logo

12/21/2013

Rozdział IV "Moknąc w deszczu"

     Po dosyć długiej przerwie, kolejny rozdział. Przed świętami nie pojawi się następny, więc uznajmy ten za świąteczną aktualizację.
     A tymczasem, życzę wszystkim wesołych świąt i weny tym, którzy, tak jak ja, cierpią na jej niedobór :)

  Enjoy!
***

      Kiedy wróciła do domu, taty jeszcze nie było. Korzystając z samotności, wzięła długą, odprężającą kąpiel, po czym owinęła się puchatym szlafrokiem i zakopała się w pościeli. Pora na telefon do Jen.
        Dziewczyna odebrała po kilku sygnałach. 
- O, ktoś sobie przypomniał o swojej najlepszej przyjaciółce – usłyszała jej pełen wyrzutu głos.

- Przepraszam, że nie zadzwoniłam, ale tyle się wydarzyło, że nie miałam do tego głowy – Rose próbowała się usprawiedliwiać. Stęskniła się za głosem Jennifer. – Zaraz ci wszystko opowiem.
       Kolejne dziesięć minut zdawała relacje z całego dnia. Przyjaciółka czasami wtrącała coś albo zadawała pytania, a kiedy jej wysłuchała, umilkła na dłuższą chwilę.
- Nie masz nic do powiedzenia?
- Rose, nie pomyślałaś, że to przeznaczenie? – zapytała ze śmiechem. – Spotykacie się w księgarni, a później drugi raz w klubie, co nie powinno się zdarzyć w tak dużym mieście. W dodatku jest liderem znanego zespołu i ma powodzenie u dziewczyn, więc musi być przystojny. Przyznaje, że jego zachowanie wzbudziło nawet moją niechęć, ale to bardzo dobra partia.
- Jen, zwariowałaś? To wredny dupek, który nie posiada za grosz szacunku do innych. Otacza się wianuszkiem rozebranych dziewczyn i patrzy na ciebie z góry, jakbyś była robakiem, którego może z łatwością rozgnieść. Nie widzę tu nic, co kwalifikowało go jako dobrą partię.
- Może masz rację – dziewczyna westchnęła. – Ale nie mówmy już o nim. Wygląda na to, że zostałaś zapisana do świetnej klasy. Zaczynam ci zazdrościć! 
- Wszyscy wydają się mili i zabawni. Myślę, że się dogadamy. Jen, musisz mnie odwiedzić.
      Rozmowa trwała jeszcze ponad godzinę, podczas której Rose usłyszała sprawozdanie z jej dawnej szkoły. Tam nic się nie zmieniało, wszystko pozostało na swoim miejscu i było to trochę pocieszające. Świat się nie zawalił, ponieważ ona wyjechała. 
      Uśmiechnęła się do siebie i odłożyła telefon na stolik nocny. Wygramoliła się z łóżka i podeszła do futerału leżącego w kącie pokoju. Przejechała po nim ręką i westchnęła. Dawno nie grała. Uchyliła wieko i spojrzała na błyszczącą, ciemnobrązową fakturę skrzypiec. Wyciągnęła instrument i przesunęła palcem po strunach, które wydały z siebie ledwo słyszalny dźwięk. Mocno chwyciła rączkę, wykręciła rękę i ułożyła skrzypce na swoim lewym ramieniu. Mimo wszystko, to zawsze będzie przyjemne uczucie. Rose sięgnęła po smyczek, po czym zagrała prostą melodię.
        Tak jak myślała, było to orzeźwiające uczucie. Grała przez pięć minut, dopóki jej głowy nie wypełniły nieprzyjemne wspomnienia, których wolała nie pamiętać. Smyczek osunął się, a instrument wydał z siebie fałszywe tony. Natychmiast odłożyła skrzypce do futerału, szybko go zamknęła i czym prędzej schowała do szafy. Nie powinna tego robić, zdecydowanie nie powinna.

       Kiedy nazajutrz wyjrzała przez okno, przeraziła się. Prawie nic nie widziała przez strugi lejącego się deszczu. Jakim cudem pogoda zmieniła się w takim stopniu od wczoraj? Jej alter-ego już ubierało ortalionowy kombinezon w kolorze neonowo pomarańczowym, a Rose przeszukiwała szafę w poszukiwaniu czarnych rajstop. Musiały tu gdzieś być! Spojrzała na zegarek i mimowolnie krzyknęła.
- Co się stało? – zawołał tata z kuchni.
       Spóźni się na autobus. Cholera! Podarowała sobie rajstopy, szybko wciągnęła koszulę i przerzuciła przez szyję krawat. Zarzuciła torbę na ramię i zbiegła po schodach.

