logo

6/03/2017

Rozdział XXXVII "Nieodwzajemnione uczucia"

Sama nie dowierzam, że naprawdę napisałam rozdział i go wstawiam. Jak widać sesja sprzyja wenie. Nie wiem, kiedy następna aktualizacja, więc nie chcę nic obiecywać, ale postaram się wrzucić coś do końca czerwca, bo tak też kończy mi się okres egzaminów.
Chociaż jestem okropna i rzadko wstawiam nowe rozdziały, ładnie proszę o jakiekolwiek komentarze (nawet te jednosłowne), żeby wiedzieć, czy ktokolwiek jeszcze to czyta.
A tymczasem zapraszam do czytania. Róża wkracza w ważny okres :)


***


 Chciałbym przedstawić jej mamę.
Natalie spojrzała na Jamesa z niedowierzaniem, ale on patrzył na ojca, który zmarszczył brwi.
 James, mogę prosić cię na moment?  przemówił w końcu, ale z jego głosu nie dało się nic wyczytać.
 Jeśli masz mi coś do powiedzenia, możesz równie dobrze powiedzieć to przy Natalie  odparował chłopak, a Natalia miała w tym momencie ochotę po prostu zniknąć.
 To może ja wyjdę...  zaczęła, ale James złapał ją za rękę i przygwoździł do swojego boku.  James  syknęła.
 Nie, w porządku.  Pan Thompson uniósł rękę, powstrzymując ją.  Maggie, idź do braci  zwrócił się do dziewczynki, która chyba wyczuła powagę sytuacji, bo bez oporów dała się postawić na podłogę, po czym pobiegła do salonu.
 Jeśli masz jakiś problem z tym, że powiedziałem Natalie o mamie, to możesz sobie darować kazanie  powiedział James, wywołując zgrozę na jej twarzy.
Mężczyzna westchnął, pocierając palcami nasadę nosa.
 Dobrze, powiedziałeś jej o mamie, nie mogę cię za to potępiać  rzekł.  Ale weź pod uwagę, że nie każdy jest na takie coś gotowy. James, nie możesz mierzyć wszystkich swoją miarą.
 Więc jednak masz coś przeciwko temu, że jej powiedziałem?
 Podobne wyznania przy tak krótkiej znajomości nie są...
 Znamy się prawie rok  przerwał ojcu James.  A ja ufam Natalie.  Złapał ją za rękę, splatając ich palce ze sobą.
Pan Thompson wydawał się zaskoczony faktem, jak długo się znają. Dobrze, że James nie wspomniał o tej długiej przerwie w ich znajomości, co nie zmieniało faktu, że czuła się okropnie, stojąc tak i przysłuchując się tej sprzeczce.
 Tato, myślisz, że przyprowadziłbym Natalie do domu, gdybym jej nie ufał?  zapytał z niedowierzaniem James.  Jestem pewien, że mama ucieszyłaby się, gdyby wiedziała, że w końcu znalazłem sobie wspaniałą dziewczynę.
Ojciec Jamesa wpatrywał się w ich splecione dłonie, po czym przeniósł wzrok na nią.
 A ty, co o tym myślisz?
Zamrugała, nie przypuszczając, że ktoś zapyta ją o zdanie.
 Myślę, że James nie powinien mówić tak do swojego taty  powiedziała, zmroziwszy chłopaka wzrokiem.  Prawdę mówiąc, bardzo chciałabym poznać mamę Jamesa, ale jeśli pan naprawdę uważa to za problem, to oczywiście zrozumiem.
 To żaden problem, po prostu...  Mężczyzna umilkł na moment.  Szanuję wybory Jamesa, chociaż nie zawsze się z nimi zgadzam.
 Więc może jechać?  naciskał James.
 Wychodzimy za pół godziny  oświadczył pan Thompson, po czym wyminął ich i wspiął się po schodach na górę.
Natalie natychmiast z całej siły uderzyła Jamesa w ramię.
