logo

8/04/2014

Rozdział XIV "Ciepłe i przytulne miejsca"

No i pierwszy miesiąc wakacji zleciał. Miałam do tego czasu napisać przynajmniej dwa rozdziały, a napisałam tylko jeden. Jak zawsze, nici z planów. Przyjemnych wakacji wszystkim życzę :) Oraz nie pogardzę komentarzami, żebym wiedziała, że ktoś to w ogóle czyta.


***



Jej tata nie mógł zobaczyć Williama. Nawet nie chciała sobie wyobrażać tej niezręcznej sytuacji, gdzie będzie musiała się tłumaczyć, zarumieniona z zażenowania, a znając ojca, wyciągnąłby pochopne i błędne wnioski.
Zerwała się ze swojego miejsca i doskoczyła do chłopaka.
- Bądź cicho – rozkazała szeptem, przybierając groźny wyraz twarzy.
Dziękując niebiosom, że miał gitarę przewieszoną przez ramię, wcisnęła mu pokrowiec i kartki z nutami do ręki. Chwyciła chłopaka za wolną dłoń i pociągnęła w stronę wąskiego korytarza, który prowadził do niewielkich drzwi. Otworzyła je i wepchnęła Daviesa do środa. Gdyby się nie schylił, jego głowa odbyłaby bliskie spotkanie z futryną.
Wcisnęła się za nim i najciszej jak mogła zamknęła drzwi. Gestem nakazała mu siedzieć cicho, a sama wytężyła słuch. Właściwie nie wiedziała, dlaczego się kryła, mogłaby po prostu zostawić tutaj Daviesa i porozmawiać z tatą jak zazwyczaj. Teraz było już na to za późno, mężczyzna wszedł do salonu, słyszała skrzypienie podłogi pod jego stopami. Jak dobrze, że nie zapomniała zamknąć drzwi, kiedy William wprosił się do środka.
- Ciekawe miejsce. – Usłyszała tuż obok swojego ucha. Przeszły ją ciarki. Nie przypuszczała, że stoją tak blisko siebie. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że jego klatka piersiowa napiera na jej, w dość strategicznym miejscu, a ciepły oddech owiewa jej ucho.
Odsunęła się na tyle daleko, na ile pozwalała jej niewielka przestrzeń, przy okazji uderzając łokciem o drzwi.
- Au, au – pisnęła cicho, łapiąc się za bolące miejsce.
Wytężyła słuch, przyciskając ucho do drzwi. Tata mógł coś usłyszeć, pomyślała, masując rękę.
- Wiesz… - zaczął William, ale nie dała mu dokończyć, bez namysłu zakrywając jego usta dłonią.
Nasłuchiwała kilkanaście sekund, ale nie doszło do niej nic oprócz odgłosów krzątania się po kuchni i salonie. Naprawdę nie miała pojęcia, dlaczego się tutaj chowała. Chociaż, znając Daviesa, byłby w stanie wyjść stąd w środku jej rozmowy z tatą i zrobić coś głupiego.
Powstrzymała okrzyk zaskoczenia, kiedy poczuła lekki ból. Spojrzała na chłopaka z niedowierzaniem. Jego zęby błysnęły w ciemnym pomieszczeniu.
- Ugryzłeś mnie – warknęła cicho, zabierając rękę.
- Poczułem taką ochotę. – Nie mogła tego zobaczyć, ale wyobraziła sobie jak wzrusza ramionami. – Zechcesz mi łaskawie wyjaśnić, dlaczego mnie tu zaciągnęłaś? – rzucił cicho. Mimo wszystko czuła, kiedy poruszał się, lustrując otoczenie wzrokiem. – Nie mam nic przeciwko takim miejscom w odpowiednich okolicznościach, ale te chyba się do nich nie zaliczają.
- To proste – umilkła, nasłuchując przez chwilę, po czym kontynuowała: - Mój tata nie mógł cię zobaczyć.
- Ach, więc córeczka tatusia – Znowu się uśmiechnął. – Nie z takimi sytuacjami sobie radziłem.
- Nie potrzebuję, żebyś sobie z tym radził – syknęła. – Nie jestem jedną z twoich panienek.
- Jesteś pierwszą, która była na tyle zdesperowana, żeby zaciągnąć mnie do… - Po prostu czuła, jak zmarszczył czoło. – Schowka? Czymkolwiek by to nie było, niezłe z ciebie ziółko, wbrew powszechnej opinii.
