logo

11/18/2014

Rozdział XVI "Odliczanie do balu"

Z góry przepraszam! Zupełnie straciłam ochotę na pisanie, wstawianie nowych rozdziałów i ogólne ogarnianie bloga. Wszystko przez szkołę, która tylko odbiera chęci do życia. Obiecuję się poprawić! 
Dajcie znać w komentarzach, czy jeszcze ktoś tu został i to czyta :)




***




Wzrok Rose skakał pomiędzy Ericiem a jego siostrą, dziewczyna zastanawiała się jak rodzeństwo mogło być tak różne. Może przebywanie z Michaelem i Pixie jako bliźniakami wypaczyło jej pogląd na te sprawy. Caroline z pewną siebie postawą oraz mocnym i stanowczym głosem stanowiła całkowite przeciwieństwo brata.
- Mówisz jakby brakowało ci chęci do życia – zrugała dziewczyna Erica, zaplatając ręce na piersi. Spojrzała na Rose. – Carmen mi o tobie mówiła. Wspominała dziewczynę, która miała mnie zastąpić podczas prób przed balem.
Rose chrząknęła nerwowo. Caroline onieśmielała ją swoim sposobem bycia, czuła się przy niej dość niezręcznie, nic dziwnego, że to akurat ona miała śpiewać – nie w głowie jej byli ładni chłopcy z Free.
- Tak, jestem tylko zastępstwem – uśmiechnęła się Rose. – Cieszę się, że czujesz się lepiej.
Dziewczyna rzuciła jej lekko zaskoczone spojrzenie, po czym podeszła bliżej z zamiarem wspięcia się na scenę. Sam pognał na pomoc, jednak Caroline zignorowała jego wyciągniętą rękę i po chwili odetchnęła, stojąc na podeście.
- Skoro wróciła główna wokalistka, zwalniam ci miejsce – Rose zaczęła podnosić się ze swojego miejsca, ale ciemnowłosa powstrzymała ją ruchem ręki.
- Zdeklarowałam, że wrócę jutro, więc nie będę znowu mieszać – oznajmiła, po czym uśmiechnęła się uroczo. – I tak narobiłam Carmen niezłego bałaganu, kiedy złapała mnie ta okropna choroba.
Rose czuła się zdezorientowana. Jeszcze przed chwilą miała do czynienia z wyniosłą, pewną swoich racji osobą, a teraz stała przed nią dziewczyna, której uśmiech łagodził nieco ostre rysy twarzy. Rozdwojenie jaźni?
- Dobra, chłopcy! – Caroline zacisnęła usta w cienką linię, zmrużyła oczy i oparła ręce na biodrach. – Pokażcie mi, czego mam się spodziewać w sobotę!
Tak, to zdecydowanie to.
- Tak jest! – zawołał Sam, wracając na swoje miejsce z zawodem wypisanym na twarzy.
- Mogłabyś przestać nam rozkazywać – skrzywił się Davies, spoglądając na dziewczynę z niechęcią.
- Mogłabym… – posłała mu surowe spojrzenie. – ale tego nie zrobię.
Eric westchnął ciężko i mruknął coś o kompleksie wyższości i przemęczaniu się.
- Przestańcie zrzędzić i weźcie się do roboty – zarządził James, wywracając oczami i bawiąc się pałeczkami.
- A ja posłucham sobie mojego kochanego zastępstwa – oznajmiła Caroline, stając za krzesłem Rose i spoglądając na kartkę z tekstem piosenki.
Rose zastanawiała się, gdzie tak właściwie trafiła i z kim przyszło jej się zadawać. Czy w tym mieście nie było nikogo normalnego? Miała pewność, że brunetka kryła w sobie dwie osobowości, nie wiedziała tylko, z którą miała do czynienia w danej chwili.
Słysząc muzykę, poprawiła się na krześle i zerknęła na kartkę. Zaczęła cicho śpiewać, ale nie zdążyła dokończyć nawet pierwszej zwrotki, ponieważ Caroline machnęła ręką, przerywając jej.
- Stop! Stop! – zawołała, czekając aż wszystko ucichnie. Zwróciła się do Rose. – Masz naprawdę ładną barwę głosu, ale drży on za mocno. Wcale cię nie słychać – mówiła z przekonaniem, gestykulując dłońmi, po czym zerknęła na brata. – A tobie co mówiłam? Więcej życia, Eric!