- A śniadanie? – Tata stał przy drzwiach, trzymając pudełko z lunchem.
- Jestem spóźniona! – W locie porwała pudełko, marynarkę, kurtkę i parasol. – Do zobaczenia!
          Wybiegła prosto w ulewę. Wcisnęła posiłek do torby i włożyła na siebie resztę szkolnego mundurka.
Pędząc z parasolem w ręce dygotała z zimna, a woda ochlapywała jej nagie nogi. Z pewnością nie wyglądała korzystnie, a chciała dzisiaj pokazać Williamowi, że nie powinien jej lekceważyć. Teraz jedyne co mógłby jej zrobić, to ją wyśmiać.
        Na przystanek dotarła w momencie przyjazdu autobusu. Otworzyła szerzej oczy, widząc tłum ludzi przed nią, również za plecami zaczęła zbierać się grupa. I oni wszyscy chcieli wcisnąć się do jednego autobusu? Zaczęli napierać na nią z tyłu, przez co straciła parasol – jedyną rzecz chroniącą ją przed hektolitrami wody z nieba. Udało jej się wcisnąć do pojazdu, ale nie miała możliwości nawet ruszyć palcem przez wszechobecny ścisk. To był koszmar. W jej rodzinnym mieście szła do szkoły piechotą i zajmowało jej to piętnaście minut. Teraz potrzebowała dziesięciu minut  na dojście na przystanek, później dwadzieścia minut na jazdę autobusem i kolejne dziesięć  do samej szkoły. I tak przez dwa lata? Prędzej zostanie zgnieciona tutaj niż to przeżyje.
          W końcu pojazd się zatrzymał, a Rose przy akompaniamencie przekleństw wydostała się na zewnątrz, rozpychając się łokciami. W ostatnim momencie uniknęła ochlapania przez przejeżdżający samochód. Chociaż to i tak nie pogorszyłoby jej obecnego stanu. Była kompletnie przemoczona, dosłownie. Z jej włosów kapała woda, a pojedyncze kosmyki przykleiły się do szyi i czoła. Jedynie kurtka jako tako chroniła jej marynarkę i koszulę przez deszczem. Oprócz tego na nogach wystąpiła jej gęsia skórka, a z każdym kolejnym krokiem do butów wlewała się kolejna porcja wody. 
        Nigdy tak szybko nie dobiegła do szkoły, jej policzki były czerwone ze wstydu. Usłyszała dźwięk jadącego samochodu, a w następnej chwili potężna fala oblała jej nogi. Stanęła jak wryta i spojrzała w dół. Łzy wściekłości napłynęły jej do oczu, tym bardziej, że auto zatrzymało się pod bramą. Pokonała kilka kroków, by zobaczyć, że z środka wychodzi nie kto inny, tylko William Davies we własnej osobie. Pojazd odjechał, a chłopak jak gdyby nigdy nic otworzył ciemny parasol.
- O, to ty – odezwał się, kiedy ją dostrzegł, a na jego usta wypłynął uśmieszek.
- Ty… ty! – krzyknęła z wściekłością. – Ja… Nie znoszę cię! 
- Chodzi ci o to? – zerknął znacząco na jej nogi. – Wybacz. Chociaż wątpię, czy mogło być już gorzej. Czemu nie wzięłaś parasola? – spytał zaciekawiony.
            Rose dyszała, nie przejmując się wodą spływającą po jej twarzy.