- Ta powszechna opinia jest taka tylko i wyłącznie z twojej winy – powiedziała i, chcąc zapleść ręce na piersi, przez przypadek uderzyła Daviesa w brzuch.
Skrzywiła się.
- Mścisz się? – rzucił, a Rose szybko zdążyła poczuć się nieswojo.
William przybliżył swoją twarz do jej. Nie miała gdzie uciec, plecami opierała się o drzwi. Było ciemno, ale mogła dostrzec jego oczy, wpatrując się w nią ze skupieniem, z bardzo niewielkiej odległości.
- Co by tu zrobić, żebyś już nigdy nie pomyślała o biciu mnie? – mruknął, owiewając jej twarz ciepłym oddechem.
- O-Odsuń się – powiedziała cicho, kładąc dłonie na jego ramionach i odpychając go.
Zaśmiał się cicho.
- Ciekawa z ciebie osóbka – oznajmił, klepiąc ją po głowie i mierzwiąc włosy. – Jednak wolałem ten stóg siana, który widziałem rano.
Tym razem cios w żołądek był całkowicie celowy, ale wywołał tylko kolejny chichot ze strony Daviesa.
Rose westchnęła, czując coraz większe gorąco. Mała komórka, wypełniona zakurzonymi sprzętami i dwie osoby, z czego jedna oddychała szybciej z nerwów. Co tata robił tu tak długo? Powinien być w pracy.
Jeszcze trochę i się tutaj podusimy.
- Skoro i tak musimy tu siedzieć, to może opowiesz mi o wszystkim – zaproponował chłopak. – Nie śpieszy mi się.
- Znasz odpowiedź.
- Ty również.
Rzuciła mu gniewne spojrzenie, którego prawdopodobnie nie zobaczył. Nie zależało mu na tyle, żeby męczyć ją, aż się wygada. Więc po co to czcze gadanie?
- No dalej, Parker – wymruczał niczym rasowy kot, wywołując gęsią skórkę u Rose. – Mogę jednak zrobić coś interesującego i mam wątpliwości, czy ci się to spodoba.
- T-To nie jest t-twoja sprawa – jąkała się jak mała dziewczynka, całkowicie wytrącona z równowagi.
Nie podobała jej się ta sytuacja. Bardzo.
Kiedy do jej uszu dobiegł trzask drzwi, odetchnęła z ulgą. Natychmiast wypadła na zewnątrz i oparła się o przeciwległą ścianę.
Z pomieszczenia, nieśpiesznym krokiem, wyszedł Davies. Pomachał jej plikiem kartek przez twarzą.
- Możemy kontynuować? – zapytał i, nie czekając na odpowiedź, ruszył  w stronę salonu, gdzie rozsiadł się na swoim miejscu, zdjął gitarę i oparł ją o stół.
Rose oderwała się od ściany i potrząsając głowa z niedowierzaniem, podążyła za nim. Nie miał za grosz wstydu, doprawdy. Miała ochotę bardzo mocno trzepnąć go w głowę, ale nie wiedziała co czeka ją w zamian.
Zajęła miejsce naprzeciwko Williama i zerknęła na zegar, wiszący na ścianie. Za niedługo powinna zacząć szykować się do pracy, więc do tego czasu musiała jakoś spławić chłopaka. W momencie, gdy obmyślała swój plan, ciszę przerwał dźwięk telefonu.
Spojrzała na chłopaka, który przeszukiwał kieszenie, aż w końcu z jednej wyciągnął komórkę. Patrząc na wyświetlacz, westchnął ciężko, po czym odebrał połączenie.
Rozmawiał kilka minut, a Rose z ciekawością podsłuchiwała. Domyśliła się, że Davies za niedługo będzie musiał wyjść, dlatego z radością stwierdziła, że nie potrzebowała stosować ryzykownego planu.
- Za pół godziny muszę jechać do klubu, przygotować się do występu – oznajmił, chowając urządzenie. – Masz dokładnie tyle czasu, żeby mi powiedzieć.
Uśmiechnęła się uprzejmie, mrugając niewinnie oczami.
- Za piętnaście minut wychodzę do pracy, więc nic z tego.
- Świetnie, porozmawiamy po drodze.
Uśmiech znikał z jej twarz wraz z nadciągającym złymi przeczuciami.
- Słucham? – odparła grzecznie, wciąż siląc się na bycie miłą.