- Caroline, daj spokój – mruknął James, obracając się na swoim krzesełku w jej stronę. – Ona nawet nie będzie występować, nie musisz dawać jej lekcji.
Rose bardzo chciała coś powiedzieć, nawet otwierała już usta, ale brunetka szybko zripostowała słowa chłopaka.
- Nie mogę patrzeć, kiedy ktoś marnuje swoje umiejętności – warknęła, kładąc dłoń na ramieniu Rose, przez co dziewczyna wzdrygnęła się zaskoczona, spinając wszystkie mięśnie. – Carmen musi się za ciebie porządnie wziąć w Klubie.
Rose zastanawiała się jak zareaguje dziewczyna, jeśli wyzna, że wcale do Klubu nie należy.
- Najwidoczniej Carmen nie wspomniała o tym, że Parker tam nie uczęszcza – odezwał się nagle Davies, zupełnie o to nieproszony, zdaniem Rose.
Caroline spojrzała na chłopaka, a potem mocniej ścisnęła ramię Rose.
- Nie uczęszcza – powtórzyła powoli, jakby nie rozumiejąc znaczenia tych słów. – W takim razie, co tu robi?
- Nie mam pojęcia czemu przewodnicząca ją wybrała – odpowiedział jej James, chociaż William już otwierał usta.
- Will po prostu powiedział nam o tym – wtrącił Sam, wzruszając ramionami. – Słyszałem, że wcale nie chciała brać w tym udziału.
- Ona tu jest i nawet potrafi mówić za siebie. – Irytacja Rose sięgnęła zenitu. Nie znosiła, kiedy dorośli rozmawiali w jej obecności, traktując ją jak powietrze, więc tym bardziej nie będzie tego tolerowała w tej sytuacji.
- Więc wytłumacz się – rozkazała Caroline, celując w nią oskarżycielsko palcem, jakby wszystkie nieszczęścia tego świata były jej winą.
Rose od razu straciła całą pewność siebie, zerkając na dziewczynę z obawą. Co miała teraz powiedzieć? Lepiej było siedzieć cicho.
Postawiła na półprawdę.
- Po prostu Carmen potrzebowała kogoś, kto nie będzie się ślinił na widok Daviesa. – Nie mogąc się powstrzymać, posłała Williamowi złośliwy uśmieszek. – Oczywiście, na początku nie chciałam się zgodzić, ale zmieniłam zdanie. – Wzruszyła ramionami.
- Co znaczy ślinić się na widok Daviesa? – James prychnął z oburzeniem. – On nie jedyny tutaj ma swój fanklub – dodał, uśmiechając się z zadowoleniem.
Rose spojrzała na niego z politowaniem. No doprawdy, miał czelność przechwalać się zgrają krzyczących nastolatek, które były gotowe zedrzeć z niego ubrania, gdyby tylko dał im szansę.
- Nie mówisz chyba o tej nielicznej grupce, której członków mógłbym policzyć na palcach jednej ręki? – zwrócił się do niego William, unosząc brwi.
- Chłopaki, przestańcie! – zawołał Sam, wymachując rękoma i uśmiechając się przepraszająco do Caroline, która obserwowała wszystko z grymasem na twarzy.
Rose niedowierzała w to, co miała przed oczami. Czy oni naprawdę kłócili się o liczebność w swoich fanklubach? To było po prostu niesamowite, jak bardzo egoistyczni mogli być.
Potrząsnęła głową z rezygnacją, kątem oka dostrzegając ziewającego Erica, która osunął się na swoim miejscu, przymykając oczy. Niektórym było to po prostu obojętne.
- Dosyć! – Głos Caroline przebił się przez zawziętą sprzeczkę, zwracając na siebie uwagę wszystkich w pomieszczeniu. – Zabierzmy się w końcu za próbę, muszę wszystko dokładnie usłyszeć. A ty, Rose – Spojrzała na dziewczynę, która uśmiechnęła się słabo. – na pewno docenisz krótką lekcje od profesjonalistki, prawda? – Wybuchła perlistym śmiechem, zasłaniając usta dłonią. – Do roboty, panowie!
