrzebne — odparła z uśmiechem.
Lucy poszczypała policzki, które nabrały uroczego różowego koloru, po czym zarzuciła chłopcom ręce na ramiona.
— Lecimy, chłopcy! — zawołała i pociągnęła ich w stronę oświetlonej sceny, gdzie natychmiast powitały ich wiwaty i szaleńcze oklaski.

Był to niesamowity koncert. Rose obserwowała scenę jak oczarowana, śpiewając razem z Noizz. W pewnym momencie zeskoczyła ze skrzyni, na której siedziała, i podeszła jak najbliżej się dało bez ujawniania swojej obecności.
Patrzyła jak Lucy namiętnie gra na skrzypcach, tańcząc i wirując po całej scenie, ale nie czuła już rozgoryczenia. Tym razem przepełniała ją pewność, że ona kiedyś też będzie tak wyglądać. Nie, nie kiedyś. Niedługo.
Koncert dobiegał końca, więc napisała tacie krótkiego esemesa, że wkrótce wróci do domu, i nie musi się niczym martwić.
— Zaniepokojny tata?
Nawet nie zauważyła, kiedy podszedł do niej William. Najwyraźniej wyszedł zapalić, stwierdziła Rose, marszcząc nos od dymu papierosowego.
— Myślałam, że już nie wrócisz — mruknęła.
Uniósł brew znacząco.
— Nie zrobiłbym ci tej przyjemności.
Rose zastanowiła się przez chwilę, czy powinna poruszyć ten temat.
— A więc aż tak nie podobał ci się support, że poszedłeś pogłębiać swój nałóg? — rzuciła uprzejmie, jakby rozmawiali o pogodzie.
Chłopak się skrzywił.
— Lubisz patrzeć jak się denerwuje, co? — westchnął. — Tak, nie lubię ich. Nie jest to jakaś wielka tajemnica.
— Na tyle wielka, że zbyłeś mnie, kiedy o to zapytałam — zauważyła Rose, kołysząc się na piętach. — Więc dlaczego ich nie lubisz?
— Nie powiedziałaś mi, dlaczego chcesz przerwać nasze spotkania, a teraz sama mnie wypytujesz? — zapytał z niedowierzaniem.
Touché — wymamrotała niechętnie, jednak temat nie interesował jej na tyle, żeby drążyć go dalej, więc odpuściła.
— Myślałem, że nie dasz mi spokoju i w zamian za moją odpowiedź, ty powiesz mi prawdę — przyznał Davies, kiedy nie odzywała się dłuższą chwilę. — Zepsułaś mój plan.
Zaśmiała się.
— Przyszedłeś tu dzisiaj tylko po to, żeby mnie męczyć, prawda?
— Możliwe — odparł William z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
Nie miała zamiaru zdradzić mu prawdy i prawdopodobnie o tym wiedział. Myślała, że dzisiejsze spotkanie wypadnie bardziej niezręcznie, ale mimo wszystko cieszyła się, że może spędzić z nim czas.
— Czyżby nasz mały Will przygruchał sobie dziewczynę?
Niemal poczuła jak William napina wszystkie mięśnie. Zerknęła w dół, na jego zaciśnięte pięści, a potem w  górę, na usta zaciskające się w wąską linię.
To ona pierwsza odwróciła się w stronę nieznajomego głosu, który należał najwyraźniej do wysokiego, ciemnowłosego chłopaka.
— A — wymamrotała, uświadamiając sobie, że niecałe dwie godziny temu widziała go na scenie, choć o wiele mniej wyraźnie.
Był mniej więcej tego samego wzrostu co William, ale podczas gdy Davies roztaczał wokół siebie aurę pewności siebie, ten tutaj całym ciałem zdawał się mówić „nie jesteś wart nawet jednego spojrzenia”.
— Simmons. — Will obrócił się twarzą do chłopaka, nie kryjąc wrogości w głosie.
Rose nie przypuszczała, że niechęć Daviesa sięga tak głęboko. Wyglądał, jakby w każdej chwili mógł rzucić się na tego Simmonsa z pięściami i rozkwasić mu nos. Dlatego z niepokojem obserwowała rozgrywającą się scenę.