 Co ty sobie wyobrażasz?  syknęła.  To ja się martwię, że twój tata mnie nie polubi, a ty nastawiasz go przeciwko mnie! Przecież on myśli sobie teraz, że jestem jakąś idiotką! I wcale nie chce, żebym z wami jechała!
Skrzywił się, masując uderzone miejsce.
 On już taki jest, że czasem trzeba postawić go pod ścianą. I nawet jeśli teraz jest przeciwko, to zmieni zdanie, mimo że się do tego nie przyzna  wyjaśnił.
 Postawiłeś też pod ścianą mnie, a doskonale wiesz, że tego nie znoszę. Naprawdę mogłeś mnie uprzedzić, wiesz?
 Wiem, przepraszam.  Zaplotła ręce na piersi, wciąż zła.  Ale znam mojego tatę i wiem, jak należy go podejść. I wcale nie uważa cię za idiotkę.
 Skąd niby możesz o tym wiedzieć?
 Zaufaj mi, wiem.  Uśmiechnął się do niej przepraszająco.  Naprawdę nie chciałem, żebyś sobie tak pomyślała.
Patrząc na ten skruszony wyraz twarzy, gniew Natalie odrobinę zelżał, co nie oznaczało, że zniknął całkowicie.
 Jeśli okaże się, że nie miałeś racji i twój ojciec mnie znienawidzi, to cię uduszę  oznajmiła.
 Umowa stoi  zgodził się James.  Pomożesz mi ubrać Maggie i chłopców?
Miała ochotę to wszystko odwołać i uciekać do domu, ale nie mogła. James pokazał, jak bardzo jest dla niego ważna i jak zależy mu na tym, żeby poznała jego matkę. Jak mogłaby go teraz zostawić?
Dlatego skinęła głową bez słowa i poszła za Jamesem.
Ubrała Maggie w szary płaszczyk, założyła na głowę różową czapkę i owinęła szyję szalikiem, kiedy James zajmował się bliźniakami i sobą. Przecież nie mógł wyjść w dresie i podkoszulku, jakkolwiek pociągająco by nie wyglądał.

Nie tak Natalie wyobrażała sobie rodzinny obiad u swojego chłopaka. Nie dość, że czuła się nieswojo w bogatej restauracji, gdzie kelnerzy pojawiali się koło ciebie, kiedy tylko rozejrzałeś się wokół, to jeszcze pan Thompson cały czas milczał jak zaklęty, jedząc swój stek jak automat. Bała się nawet cokolwiek zamówić widząc ceny w karcie dań, więc w końcu zdecydowała się na sałatkę i kurczaka panierowanego w sezamie.
I tylko James nic sobie nie robił z napiętej atmosfery, bezczelnie żartując z rodzeństwem i uśmiechając się do Natalie. Właśnie rozśmieszył siedzącą obok niej Maggie jakąś głupią miną i dziewczynka zaczęła śmiać się tak energicznie, że całą buzię pobrudziła sobie sosem.
Natalie automatycznie chwyciła serwetkę i zbliżyła do twarzy Margaret, gdzie spotkała się z ręką pana Thompsona, który zrobił to samo po przeciwległej stronie córki.
Przeklinając w myślach swoje nawyki, chciała cofnąć dłoń, ale mężczyzna zrobił to pierwszy, więc Natalie nie miała wyjścia i starannie starła sos z drobnej buzi.
 Przepraszam, to odruch. Mam dużo młodszego kuzynostwa  wymamrotała.
Odpowiedziało jej kiwnięcie głową. Sytuacja robiła się beznadziejna.
 Tak właściwie, to jak się poznaliście?  zapytał w końcu tata Jamesa.
Och, więc jednak mogło być gorzej.
 W księgarni  odparł nonszalancko chłopak, a Natalie podziękowała mu w myślach, że nie dodał nic więcej.  Jak tak teraz myślę, to chyba nie kupiłaś w końcu tej książki, której wtedy szukałaś, prawda?