Wśród narzekań Williama i Jamesa, Caroline przywłaszczyła sobie osamotnione krzesło i przysiadła obok Rose, której największym pragnieniem było pognanie do domu. Sam obudził drzemiącego Erica mocnym szturchnięciem, po czym wrócił na swoje miejsce, energicznie łapiąc gitarę do ręki.
- Żyj, Eric! – Caroline syknęła na brata, patrząc groźnie. – Żyj!

Po dwóch godzinach, podczas których Rose została zmaltretowana przez Caroline na wiele sposobów, w końcu wszyscy zgodzili się, że pora kończyć. Dziewczyna odetchnęła z ulgą, przeciągając się i krzywiąc na dźwięk cichych chrupnięć kości.
- Jutro o tej samej godzinie – oznajmiła Caroline zespołowi, odstawiając krzesło i zbliżając się do Rose, zbierającej swoje rzeczy. – Przyjdziesz nas posłuchać?
Rose zerknęła na Williama, który pakował gitarę do pokrowca, kontynuując swoją kłótnię z Jamesem i opędzając się od Sama, próbującego ją załagodzić. Nie miała najmniej ochoty oglądać tego dupka częściej niż było to konieczne. Dzisiaj ich próby się skończyły, więc już nigdy nie będzie musiała widywać się z nim po zajęciach.
- Raczej nie, mam pracę – skłamała gładko, unikając wzroku brunetki. – Posłucham na balu.
Caroline wzruszyła ramionami.
- Jak chcesz. – Podążyła w stronę Erica, z daleka strofując go za ociąganie się, po czym odwróciła głowę w jej kierunku. – Szkoda, mogłabym cię jeszcze wiele nauczyć. – Mrugnęła.
Rose westchnęła, kręcąc głową. Przerzuciła swoją torbę przez ramię i ruszyła w stronę wyjścia, uprzednio żegnając się machnięciem ręki z Samem i Ericiem. Jamesa i Williama zignorowała, unosząc głowę wyniośle.
- Już wiem dlaczego Carmen ją wybrała – mruknął Eric, nie zwracając uwagi na mordercze spojrzenie siostry. Leniwym ruchem podniósł się z krzesła. – Wydaje się na nich odporna – stwierdził, spoglądając na postać znikającą za drzwiami.

Tymczasem Rose przemierzała korytarze nieśpiesznym krokiem. W końcu koniec, uwolniłam się od Daviesa. Nie sądziła, że po tylu niezręcznych wydarzeniach się uda. Jedynym, co mąciło jej radość, był fakt wiedzy, jaką posiadał chłopak. Wiedział, gdzie pracowała po lekcjach i to dawało mu przewagę. Zawsze mógł ją zaszantażować, grożąc, że ujawni całej szkole jak Rose przebiera się w interesujące ciuszki i usługuje klientom. Resztę na pewno dośpiewają sobie sami, na jej niekorzyść. Na razie nie wiedziała, jak wyjaśni tę sprawę, ale obiecała sobie, że pomyśli nad tym jak najszybciej.
- Czekałam na ciebie, nowa.
Rose drgnęła zaskoczona, dostrzegając Natalie opierającą się o drzwi. W mroku korytarza jej twarz rozświetlało jedynie słabe światło z telefonu, który trzymała w obu dłoniach.
- Co tu robisz? – zapytała Rose, oglądając się za siebie nerwowo.
- Jakiś czas temu spotkanie Klubu Czytelniczego się skończyło, więc pomyślałam, że poczekam. – Rudowłosa schowała telefon do kieszeni czarnej, ortalionowej kurtki, która prawdopodobnie była jej nieodłączną częścią, po czym podeszła do dziewczyny. – Chodź, zawiozę cię do domu.
Rose uśmiechnęła się z wdzięcznością. Przejażdżka autobusem, kiedy na zewnątrz było ciemno, nie nastrajała jej pozytywnie, a nie chciała kłopotać taty.
Zmarszczyła czoło, gdy Natalie otworzyła lekko usta, wpatrzona w coś za jej plecami i najwyraźniej tym zaskoczona. Odwróciła się w porę, by zobaczyć Jamesa i całą gromadę, kierująca się do wyjścia. Głupia! Mogłam od razu wyciągnąć ją za zewnątrz!
Rose spojrzała na rudowłosą, która spuściła głowę, wbijając wzrok w czubki swoich butów i traktując włosy jak kurtynę.