- Wzięłam, tylko… - urwała i zdenerwowała się jeszcze bardziej. – Nie o to chodzi! Czy ty się słyszysz?
- Nie rozumiem, o co ci chodzi. Przecież przeprosiłem. Czemu się wściekasz?
- Jesteś taki wkurzający! – Pokazała rękami, jakby kogoś dusiła i nie było wątpliwości, kogo.
- Czy to moja wina, że zmokłaś? – Patrzył na nią przez chwilę, po czym westchnął, zrobił krok do przodu i przechylił parasol w jej stronę, chroniąc ją przed deszczem.
- Co ty robisz?
- Nie mogę na ciebie patrzeć, kiedy mokniesz. Wyglądasz okropnie.
- Nie powiem, masz tupet – warknęła i cofnęła się, wychodząc spod schronienia. – Nie chcę twojej pomocy, jakakolwiek by nie była. Nikt, nigdy w życiu nie denerwował mnie tak jak ty.
- I vice versa.
        Rose potrząsnęła głową zrezygnowana. To był przypadek beznadziejny. Nie chciała mieć z nim nic wspólnego. Szarpnięciem otworzyła torbę, wyjęła pieniądze z portfela i wcisnęła mu do ręki więcej niż było potrzebne.
- Rachunek za pralnie – wyjaśniła, widząc jego zdziwienie. – Nie musisz oddawać reszty.
        Odwróciła się i pobiegła do szkoły, już nawet nie próbując się osłaniać. Pierwszą osobą, którą spotkała był Simon. Na jej widok zatrzymał się i zmarszczył brwi.
- Wyglądasz jak zmoknięta kura – oznajmił. – Nie miałaś ze sobą parasola? Zamoczysz cały korytarz.
- Zgubiłam parasol przez tłumy w autobusie – odrzekła, ściągając kurtkę.
- Rose, spójrz na siebie. Wyglądasz strasznie.
- Wiem – machnęła ręką.
- Popraw ten mundurek, bo inaczej pierwszy lepszy nauczyciel da ci burę.
- Dobrze, mamo – wywróciła oczami.


       Zajęła swoje miejsce w klasie, do jej ławki od razu doskoczyła Pixie.
- Wyglądasz jak siedem nieszczęść – zaszczebiotała, opierając się o drewniany blat.
- Też się cieszę, że cię widzę – mruknęła dziewczyna w odpowiedzi. Chociaż jakoś udało jej się osuszyć nogi i włosy, jej mundurek wciąż pozostawał wilgotny i nieprzyjemnie kleił się do ciała. Jak miała teraz przesiedzieć kilka godzin w takim stanie?
- Rose, wyglądasz na złą. Co się stało?
- William Davies się stał.

- Nachodził cię?
- To ja go naszłam – mruknęła, układając książki na ławce, po czym opowiedziała całą historię. – Tak strasznie mnie wkurza.
- Ale wszystko już z nim załatwiłaś, więc teraz nie ma czym się przejmować – Pixie zaczęła przyglądać się swoim paznokciom. – Dzisiaj mamy zajęcia z wychowawcą.
- Naprawdę? Jaki on jest?
- Roztrzepany to dobre słowo, żeby go opisać. Pewnie nawet nie wie, że doszedł do nas jakiś nowy uczeń.
- I uczy nas angielskiego, tak?
       Wychowawca okazał się, jak stwierdziła Pixie, roztrzepany. Nazywał się Lucien Calenus. Był to mężczyzna około trzydziestki, z bujnymi i sterczącymi kasztanowymi włosami. Lekcje prowadził naprawdę ciekawie i Rose złapała się na tym, że słucha jego słów z zainteresowaniem. Po zajęciach poprosił ją, żeby została na chwilę, wyjaśnił jej wszystkie podstawowe sprawy, których większość opowiedział jej już Daniel i Siomon. Podziękowała mu i wyszła na korytarz. Żałowała, że nikt na nią nie poczekał, nie do końca jeszcze orientowała się na mapce szkoły, którą dostała z sekretariatu.
        Niepewnie ruszyła w prawo, zerkając na numery klas. Z tego, co pamiętała powinna mieć teraz biologię w sali 102. Czuła na sobie spojrzenia przechodzących ludzi i poczuła się nieswojo. No dobrze, może nie wyglądała dziś jak Miss Universe, ale nie każdego stać było na własny samochód. Rose zastanowiła się, jak wróci do domu bez parasola. Zdecydowała, że zadzwoni do taty i poprosi o podwózkę.

          Tymczasem zauważyła, że w jej stronę zmierza niska, pulchna dziewczyna. Chciała zejść jej z drogi, ale to chyba o nią jej chodziło.
- Ty jesteś Rose Parker? – zapytała, zatrzymując się. – Jestem Carmen z klubu muzycznego. Szukamy nowego członka. Grasz na czymś? Śpiewasz?
           Była zaskoczona. Nie spodziewała się takiego obrotu spraw. Klub muzyczny? To prawda, potrafiła grać i trochę śpiewała, ale zdecydowanie nie była gotowa na jakiekolwiek wystąpienia. Najbezpieczniej było grzecznie zaprzeczyć i odmówić.
- Przykro mi, ale nie jestem zainteresowana – odparła cicho, uśmiechając się przepraszająco.
- Na pewno? 
      Skinęła głową.
- Jeśli zmienisz zdanie, nasz klub jest w klasie 111.
          Carmen odeszła, mrucząc coś pod nosem. Mimo wszystko, Rose żałowała. Kochała grać, lecz pewne okoliczności zmusiły ją do odejścia w cień i zaprzestania tego.
   