- Podwiozę cię – rzucił. Nie patrzył na nią, szukał czegoś. – Podaj adres. – Znalazł długopis, chwycił jedną z kartek z nutami i dopiero wtedy na nią zerknął.
Rose zaniemówiła. Gapiła się na chłopaka z otwartymi ustami. Chyba nie mówił poważnie, pomyślała z przerażeniem.
Myśl! Myśl, jak się od niego uwolnić. Nie mógł zobaczyć, gdzie pracuje. To by się skończyło tragicznie dla niej, Amelii, Melanie, Elizabeth i reszty pracowników kawiarni.
- Obejdzie się, dam sobie radę – zaoponowała zdecydowanie.
- W to śmiem wątpić – prychnął, stukając długopisem o kartkę. – Poza tym, to nie była propozycja ani pytanie.
Skrzywiła się ze złością.
- Nie masz prawa mi rozkazywać.
- Chcesz się przekonać?- rzucił jakby od niechcenia. – Myślałem, że postawiłem sprawę jasno w tamtym ciemnym, przytulnym miejscu. Swoją drogą, chyba stało się moim ulubionym.
Nawet nie była w stanie się odgryźć. Rose posłała mu najbardziej zgorszone spojrzenie, jakie była w stanie z siebie wyprodukować, po czym wstała i ruszyła do swojego pokoju, ignorując chłopaka.
- Będę tu czekał! – zawołał za nią.
Oczywiście, że będziesz.
Dziewczyna przebrała się w lepsze ubrania, ujarzmiła włosy ciasnym warkoczem, wzięła najpotrzebniejsze rzeczy i wróciła na dół, obawiając się, co tam zastanie.
William brzdąkał na gitarze, czasami zapisując coś na pięciolinii. Obserwowała jego rozluźniony wyraz twarzy i uśmiech błąkający się po ustach.
Westchnęła. Dlaczego musiał być taki przystojny?
- Skończyłaś? – Przyłapał ją na gorącym uczynku.
Zmieszała się w odpowiedzi na pytanie. Wciąż nie miała pomysłu, jak się go pozbyć. Może najlepszym sposobem byłoby po prostu ignorowanie?
Przytakując swoim myślom, pomaszerowała w stronę drzwi, słysząc za sobą ciche kroki. Pocąc się ze zdenerwowania, wyszła na zewnątrz, a następnie odwróciła się na pięcie, oczekując na chłopaka.
Davies minął ją i ruszył w stronę swojego samochodu. Rose skrzywiła się na widok jego uśmieszku pełnego samozadowolenia.
Po zamknięciu drzwi, przeszła przez furtkę i ruszyła chodnikiem, starannie unikając patrzenia w stronę znajomego pojazdu.
- Po prostu idź – mruknęła do siebie, zaciskając dłonie w pięści.
- Gdzie się wybierasz, Parker? – zawołał za nią William.
Przyspieszyła kroku, a gdy usłyszała odgłos odpalanego silnika, odetchnęła z ulgą. Poszło łatwiej niż sądziła.
- Wsiadaj, zanim się zdenerwuje.
Jej wzrok powędrował w bok, gdzie przy samym krawężniku toczyło się czarne auto. Davies pochylał się nad siedzeniem pasażera i przeszywał ją wzrokiem. To nie wróżyło niczego dobrego.
- Nie mam zamiaru, daj mi spokój – powiedziała ze stoickim spokojem, chociaż gotowała się w środku.
- Wolisz, żebym szedł za tobą? – rzucił nonszalancko. – Dobrze wiesz, że jestem do tego zdolny.
Zatrzymała się nagle. Odwróciła się przodem do samochodu, zaciskając usta i zaplatając ręce na piersi.
- Czemu tak ci zależy? – zapytała zdecydowanym głosem. – Te… dziwne spotkania nie potrwają długo. Dlaczego?
Uśmiechnął się ciepło i był to pierwszy raz, kiedy Rose zobaczyła coś takiego na jego twarzy.
- Kto wie. - Zmrużył ciemne oczy, a w policzkach pojawiły się dołeczki. Wyglądał jeszcze bardziej powalająco niż zazwyczaj.
Rose odchrząknęła, odwracając wzrok, po czym bez namysłu wsiadła do pojazdu. Kłótnie z nim nie miały najmniejszego sensu, zawsze stawiał na swoim.
- Dobrze, że słuchasz starszych – stwierdził Davies, kiedy tylko usadowiła się na miejscu.
Rzuciła mu groźne spojrzenie.