Zacisnęła usta, kiedy wyczuła mijającego ich chłopaka i spojrzała na niego hardo. James zdawał się nie zwracać na to uwagi, dopiero po chwili jego oczy przesunęły się po Rose i Natalie. Przez krótką chwilę, Rose miała wrażenie, jakby zatrzymał się na ognistych kosmykach dziewczyny, ale ze spojrzenia chłopaka nie dało się nic wyczytać.
Minęło kilka sekund, które zdawały się trwać wieczność, zanim za hałaśliwą grupką zatrzasnęły się drzwi.
- Wszystko w porządku? – Rose delikatnie dotknęła ramienia Natalie. Dziewczyna podniosła głowę, na jej twarzy nie gościł żaden wyraz oprócz łagodnego uśmiechu.
- Po prostu się tego nie spodziewałam – zaśmiała się cicho, potrząsając lekko głową. – Idziemy? Zaparkowałam Neko zaraz obok wejścia.
Rose podążyła za dziewczyną, przygryzając wargi ze zmartwienia. Natalie mogła myśleć, że jej wymuszony uśmiech ukryje wszystko, ale myliła się. Jej relacja z Jamesem, a raczej jej brak, była po prostu toksyczna dla rudowłosej i to niepokoiło Rose. Musiała naradzić się z Pixie, co począć w tej sprawie. Jeśli niczego nie zrobią, Natalie się wykończy.


Rose wpatrywała się w swój kostium leżący na łóżku, opierając ręce na biodrach. Sobotni poranek przywitał ją lodowatym wiatrem, wkradającym się do pokoju przez uchylone okno. Dziewczyna spoglądała sceptycznie na krótką sukienkę, ale to nie był jedyny powód jej negatywnego nastawienia.
W końcu Davies widział ją już w stroju pokojówki. Czy pojawienie się w podobnym na balu nie było przypadkiem otwartym zaproszeniem dla niewybrednych uwag z jego strony? O ile oczywiście w ogóle zwróci na nią uwagę, a modliła się, aby tak się nie stało.
- Rose, jesteś pewna, że nie muszę was odwozić do szkoły? – zawołał tata, jego głos został stłumiony przez zamknięte drzwi sypialni.
- Brat Pixie obiecał nam podwózkę!
- W takim razie ruszaj się, będę czekał w samochodzie!
Przygryzła wargę, doskonale wiedząc, że nie ma innego wyjścia. Chwyciła wieszak, podniosła kostium, po czym schowała go do pokrowca. Narzuciła na siebie płaszcz, przełożyła torbę z resztą rzeczy przez ramię i skierowała się w stronę drzwi.

- Nie sądziłem, że naprawdę wybierzesz się na ten bal – oznajmił tata, podkręcając ogrzewanie w wychłodzonym wnętrzu pojazdu. Zerknął na nią kątem oka. – Podaj mi adres twojej koleżanki.
Nakleiła mu na kierownicę żółtą karteczkę, gdzie zapisała ulicę i numer domu, który Pixie podyktowała jej przez telefon.
- Też tak myślałam – wzruszyła ramionami, otulając się kurtką. – Zmusiła mnie, poza tym chciałam trochę się zintegrować z resztą szkoły.
- Mądra dziewczynka. – Poklepał ją po głowie, nie odrywając wzroku od jezdni. Rose wywróciła oczami. Właściwie żadna integracja nie była potrzebna, od kiedy większość szkolnego społeczeństwa znała ją jako byłą lub aktualną dziewczynę Daviesa.
Dziesięć minut później zatrzymali się pod domem Pixie. Tata spojrzał na średniej wielkości budynek, po czym uśmiechnął się do Rose.
- Baw się dobrze. – Cmoknął ją w czoło.
- Nie mam pięciu lat – burknęła, pocierając mokre miejsce wierzchem dłoni.
- Ranisz swojego biednego ojca. – Złapał się za serce, krzywiąc malowniczo.
Prychnęła ze śmiechem, pokręciła głową i otworzyła drzwi. Zadrżała z zimna, wydostając się z samochodu. Zabrała swoje rzeczy, pomachała tacie i ruszyła do drzwi wąską alejką, wyłożoną szarymi kamieniami.