Potrząsnęła głową.
 Co to była za książka?  Pan Thompson wydawał się szczerze zainteresowany, a kiedy nieśmiało podała tytuł dodał:  Chyba mam ją u siebie. Swoją drogą, nie wiedziałem, że młode pokolenie jeszcze interesuje się psychologią.
 Mama zawsze marzyła o zostaniu psychologiem i chyba zaszczepiła we mnie jakiegoś bakcyla  powiedziała, trochę ośmielona żywszą reakcją mężczyzny.
 Wiążesz z tym przyszłość, czy to tylko zwykłe hobby?
 Szczerze mówiąc, chciałabym pójść na studia psychiatryczne, ale czesne są bardzo drogie.
Ojciec Jamesa odłożył sztućce i zamyślił się.
 A stypendium?
 Słyszałam, że bardzo ciężko je dostać. Oczywiście, będę się o nie starać, ale niczego sobie nie obiecuję.  Natalia zdążyła już się z tym pogodzić, więc zastanawiało ją, do czego zmierzał.  Można jeszce dostać się przez rekomendację, ale na to nawet nie liczę.
 Hmm  skwitował to pan Thompson, wracając do jedzenia.
Natalie zamrugała, nie wiedząc, o co tak właściwie chodziło. Spojrzała na Jamesa, ale ten tylko wzruszył ramionami.

Szpital, a raczej klinika, w której znajdowała się mama Jamesa, była zaskakująco przytulnym miejscem. James uświadomił ją, że to specjalne miejsce dla pogrążonych w śpiączce, dlatego postarano się, aby jak najbardziej przypominało dom.
Pokój mamy Jamesa był dość dużym pomieszczeniem, z szerokim łóżkiem pod ścianą, tuż obok okna. Na niewielkiej szafce koło łóżka ktoś umieścił szklany wazon z białymi kwiatami, których Natalie nie potrafiła rozpoznać. Pod przeciwległą ścianą stała niewielka, kremowa kanapa i niski drewniany stolik, zapewne dla odwiedzających. To miejsce wcale nie kojarzyło się z kliniką, tylko z hotelem.
Widok pani Thompson, leżącej spokojnie w szerokim łóżku, wstrząsnął Natalie. Kobieta wyglądała, jakby po prostu zasnęła i mogła w każdej chwili otworzyć oczy i uśmiechnąć się do swoich dzieci. I tylko przeróżna aparatura monitorująca jej funkcje życiowe zdradzała smutną prawdę.
Tata Jamesa poszedł porozmawiać z lekarzem, więc Natalie denerwowała się odrobinę mniej, ale mimo wszystko to wciąż była stresująca sytuacja.
James chwycił ją za rękę i pociągnął bliżej łóżka, gdzie stała już Margaret z bliźniakami. Delikatnie ujął dłoń matki i uśmiechnął się.
 Mamo, masz dzisiaj nowego gościa  zaczął łagodnie.  Pamiętasz, jak martwiłaś się, że nigdy nie znajdę sobie porządnej dziewczyny? Chciałbym, żebyś poznała Natalie. Jest naprawdę wspaniała, na pewno byś ją polubiła. 
James odsunął się, robiąc jej miejsce i zachęcając uśmiechem.
Zrobiła krok do przodu i spojrzała na panią Thompson. Margaret była do niej taka podobna, ale zauważyła też, że James miał usta po matce. Ciekawe, czy w jej policzkach też pojawiały się dołeczki, kiedy się uśmiechała.
 Miło mi panią poznać  powiedziała cicho, spoglądając na spokojoną, bladą twarz i delikatnie ściskając dłoń kobiety, po czym spojrzała pytająco na Jamesa.
Chłopak kiwnął głową i przeniósł wzrok na Margaret, która ciągnęła go za rękaw.
  Możemy poopowiadać mamie?  zapytała.