        Typowe. Dlaczego nigdy nie odbiera telefonu? 
- Zabije cię, zabije – Rose warczała w stronę telefonu, stojąc przed szkołą. Jedyną ochroną przed deszczem był daszek nad głową. Dziewczyna otuliła się kurtką i spojrzała wściekle na ekran komórki. No doprawdy, że jej tata śmiał narzekać, kiedy jej zdarzyło się nie odebrać połączenia.
      Deszcz wciąż padał, było szaro i ponuro z powodu ciężkich chmur, wiszących na niebie. Jej dobry nastrój z każdą minutą staczał się po równi pochyłej i nic nie zapowiadało jakiejkolwiek zmiany. Alter-ego zakopało się w ciepłej pościeli z kubkiem malinowej herbaty i Rose żałowała, że nie mogła zrobić tego samego.
       Kiedy poczuła dotyk na ramieniu, wzdrygnęła się. Odwróciła się i stanęła twarzą w twarz z Williamem. No, jednak musiała zadrzeć lekko głowę, aby spojrzeć mu w oczy. Jakby dzień nie był wystarczająco koszmarny.
        Davies wyglądał o niebo lepiej od niej i niezmiernie ją to drażniło. Patrzył na nią z mieszaniną frustracji i irytacji. Nagle wyciągnął rękę i podstawił ją pod jej twarz.
- Reszta pieniędzy.
- Mówiłam, że nie chcę. Możesz je zachować.
- Nie rób ze mnie takiego dupka. Odliczyłem sobie za pralnię, reszta jest twoja – Wcisnął jej banknoty do kieszeni kurtki i zrobił krok w tył. – Podwiozę cię.
          Posłała mu spojrzenie pełne niedowierzania.
- Nie, dziękuje.
- Daj spokój. Wiem, że nie masz jak wrócić bez narażania się na litry zimnego deszczu. 
       Uniosła brwi.
- Doprawdy? – syknęła.
- Przyznaje, że to, co się wydarzyło rano było moją winą – odparł beznamiętnie, odwracając wzrok. – Nie lubię zostawiać niedokończonych spraw. 
      Rose już otwierała usta, żeby stanowczo odmówić i ruszyć w stronę przystanku, kiedy pomyślała, że byłoby lepiej wykorzystać Williama, a nazajutrz zapomnieć o wszystkim i więcej się do niego nie odezwać.
- To jak? Idziesz? 
        Wzruszyła ramionami.
- Pod warunkiem, że nie usłyszę ani jednego komentarza na temat mojego dzisiejszego wyglądu.
- Nie jesteś w sytuacji, w której mogłabyś stawiać jakiekolwiek warunki – uśmiechnął się do niej złośliwie.           W jego dłoni błysnęły kluczyki.

- Jesteś okropny, nie wiem jak inni z tobą wytrzymują – mruknęła, zgrzytając zębami.
       William otworzył parasol i machnął na nią. Krzywiąc się, podeszła bliżej, aby schronić się przed wodą. O nie, nie miała zamiaru powstrzymywać żadnych złośliwości.

      - Rano ktoś inny prowadził samochód – zauważyła Rose, patrząc na stojący przed nią pojazd. Na czarnym lakierze rozbryzgiwały się krople deszczu.
- Znajomy chciał prowadzić, więc odstawił mnie pod szkołą. Przyjechała po niego matka.
        Bez krępacji wymknęła się spod parasolu i wślizgnęła na miejsce pasażera, z przyjemnością myśląc o mokrych śladach, które po sobie zostawi. Czasami ulewy miały swoje plusy.
- Postaraj się nie zamoczyć tapicerki – Usłyszała głos Williama, który pakował się do środka i składał parasol. Gdy siedział na miejscu, Rose uśmiechnęła się promiennie, niewinnie poprawiając spódniczkę.                  Chłopak skrzywił się, zerkając na wilgotne ślady palców, które po sobie pozostawiła.
Przez kilka minut jechali w ciszy. Rose zauważyła – z niechęcią – że jest jej ciepło i komfortowo. William włączył ogrzewanie, a deszcz bębniący o szyby wydawał z siebie przyjemne dźwięki. Oparła głowę o zagłówek i wbiła wzrok w dach.
- Skąd pochodzisz? Wiem tylko, że nie mieszkasz tu długo.