Nie zdążyła zapukać, a przed nią pojawiła się rozpromieniona twarz Pixie.
- Widziałam cię przez okno – wyjaśniła wesoło. – Wchodź, wchodź. Natalie już jest.
Rose przekroczyła próg, ściągnęła buty, które odłożyła na dywanik, po czym rozejrzała się. Znajdowały się w niewielkim holu, przed sobą widziała schody, prowadzące na górne piętro. Po prawej szerokie przejście ukazywało kawałek skórzanej sofy i szklany stolik. Natomiast po lewej Rose dostrzegła wejście do kuchni, skąd dochodził przyjemny zapach.
Przestąpiła z nogi na nogę na ciepłych panelach.
- Pamiętasz co musimy zrobić? – zapytała cicho, patrząc na Pixie.
Brunetka przytaknęła.
- Załatwimy tę sprawę z Jamesm raz a porządnie – powiedziała twardo.
- Z kim tak szeptasz?
Odwróciły się w stronę kuchni, skąd dobiegał głos. Z pomieszczenia wyszła niska, drobna kobieta, wycierająca ręce w małą ściereczkę.
- Mamo, to koleżanka z klasy, o której ci mówiłam. – Pixie wskazała ją ręką, uśmiechając się lekko.
- Dzień dobry, jestem Rose – przedstawiła się uprzejmie.
- Ach, tak! Pixie opowiadała mi o tobie! – wykrzyknęła, śmiejąc się i podeszła bliżej. Oparła ręce na jej ramionach. – Miło mi cię poznać. – Pokiwała energicznie głową, po czym zamaszystym gestem przeczesała krótkie, czarne, krótko obcięte włosy. – Zmykajcie na górę, za chwilę przyniosę wam coś do picia.
- Dzięki, mamo!
Pixie pociągnęła ją za rękę w stronę schodów. Rose śmiała się w duchu. Rodzicielka Pixie była dokładnie taka sama jak córka, teraz wiedziała po kim brunetka odziedziczyła te wszystkie cechy charakteru. Nie mogłaby wyprzeć się swojej córki, zdecydowanie.
- Co cię tak śmieszy? – zapytała Pixie z ciekawością, wspominając się na górę.
- Jesteś bardzo podobna do swojej mamy.
Dziewczyna prychnęła, wznosząc oczy ku niebu. Poprowadziła ją korytarzem.
- O, cześć, nowa.
Drzwi po lewej stronie otworzyły, a w progu stanął Michael. Miał na sobie wymięty podkoszulek i szary dres. Wyglądał jakby dopiero wstał z łóżka.
- Hej, Michael. – Rose uśmiechnęła się, przekrzywiając głowę. – A ty co? Nie szykujesz się na bal?
- Pixie ci nie mówiła? – Zdziwił się, rzucając szybkie spojrzenie siostrze. – Nie wybieram się. Simon przychodzi i urządzamy sobie maraton horrorów.
Na wspomnienie ostatniego horroru jaki widziała lekko pobladła.
- Zapomniałam ci o tym wspomnieć – wytłumaczyła Pixie i zamachała rękami. – Ale spokojnie, Mike nas zawiezie, a jak będzie wracał to podskoczy po Simona.
- Nie będzie zadowolony, że kazałem mu czekać.
Brunetka wywróciła oczami.
- Jakoś to przeżyje. – Klasnęła dłońmi. – Dobra, idziemy się stroić. Nie waż się podglądać! – Pogroziła mu palcem.
- Wierz mi, nie bardzo mnie to interesuje – mruknął, posłał Rose uśmiech, po czym zniknął zza drzwiami.

Kiedy Rose przekroczyła próg pokoju Pixie, pomyślała, że mogła się tego spodziewać. To była istna dżungla.
Ubrania walały się po całym pomieszczeniu, zwisały z krzeseł, leżały skłębione na biurku i wciśnięte za drzwi. Każda powierzchnia płaska mebli obfitowała w najróżniejsze przedmioty – począwszy od figurek małych dinozaurów, przez porozrzucane płyty, a skończywszy na kolorowych pluszakach najróżniejszej wielkości. Z ciemnoniebieskiego sufitu zwisały drewniane modele samolotów, a nad łóżkiem ktoś przykleił plastikowe gwiazdki, świecące w ciemnościach.