  Jasne.   Poczochrał jej włosy.   Natalie i ja usiądziemy sobie na kanapie.
  O czym chcą opowiadać?   zapytała szeptem, kiedy usiedli.
James wzruszył ramionami.
  O wszystkim. Jaką lalkę dostała Margaret, o jakich grach marzą chłopcy   wyjaśnił.   Kiedy usłyszeli, że mama może ich słyszeć, zaczęli opowiadać jej o wszystkim, co się dzieje w ich życiu.
Natalie uznała, że to wspaniały pomysł, ale widząc minę Jamesa zmarszczyła brwi.
  Ty w to nie wierzysz?   Spojrzał na nią pytająco.   Że twoja mama może wszystko słyszeć.
  Sam nie wiem   westchnął.   Bardzo chciałbym tak myśleć, ale czasami, kiedy na nią patrzę, mam wrażenie, że... już jej tu nie ma.
Miała wrażenie, że serce jej pękło, kiedy zobaczyła wyraz twarzy Jamesa. Nie wiedziała, co na to odpowiedzieć, więc po prostu oparła głowę na jego ramieniu i chwyciła chłodną dłoń w swoje ciepłe ręce z nadzieją, że James poczuje się chociaż odrobinę lepiej.

***

  Walentynki!
Natalie i Rose podskoczyły i równocześnie obróciły się, posyłając mordercze spojrzenie Pixie. Spotkały się przed szkołą i właśnie szły razem na zajęcia.
  Ja cię kiedyś zabiję, Pixie   oznajmiła Natalie z powagą.
 Brunetka rzuciła im przepraszające spojrzenie, ale prawdopodobnie wcale nie uważała się za winną. Wcisnęła się pomiędzy dziewczyny i wzięła je pod ramię.
  To już dzisiaj, moje drogie!   zawołała, śmiejąc się jak szaleniec.   Doroczna tradycja wysyłania walentynek!
Natalie wywróciła oczami, a Rose zmarszczyła brwi.
  Jaka tradycja?
  No tak, zapomniałam, że to twój pierwszy raz.   Pixie spojrzała na nią.   To najlepsza okazja, żeby wyznać komuś swoje uczucia   wyjaśniła z odpowiednio dużą dawką sarkazmu.   Przez ostatnie dwa tygodnie samorząd przyjmował walentynki, a dzisiaj podczas przerwy obiadowej poczta walentynkowa rozda wszystkie kartki i liściki.
  To zwyczajna rzecz. Nie wiem, czemu tak cię to cieszy   mruknęła Rose z niedowierzaniem.
 Pixie westchnęła ciężko.
  Nie rozumiesz, jakie czeka nas widowisko?   Rose pokręciła głową.   Jak myślisz, kto w naszej szkole dostanie najwięcej walentynek?   Rose ponownie pokręciła głową.   Free!   wyjaśniła zniecierpliwiona.   A co to oznacza?
Natalie mruknęła coś pod nosem, po czym zwróciła się do Rose.
  To oznacza, że Pixie będzie miała świetny ubaw, bo większość walentynek w szkole dostaje Free, co z kolei denerwuje większość dziewczyn, bo każda chce być tą jedyną, którą jeden z chłopaków jakimś cudem wybierze. A to natomiast niesamowicie wkurza resztę facetów, bo nie mają żadnych szans, skoro wszystkie będą wzdychać do Free.
  W wielkim uproszczeniu, tak   skwitowała Pixie.   Dziwi mnie, że wcale się nie denerwujesz, Natalie.
  Niby czemu?
  Naprawdę myślisz, że jeśli pokazałaś się z Jamesem w szkole i gruchacie sobie razem na stołówce, to nie dostanie żadnej walentynki, a wszystkie dziewczyny go sobie odpuszczą?   zapytała brunetka z niedowierzaniem.   O nie, moja droga, to będzie dla nich jeszcze lepsza okazja, żeby pokazać, jakie są wspaniałe i po co ma być z tobą, skoro może być z jedną z nich.