Nie było mowy o wyznaniu dokładnego adresu kawiarni, więc Rose kazała Williamowi zatrzymać się na przystanku, na którym zawsze wysiadała. Było to o wiele bezpieczniejsze.
- Jak przypuszczam, nic z ciebie nie wyciągnę – odezwał się chłopak, zatrzymując się na czerwonym świetle. – Uparta jesteś.
- Oczywiście – prychnęła z wyższością, zaciskając dłonie na kolanach. Spojrzała przez szybę, przesuwając wzrokiem po zatłoczonych chodnikach i szklanych drapaczach chmur, od których odbijały się słabe promienie słońca. W tym roku zima zawita później niż zwykle.
- Kojarzę te okolicę. – Samochód ruszył, a Davies zastukał palcami w kierownice, przypatrując się czemuś.
- Skąd? – zapytała zaniepokojona.
Nie odpowiedział. Zamiast tego parsknął śmiechem, rzucił jej szybie rozbawione spojrzenie, po czym z powrotem skupił się na prowadzeniu.
Rose trzęsła się ze zgrozy, kiedy mijali znajome miejsca. Zdążyła je zapamiętać, chodząc tędy do kawiarni. Droga francuska restauracja, poczta, bank…
- Jedyne miejsce w tej dzielnicy, gdzie mogłabyś pracować… - zaczął, by po chwili zatrzymać pojazd i wskazać coś ręką. – jest tutaj.
To, czego Rose obawiała się najbardziej i mogłaby sobie wyobrazić jedynie w najgorszych koszmarach, stało się rzeczywistością.
Palec Williama celował dokładnie w szyld Cosplay Cafe. Jedyną myślą, kołatającą się w głowie dziewczyny było: jakim cudem?
- Czyżbym miał rację? – Wydawał się zaskoczony. – Przyznaję, nie byłem pewny, ale od kiedy…
- Jak? – przerwała mu, szepcząc. Nawet nie wiedziała, w jaki sposób odpowiednio zareagować.
- Właśnie do tego zmierzałem. – Posłał jej kpiący uśmieszek. – Od kiedy często podrzucałem tu wujka, skojarzyłem sobie okolicę.
Najgłupszym, co Rose mogła teraz zrobić, było myślenie o jego rodzinie. I właśnie to robiła. Zastanawiała się, czemu wujek Daviesa tutaj bywał. Alter-ego podsuwało jej obraz podstarzałego, owłosionego mężczyzny, siedzącego w kącie kawiarni w szarym płaszczu i kapeluszu, próbującego podglądać kelnerki albo robić inne nieprzyzwoite rzeczy.
Potrząsnęła głową, przerażona swoją bujną wyobraźnią.
- Więc jednak przebieracie się w te dwuznaczne stroje? – Spojrzała na niego, powstrzymywał się od śmiechu. – Teraz już nie będę narzekał, kiedy wujek zacznie się zachwycać.
- To kostium roboczy – zaoponowała, patrząc na chłopaka z niesmakiem. – Wychodzę.
Złapała uchwyt torby i sięgnęła po klamkę, po czym otworzyła drzwi. Chłodny wiatr uderzył w jej nogi, będące już na zewnątrz pojazdu.
- Jeśli piśniesz choć słowo… – urwała i przejechała palcem po szyi. – Wiesz, co się stanie.
- Twój sekret jest ze mną bezpieczny. – Uśmiechnął się leniwie, klepiąc po piersi ręką.
Skrzywiła się nieznacznie, a następnie wysiadła z samochodu. Otuliła się kurtką, stojąc w miejscu aż William odjechał z piskiem opon i zniknął za zakrętem. Dopiero wtedy przestała udawać pewną siebie.
Ugięła drżące nogi i oparła ręce na kolanach, pochylając się. Była przerażona. Jedna myśl goniła drugą i Rose sama nie wiedziała już, co siedzi w jej głowie.