Mimo totalnego rozgardiaszu, było tu dość przytulnie. Gdyby nie totalny bałagan, pokój wydawałby się o wiele większy, a Rose nie bałaby się zrobić kroku, niepokojąc się, czy nie zniszczy czegoś cennego.
Gdzieś w środku tego miszmaszu dostrzegła Natalie, która rozłożyła się na łóżku, a sądząc po pokaźnej górze ubrań pod oknem, musiała najpierw pozbyć się tego, co zastępowało narzutę. Była pogrążona w lekturze jednej ze swoich mang, a kiedy je dostrzegła, położyła tomik na brzuchu.
- Długo wam to zeszło – oznajmiła, ziewając lekko.
- Posuń się – mruknęła Pixie, sadowiąc się obok niej, po czym spojrzała na Rose. – Co tak stoisz? Rzuć gdzieś swoje rzeczy i chodź do nas.
Zaczęła lawirować między przedmiotami, odłożyła torbę i kostium na stosunkowo nie zajęty obszar krzesła, a następnie usiadła w nogach łóżka, opierając się o ścianę.
- Natalie, musimy porozmawiać – oznajmiła Pixie, poważniejąc.
Rudowłosa spojrzała na nią z niepokojem, unosząc się na łokciach z pozycji leżącej.
- O czym?
- O Jamesie. – Rose odwróciła wzrok.
- Ale przecież nie ma o czym – mruknęła, siadając po turecku i krzyżując ręce na piersi.
- Jest o czym – zaprzeczyła brunetka. – Rose powiedziała mi o tym, co się niedawno stało. Myślisz, że to normalne zachowanie?
- Jeśli on wciąż…
Natalie przerwała jej.
- Po prostu to powiedz – westchnęła. – Jeśli wciąż go kocham?
Rose niepewnie skinęła, wykręcając ręce.
- Kocham – powiedziała miękko, uśmiechając się smutno. – Ale to koniec i oboje o tym wiemy. Nie ma do czego wracać, widziałam, co zrobił, a on widział mnie. Czy wszystko nie powinno być jasne?
- Gdyby wszystko było jasne, to nie męczyłabyś się z tym tak długo – zaprotestowała gwałtownie Pixie, uderzając pięścią w poduszkę. – Nie potrafisz pójść dalej, Natalie. Zamykasz się w klatce, a on najwyraźniej już dawno przeszedł na tym do porządku dziennego.
- Bo to nie jest takie łatwe, ale w końcu mi przejdzie. Przecież wiem to najlepiej, prawda? Więc nie rozumiem, o czym…
- Porozmawiasz z nim – syknęła Pixie, tracąc cierpliwość. Uniosła rękę, widząc otwierające się usta dziewczyny. – Nie, nie przerywaj mi. Porozmawiasz, albo pójdę do Daniela i wszystko mu wyśpiewam.
Natalie spojrzała na nią, szeroko otwierając oczy.
- Nie ośmieliłabyś się.
- Chcesz się przekonać? – Brunetka uniosła brew sugestywnie.
- Zrobi to – szepnęła Rose do rudowłosej, którą spokój zaczął opuszczać.
- Przecież mnie sparaliżuje! – warknęła ze złością. – Znowu mam na niego patrzeć z bliska? Proszę cię, on nawet nie będzie miał ochoty na jakiekolwiek kontakty ze mną. Widział mnie z Danielem, myśli o mnie najgorzej, nie mogę…
- Ale przecież to on cię zdradził i musi być tego świadomy – zaprotestowała Rose, a Pixie przytaknęła jej gorąco. – Po prostu wyjaśnijcie sobie wszystko jak należy i zakończcie to.
- Łatwo wam mówić – wymamrotała, krzywiąc się. – Nie chcę go widzieć, nie chcę z nim rozmawiać. To zbyt trudne.
- Nie lepiej zrobić to raz i mieć spokój? – zapytała łagodnie Rose, kładąc rękę na ramieniu dziewczyny.
- Nowa ma racje, musisz się przełamać – dodała Pixie, uśmiechając się. – Pamiętasz, jak dobrze sobie poradziłaś z Danielem? Czasami tylko porządną pogadanką można coś naprostować.
Rudowłosa wciąż krzywiła się niechętnie, ale w jej oczach błysnęło zwątpienie. Przeczesała ręką włosy, wzdychając.