  To nie zabrzmiało zbyt miło   zauważyła Rose.
  Ja tylko mówię to, co one sobie myślą.   Pixie wzruszyła ramionami.   Więc lepiej się na to przygotuj, Nat.
Natalie stanęła w miejscu, z sekundy na sekundę blednąc coraz bardziej.
  Może zrobię sobie dzisiaj wolne?   wymamrotała niewyraźnie.
 Nie ma mowy   zaprotestowała Pixie.   Żadnego uciekania. Masz tam siedzieć z wysoko podniesioną głową, jasne?   Zanim rudowłosa zdążyła zaprotestować, pociągnęła ją i Rose w stronę wejścia.
Kiedy Pixie opowiedziała jej o tej szkolnej tradycji, na początku Rose uznała ją za totalną głupotę, ale gdy zobaczyła reakcje Natalie i uświadomiła sobie, że na Williama może czekać góra walentynek, poczuła jak jej żołądek zwija się w ciasny supeł.

Przez to wszystko nie potrafiła się skupić na lekcjach. Ze swojego miejsca zerknęła na Natalie, która wpatrywała się nieprzytomnie w swój zeszyt. Sama nie potrafiła przestać myśleć o tych całych walentynkach, więc rudowłosa na pewno myślała o tym samym. Nie mogła nawet skupić się na tym, że jutro jej urodziny i nareszcie będzie pełnoletnia, a dzisiaj wieczorem przyjeżdża Jennifer. Niestety, nie mogła usiąść obok Williama i z wysoko podniesioną głową zmierzyć się z jego wielbicielkami, tak jak zamierzała zrobić to Natalie.
Wiedziała, że kiedy zadzwoni dzwonek, stołówka będzie ostatnim miejscem, w którym chciałaby być, ale wiedziała też, że od razu tam pójdzie. Musi na własne oczy zobaczyć, czy William skusi się na jedną z tych swoich wymuskanych fanek. 
Ostatnio był dla niej taki miły, zabierał ją do klubu, w którym poznała Noizz, przedstawił jej kilku tamtejszych muzyków, którzy opowiedzieli jej historię całej dzielnicy muzyki, jak nazywała ją teraz Rose. Z każdym kolejnym dniem jej uczucie do Williama dojrzewało i zaczynało zmieniać się w coś, nad czym powoli traciła kontrolę. Przez sekundę zapragnęła, żeby wybrał którąś z tych walentynek, żeby ona mogła z niego zrezygnować, żeby mogła iść dalej i nie tkwić dłużej w tej beznadziejnej, nieodwzajemnionej miłości.
Dzwonek oznajmiający koniec lekcji był dla niej jak wystrzał. Pixie już szła w stronę drzwi, ciągnąć za sobą Natalie i nie zwracając uwagi na swoje otoczenie, więc Rose poczekała aż wszyscy wyjdą, nie mogąc zmusić się do wstania.
 Gdzie tak błądzisz myślami?  Spojrzała na Williama, opierającego się o framugę drzwi.  Wszyscy już poszli na stołówkę  powiedział, po czym dodał z sarkazmem:  Zaraz zacznie się widowisko.
Oczywiście, ostatnia osoba, z którą chciała teraz rozmawiać, musiała się przed nią zjawić. W jednej chwili zupełnie odechciało jej się iść na stołówkę.
 Pixie mi opowiadała, więc nie wiem, czy w ogóle tam pójdę. Wolałabym zjeść w spokoju.
Wzruszył ramionami.
 Powinnaś przyjść, to niezły ubaw. Poza tym może też dostaniesz walentynkę.  Prychnęła lekceważąco.  Właściwie to dobrze, że cię spotkałem, bo chciałem się upewnić, że dzisiejsze spotkanie aktualne.
 Czemu miałoby nie być?
 Myślałem, że może masz jakieś plany w związku z tym jakże wspaniałym dniem.  Uśmiechnął się.  Ale skoro nie, to w porządku.