- Doceniam podwózkę i tak dalej, ale nie spoufalajmy się za bardzo. Jeszcze ludzie pomyślą, że się znamy albo coś gorszego.
        Westchnął.
- Nie przesadzasz? To tylko głupie pytanie. Poza tym, po tej scenie w klubie i tak wszyscy myślą, że jesteś dziewczyną, której dałem kosza.
       Przez kilka sekund Rose milczała, wstrząśnięta jego słowami. A więc te spojrzenia nic się miały do jej dzisiejszego wyglądu. To wiele wyjaśniało.
- Po tej sytuacji  w księgarni dziwię się, że jakaś dziewczyna może w ogóle zechcieć się do ciebie zbliżyć.
       Te słowa wywołały niezręczną ciszę. Przełamał ją jego cichy głos.
- Nie pomyślałaś, że może miałem powód, żeby się tak zachować?
- W takim razie, oświecisz mnie?
- Wolałbym nie.
        Spojrzała na niego z tryumfem. Więc jednak był po prostu dupkiem.
- Powiedz mi, gdzie mieszkasz. Muszę wpisać adres w nawigację.

     Rose patrzyła jak wstukuje jej słowa na dotykowej klawiaturze. Potem już się nie odzywał, jedynie patrzył przed siebie beznamiętnie. Dziewczyna ponownie oparła głowę, wsłuchała się w odgłosy deszczu i patrzyła jak twarz Williama oświetla czerwone światło. Czerwone, pomarańczowe, zielone…

        Została wyrwana ze snu ostrym przebłyskiem bólu. Otworzyła zaspane oczy i potoczyła nimi błędnie. Gdzie była? Wszystko było dla niej obce. Słyszała jedynie znajome stukanie. Minęło kilka sekund, zanim przypomniała sobie wszystko. Gwałtownie się poderwała i uderzyła głową o dach samochodu. Pisnęła i wydała z siebie totalnie nieadekwatny dźwięk. Rozmasowała bolące miejsce i spojrzała na Williama, który uśmiechał się z zadowoleniem.
- Jesteśmy na miejscu.
      Rose poczuła zawstydzenie i była na siebie wściekła za taką reakcję. W dodatku pulsujący ból nie pozwalał jej się skupić. Ten idiota musiał ją uderzyć w rękę.
- Długo spałam?
- Kilkanaście minut.
- Nie mogłeś mnie obudzić? – spojrzała na niego nieprzychylnie.
        Wzruszył ramionami.
- Miałem niezłą uciechę z twojego chrapania. Wiedziałaś, że ślinisz się przez sen?
        Przerażona dotknęła rękami ust. Na szczęście były suche. Dopiero po tym zdała sobie sprawę z jego prowokacji.
- Ja nie chrapię – warknęła, chwytając torbę i przerzucając ją przez ramię.
- Zapewniam cię, że jest to dość osobliwy dźwięk.
         Nie zaszczyciła go odpowiedzią. Otworzyła drzwi i wygramoliła się na zewnątrz. 
- Ciekawą masz bieliznę – usłyszała za sobą.
       Gwałtownie złapała swoją spódnicę, ale ta była na miejscu. Odwróciła się ze złością, ale jedyne co usłyszała to śmiech z odjeżdżającego pojazdu. 


       Cholerne mundurki.

5 komentarzy:

  1. co za zboczuch.........

    OdpowiedzUsuń
  2. AAAAAAAAAAAAAAAAAA <3
    Dalej mi za mało. Długi rozdział, ale dla mnie za mało ^^
    Rose jest świetna ;D Uwielbiam ją i jej teksty i w ogóle ją całą xD
    Rozmowy z Willem są mistrzostwem po prostu :D
    Nie mam nic do dodania, rozdział genialny i czekam niecierpliwie na kolejny <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Końcówka mnie rozwaliła :D
    Relacje Rose-William są świetne, zawsze czytam je z bananem na twarzy :3

    OdpowiedzUsuń
  4. Podoba mi się zakończenie tego rozdziału :D

    Generalnie rzecz biorąc z notki na notkę twój język się poprawia, co jest sporym plusem, ponieważ początkowy rozdział trochę ciężko się czytało. Historia mi się podoba, choć wydaje się trochę przewidywalna. Mam jednak nadzieję, że w dalszych rozdziałach mnie zaskoczysz (przeczytam je niedługo).

    Pozdrawiam,

    http://scisle-tajna.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  5. Ale dobra partia z tego Williama xD
    Jego relacja z Rose bardzo mi się podoba, haha xD A ta końcówka - powaliła mnie na kolana ;p

    OdpowiedzUsuń