- Czy dacie mi spokój, jeśli powiem, że spróbuje? – rzuciła pytająco, z nadzieją w głosie. – Nic nie obiecuje, ale naprawdę się postaram.
- Jeżeli dasz z siebie wszystko, to zawsze masz nasze wsparcie – zapewniła ją brunetka, śmiejąc się lekko.
- Właśnie, rudzielcu. – Rose energicznie pokiwała głową.
- Naprawdę powiedziałabyś Danielowi? – mruknęła Natalie, marszcząc brwi.
- Blefowałam. – Pixie zanuciła wesoło, po czym rzuciła się na zaskoczoną rudowłosą, która pisnęła, przewracając się. – Ale najważniejsze, że dałaś się nabrać – zachichotała, szarpiąc się z dziewczyną.
Rose odchrząknęła.
- Chyba o czymś zapominacie? – wymamrotała znacząco.
Nastała chwila ciszy, którą przerwał okrzyk Pixie.
- Bal! – Sturlała się z Natalie, ale prawdopodobnie źle obliczyła odległość i zanim któraś zdążyła ją złapać, runęła na podłogę.
Obie śmiały się przez kolejne pięć minut, kiedy brunetka wstała na nogi, masując sobie dolną część pleców i dziękując kupie ubrań, które zamortyzowały upadek.

Szykowanie się zajęło im dużo czasu. Zrobiły przerwę tylko wtedy, kiedy mama Pixie przyniosła im herbatę i ciastka. Natalie jęczała, że wolałaby jeść niż robić makijaż, ale wystarczyło jedno spojrzenie brunetki, aby szybko umilkła.
Najpierw zabrały się za rudowłosą, która musiała wcześniej wyjść, żeby wrócić do domu, gdzie miał po nią przyjść Daniel. Zdecydowały się na porządne loki, w końcu miała byś rasową czarownicą. Po godzinie twarz dziewczyny okalały ogniste sprężynki, a Pixie patrzyła na włosy z zachwytem, wzdychając z zazdrości.
- Wyglądam jak idiotka – rzekła Natalie zrezygnowana, ciągnąc za jeden z loków, dopóki brunetka nie pacnęła ją w rękę.
- Zostaw, bo zepsujesz. Trzeba to spryskać lakierem.
Brunetka miała niezły ubaw robiąc makijaż. W końcu Natalie miała być straszną czarownicą, więc Pixie tylko uśmiechała się tajemniczo, nakładając ciemne cienie na powieki dziewczyny i malując jej usta czerwoną szminką.
Rudowłosa rzuciła podejrzliwe spojrzenie, kiedy podawała jej lustro. Spojrzała w swoje odbicie i nabrała powietrza ze świstem.
- Coś ty ze mną zrobiła? – jęknęła, dotykając swojego policzka. – Nie wyglądam jak czarownica, tylko wiedźma!
- A to nie jedno i to samo? – rzuciła Pixie, uśmiechając się z zadowoleniem. – Wyglądasz świetnie, nie marudź.
Rose zerknęła, oceniając makijaż. Czarne cienie zdobiły całe powieki, mocno utuszowane rzęsy podkreślały naturalnie brązowe oczy, a czarne kreski, kończące się zawijasem na skroni podkreślały mroczny charakter. Krwistoczerwone usta zaciskały się z irytacją, kiedy Natalie przeglądała się w lusterku.
- Naprawdę jesteś czarownicą – zdecydowała w końcu, podnosząc szatę z łóżka. – Przebierasz się w domu, prawda?
- Jasne, chyba Bellatrix. – Wywróciła oczami. – Tak, jeśli możesz to spakuj mi to do torby, a ja pójdę zebrać swoje rzeczy.

- Dobra, nowa, siadaj tu – rozkazała Pixie, kiedy zmyła już pozostałości tuszu i eyelinera z rąk. – Teraz twoja kolej.
Rose niepewnie zajęła krzesło, a dwie dziewczyny zaczęły wpatrywać się w nią z uwagą.
- Co zrobić z włosami? – mamrotała brunetka, pocierając brodę palcami. – Prostować? Kręcić? Co pasuje do pokojówki?
- Może zrobić lekkie fale i upiąć? – podsunęła Natalie, przeglądając coś na swoim telefonie. – Zobacz na to. – Wetknęła dziewczynie telefon do ręki.