Poczuła się urażona, więc z irytacją wstała z krzesła i szybkim krokiem minęła chłopaka, nie zaszczycając go nawet jednym spojrzeniem.
 Naprawdę powinnaś przyjść!  zawołał za nią z rozbawieniem.

Oczywiście, jednak wylądowała na stołówce. Wyglądało na to, że zeszła się tu cała szkoła, więc chcąc nie chcąc musiała dosiąść się do stolika, w którym został ostatni skrawek wolnego miejsca. O szukaniu przyjaciół nie było nawet mowy, więc napisała Pixie wiadomość, że nie da rady do nich dołączyć.
Nietrudno było dostrzec Williama. Siedział z resztą zespołu przy stoliku w centrum i brakowało tam tylko Jamesa, więc musiał być gdzieś z Natalie. Westchnęła w nagłym przypływie zazdrości.
Wśród tłumu już przechadzały się uczennice przebrane za żeńskie wersje Kupidynów, za którymi chodzili chłopcy, trzymający w rękach kosze wypełnione kopertami. Jednym z nich był Simon, maszerujący z nieszczęśliwą miną za jedną z Kupidynek. Na jego widok Rose parsknęła śmiechem. Nie miała pojęcia, skąd one wiedziały, komu mają dać walentynkę, ale wcale jej to nie obchodziło. Skupiła się na Williamie, który rozsiadł się wygodnie na swoim krześle i tylko patrzył, jak co rusz podchodzi do niego jedna z dziewczyn i wręcza mu kopertę. Po pięciu minutach miał obok siebie pokaźnych rozmiarów stosik, a Rose z niedowierzaniem patrzyła, jak się powiększa.
Poczuła, jak ogarnia ją coraz większa złość. Nawet nie mogła nic zrobić. Miała ochotę wstać, podejść tam i rozerwać te wszystkie koperty, ale to był zupełnie idiotyczny i beznadziejny pomysł.
Zawsze możesz powiedzieć mu, co czujesz, podszepnął jej jakiś głos w głowie, który natychmiast wyśmiała. Co to był w ogóle za pomysł?
Chociaż może wcale nie był taki zły. Kiedy tak patrzyła na Williama i słyszała wokół siebie przejęte szepty dziewczyn, chciała wykrzyczeć mu to wszystko prosto w twarz, żeby zetrzeć mu z ust ten pełen zadowolenia uśmieszek i zobaczyć zaskoczenie w jego oczach. Więc może to naprawdę nie był kiepski pomysł? Była pewna, że po czymś takim skończą się ich wspólne spotkania, ale prędzej czy później musiały się przecież skończyć.. Chciała wyrzucić z siebie te wszystkie kłębiące się emocje, zżerające ją od środka.

Ku jej zaskoczeniu postanowienie nie zmalało wraz z oczekiwaniem na koniec lekcji, a jedynie się wzmogło. Czy to oznaczało, że podjęła dobrą decyzję? Mimo wszystko biła się z myślami aż do dzwonka.
 Rose, idziesz?  zapytała Pixie.
 Idźcie beze mnie, muszę jeszcze iść do sekretariatu  wymówiła się, wskazując na przeciwną stronę.  Do zobaczenia w poniedziałek!
Ruszyła korytarzem w stronę Klubu Muzycznego, ale z każdym kolejnym krokiem nogi ciążyły jej coraz bardziej, a głowę zalewały wątpliwości. Poklepała się po policzkach i zmusiła do żywszego tempa.
Z daleka widziała otwarte drzwi Klubu, więc William już tam był. Chciała wejść do sali nonszalanckim krokiem, ale kiedy usłyszała wybuch śmiechu i rozbawiony głos chłopaka, zatrzymała się. Najwyraźniej rozmawiał przez telefon, a nie chciała mu przerywać. Albo bardzo starała się wszystko opóźnić.