Może wcześniej nie wyglądała na wstrząśniętą, ale była. Bardzo. Nigdy nie przypuszczała, że osobą, która dowie się o jej miejscu pracy będzie William Davies. Planowała nie wspominać o tym nikomu oprócz Pixie i Natalie. Nie dała tego po sobie poznać, ale w pewien sposób wstydziła się tego, co musiała robić w kawiarni. Ubieranie dosyć odważnego stroju oraz odnoszenie się do klientów, jak na pokojówkę przystało wciąż nie przychodziło jej z łatwością.
Wszystko się skomplikuje, była tego pewna. Jeśli ten natręt się jej uczepi tak jak dzisiaj, to nie na długo jej zajęcie pozostanie w ukryciu. W dodatku nie chciała przysparzać problemów Amelii, a zależało jej na posadzie.
Niepokoiło ją jeszcze coś innego. William wiedział o niej coraz więcej,  oczywiście wbrew jej woli. Jeszcze trochę i będzie znał ją bardziej niż ktokolwiek. Dlatego jej największym pragnieniem było, aby próby skończyły się jak najszybciej i uwolniły ją od ciężaru jego ciągłej obecności. Jednak ich ostatnie rozmowy coraz bardziej upewniały ją w przekonaniu, że to wszystko nie będzie takie proste, jak sobie wyobrażała.
Wyprostowała się, a jej wzrok automatycznie padł na kawiarnię. Przed oczami stanął jej Davies, wskazujący szyld palcem, z tym obrzydliwym rozbawieniem na twarzy.
Uderzyła dłońmi policzki, odganiając bardzo niechciane obrazy, po czym ruszyła w stronę wąskiej alejki zaraz obok, która prowadziła do bocznego wejścia, gdzie wpadła ostatnio na Elizabeth.
W środku powitało ją przyjemne ciepło i słodkie zapachy dochodzące z kuchni. Przywitała się z Garretem, energicznie ubijającym jajka i pogwizdującym pod nosem. Skierowała swoje kroki do niewielkiej szatni, a następnie do swojej własnej szarej blaszanej szafki, gdzie wisiał charakterystyczny strój.
Przebrała się, wykorzystując fakt, iż była sama. Mając niewielkie problemy z zawiązaniem kokardy z białego, lejącego materiału, w końcu była gotowa do pracy. Wyrzucając z głowy ostatnie myśli związane z Daviesem, pomaszerowała w kierunku dwuskrzydłowych drzwi, oddzielających zaplecze od kawiarni. Odrobinę dziwiło ją, że do tej pory nie spotkała żadnej z pracownic.
Przekroczywszy próg, rozejrzała się, aby zobaczyć coś zaskakującego. Otworzyła szerzej oczy.
Na środku pomieszczenia stała Amelia, czerwona po same uszy. Spoglądała w dół zmieszana. Wzrok Rose skierował się w tę samą stronę, gdzie dostrzegła, klęczącego na jedno kolano, mężczyznę. Wyciągał przed siebie dłoń, na której spoczywało czarne, aksamitne pudełeczko. Dziewczyna nie musiała widzieć jego wnętrza, żeby domyśleć się, co połyskiwało w wątłych promieniach, wpadających przez szyby.
Nieznajomy westchnął. Drobinki kurzu zawirowały w powietrzu wokół jego ust.

- Wyjdź za mnie.

2 komentarze:

  1. Super. A te z oświadczynami zajebiste. Nie umiem się rospisywać więc jeszcze troche napiszę. Boskie *_*. Sweet. Najlepsze na świecie. Awwwwwu *_*.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jestem oczarowana *o* Hahaha, Rose zaciągnęła Willa do jakiegoś schowka xd Ta dziewczyna jest genialna ;p
    I znowu Davies dowiedział się kolejnej rzeczy - gdzie pracuje Rose. Ciekawe, jakby zareagował, gdyby zobaczył ją w tym stroju pokojówki :D Pomimo tej całej ich niechęci, oni mają się ku sobie, ja to wiem :D
    Ciekawe, któż to oświadcza się szefowej, trochę śmieszy mnie ta sytuacja ;p

    OdpowiedzUsuń