— Nie przedstawisz mnie swojej przyjaciółce? — zacmokał chłopak z przyganą.
Nie mogła nie zauważyć, jak William nieznacznie wysunął się przed nią, jakby chciał odgrodzić ją od ciemnowłosego. Zupełnie jej się to nie spodobało.
— Zostaw ją...
— Rose Parker — odezwała się pewnym głosem, robiąc krok do przodu i wyciągając rękę.
Czuła na sobie pełny irytacji wzrok Daviesa, ale zignorowała go.
— No proszę, umie mówić. — Rose poczuła jak przenikliwe spojrzenie prześlizguje się po niej od stóp do głów. Przez moment miała wrażenie, że jest naga i zupełnie bezbronna. W ostatniej chwili powstrzymała się od wzdrygnięcia. — David Simmons. Miło poznać.
Uścisnął jej dłoń z zaskakującą delikatnością, ale jego spojrzenie nie straciło nic ze swojej ostrości.
— I wzajemnie — odpowiedziała ze stoickim spokojem, chociaż serce tłukło jej się w piersi, a ręka zaczynała się pocić.
Po krótkiej chwili, która Rose wydawała się wiecznością, David puścił jej dłoń i przeniósł swój wzrok na Williama.
— Przyznaję, że nie spodziewałem się ciebie tutaj.
— I vice versa — warknął Davies, po czym zwrócił się do Rose: — Koncert się skończył, chodźmy poszukać Blake’a i reszty. — Chwycił ją za ramię z siłą imadła, aż syknęła z bólu.
— Och, mówili coś o after party w waszym ulubionym klubie — odezwał się ciemnowłosy chłopak. — Nie planowałem iść, ale teraz myślę, że zapowiada się niezła zabawa — rzucił nonszalancko, wbijając wzrok w Rose, która aż zagotowała się w środku.
Och, do diabła!
Rzuciła Davidowi pełne wyższości spojrzenie, po czym zmierzyła Williama wzrokiem, wyrywając rękę z jego żelaznego uścisku.
— Nie mam zamiaru brać udziału w tym czymś, cokolwiek to jest — wycedziła. — Idę ich poszukać.
Odeszła wściekłym krokiem, próbując się uspokoić.
Nie była jakąś cholerną rzeczą, którą można otaksować wzrokiem albo szarpać jak zabawkę. Nie wiedziała, co łączyło tą dwójkę, ale z pewnością mieli porachunki do wyrównania. I dopóki nie dotyczyły jej, nie miała zamiaru stawać między nimi.
Ten cały David wspomniał coś o after party. Z pewnością nie zamierzała się na nim pojawiać. Zresztą i tak powinna wracać do domu.
— Musisz jechać z nami na after party do klubu! — Lucy zaskoczyła ją, kiedy przemierzała jakiś nieznany korytarz.
Rose potrząsnęła głową.
— Nie mogę. Muszę...
— Chciałam przedstawić cię paru osobom — trajkotała dalej blondynka, jakby jej nie usłyszała. — Zobaczysz, będzie super!
Perspektywa poznania przyjaciół Lucy, Blake’a i Martina rzeczywiście wydawała się Rose kusząca. Przygryzła wargę.
— W porządku — poddała się. — Ale nie na długo. Naprawdę powinnam wracać do domu.
Lucy uśmiechnęła się do niej promiennie, zarumieniona, z lekko rozczochranymi włosami. Rose stwierdziła, że żadne głupie sprzeczki nie zepsują jej tego wieczoru i będzie dobrze się bawić.
— Tutaj jesteś. — Za jej plecami pojawił się William. — Chodź, odwiozę cię do domu. — Z jego tonu wyglądało na to, że bardzo się spieszył.
— Oszalałeś? — zdziwiła się Lucy. — Rose jedzie z nami na after party!
Davies posłał Rose ostrzegawcze spojrzenie, a ona odwzajemniła mu się wyzywającym uniesieniem podbródka i prychnięciem.
Nie, zdecydowanie nie zamierzała pozwolić, żeby cokolwiek zrujnowało jej ten wieczór.