 Jasne, w tym roku było ich o wiele więcej. Czasami mnie to przeraża  powiedział wesoło Will.
Wcale nie miała zamiaru podsłuchiwać, ale to nie jej wina, że przez otwarte drzwi wszystko słychać.
 Rose?
Drgnęła zaskoczona, przekonana, że jakimś cudem ją usłyszał albo zobaczył i zaraz będzie się gęsto tłumaczyć z podsłuchiwania.
 Rose Parker?
Odetchnęła z ulgą, uświadamiając sobie, że wciąż z kimś rozmawiał. Ale zaraz, z kim mógł rozmawiać o niej? Tknęło ją złe przeczucie.
 Nie, nawet tak nie mów. To nie dziewczyna dla mnie.  Usłyszała poirytowany głos.
Miała wrażenie, że na kilka długich sekund jej serce stanęło, tylko po to, żeby ruszyć ze zdwojoną siłą, chcąc wyrwać się z piersi.
Uciekła.
Biegła z całych sił, jak najdalej od tego zirytowanego głosu i tych okropnych słów. W biegu założyła płaszcz i zarzuciła szalik na szyję. Wybiegła ze szkoły wprost na deszcz ze śniegiem, który przemoczył ją do suchej nitki w kilka minut. Nie widziała nic przez łzy, więc otarła je ze złością.
Nie wiedziała, jak długo biegła, ale kiedy płuca zaczęły ją palić, musiała się zatrzymać. Pochyliła się i oparła ręce na kolanach, ciężko dysząc. Potrzebowała kilku chwil na uspokojenie oddechu. Dopiero wtedy rozejrzała się i odkryła, że nie ma pojęcia, gdzie jest. Zrobiło się ciemno, a ona stała w jakiejś niewielkiej uliczce. Łzy znowu napłynęły jej do oczu, ale dzielnie je przełknęła i drżącymi z zimna rękami wyciągnęła telefon z torby. Przeszła kilka kroków, szukając tabliczki z nazwą ulicy albo chociaż jakiegoś charakterystycznego punktu, po czym zadzwoniła do taksówkę.
Czekając na kierowcę, klapnęła na krawężnik, nie przejmując się, że ubrudzi sobie ubranie. Była wyzuta z wszelkich emocji, nie zareagowała nawet na krzywe spojrzenie taksówkarza, kiedy cała przemoczona pakowała się na tylne siedzenie.
Gdy samochód zatrzymał się przy krawężniku pod domem, Rose oddała kierowcy połowę swojego kieszonkowego i wygramoliła się na zewnątrz. Nieśpiesznie podeszła do drzwi i niezdarnie otworzyła zamek. Nie ma taty, przemknęło jej przez głowę, ale niespecjalnie zwróciła na to uwagę.
Jak automat zdjęła płaszcz, odwiesiła go na wieszak, a buty schowała do szafki, po czym wspięła się po schodach, od razu zmierzając do swojego pokoju. Otworzyła drzwi, nie spodziewając się, że oślepi ją światło.
 Niespodzianka!
Zamrugała, czekając aż oczy przywykną. Po chwili zobaczyła swoją przyjaciółkę, stojącą przed nią z szerokiem uśmiechem i błyszczącymi oczami, które przygasły, kiedy się jej przyjrzała.
 Boże, Rose!  zawołała z niepokojem.  Co się stało?! Jesteś cała przemoczona! Rozchorujesz się!
Ach, Jennifer miała dzisiaj przyjechać, przypomniała sobie Rose. Jak mogła zapomnieć? Do oczu napłynęły jej łzy i tym razem nie miała siły ich powstrzymywać.
 Jenn  jęknęła, wybuchając płaczem.
Przyjaciółka bez słowa objęła ją i przycisnęła do siebie, głaszcząc po głowie i szeptając uspokajające słowa. Rose przywarła do niej jak do koła ratunkowego. Niczego nie pragnęła teraz bardziej niż zniknąć.