- To jest to! – krzyknęła, unosząc palec w gorę niczym jakiś szalony naukowiec.
Gdy Pixie zabrała się za upiększanie, a rudowłosa stała z boku i co jakiś czas rzucała uwagi, Rose zamyśliła się, bardzo starając się nie wyobrażać tego, jak będzie wyglądać.
Martwiła się balem. Przede wszystkim Daviesem i jego reakcją na strój, obawiała się, że przez to wyda się, gdzie pracuje. Nie chciała kolejnych plotek, wystarczyły obecne, które tylko rozstrajały ją emocjonalnie. Jeszcze kilka tygodni temu nawet miała ochotę iść, zabawić się z przyjaciółmi, zapomnieć o wszystkim, ale teraz nie wydawało jej się to dobrym pomysłem. Miała złe przeczucia.
- Skończone! – Pixie złapała jej ręce, wyrywając z potoku szalonych myśli. Uśmiechała się szeroko, jej oczy błyszczały. – Popatrz!
Rose z obawą spojrzała na podsunięte lustro  i… nie przeraziła się! Obie dziewczyny wydawały się być dumne z siebie, kiedy zachwycała się upięciem, jakie wykonała brunetka i lekkim makijażem w kolorach beżu i ciemnego brązu.
- Dziękuje wam – zaśmiała się i objęła je obie.
- Co nie zmienia faktu, że wciąż jesteś służącą – prychnęła Natalie, uśmiechając się złośliwie. – I dlaczego ona wygląda o wiele lepiej ode mnie, Pixie?!
- Niektórych nie da się już upiększyć. – Rozłożyła ręce, kręcąc głową bezradnie.
- Wredota. – Czerwone usta rozchyliły się, pokazując język. – Muszę się zbierać. Mam nadzieję, że dacie sobie radę.
Pożegnały Natalie, która obiecała odnaleźć je na miejscu, po czym zabrały się za makijaż Pixie.
- Jesteś elfem – zamyśliła się Rose. – Jak dla mnie powinniśmy zostawić twoje włosy tak jak teraz. Są naturalnie proste, będą jeszcze krótsze, jeśli zrobimy ci loki.
- Myślałam nad makijażem w kolorach lekkiej zieleni, bez tuszu do rzęs, jedynie eyliner – oznajmiła brunetka, a Rose zgodziła się skinieniem.
Nałożyła na powieki dziewczyny delikatnie zielony i biały cień i zrobiła cienkie, czarne kreski. Razem nałożyły elfie uszy i zaczesały lekko czarne kosmyki, aby o nie nie zahaczały.
- Nie potrzebujesz makijażu ani sztucznych uszu, żeby wyglądać jak elf – stwierdziła Rose, kiedy Pixie przyglądała się swojemu odbiciu.
- Przesadzasz, wcale nie wyglądam jak elf. – Wywróciła oczami.
Tylko uniosła brwi, nie kłócąc się, chociaż wiedziała, że ma racje.
- Dobra, czas się przebrać.
Piętnaście minut później były gotowe, ekscytacja dosięgnęła nawet Rose. Mimo wszystko była ciekawa, jak wyglądają takie bale w dużych miastach. W jej rodzinnych stronach raczej nie urządzało się podobnych imprez, jedynie coroczny bal pożegnalny dla absolwentów szkoły, na którym nigdy nie była, więc nie mogła mieć porównania.
- Wyszykowane? – Do pokoju wślizgnął się Michael, zagwizdał na ich widok. – No, no! Nowa, czyżbym o czymś nie wiedział? Jakiś fetysz? – Wyszczerzył się.
- Możesz pomarzyć – rzuciła w niego pierwszym lepszym ciuchem, który znalazła obok siebie. – Lepiej patrz na swoją siostrę.
- Dobrze wybrałyście strój, w końcu Pixie to czysty elf – stwierdził, przyglądając się brunetce.
- Nieprawda! – zaprotestowała naburmuszona. – Ruszaj tyłek, Mike, i idź po samochód.
- Jak sobie życzysz, o pani. – Skłonił się i zdążył czmychnąć za drzwi, aby nie dostać gumowym dinozaurem, którego rzuciła brunetka.
- Gotowa? – zwróciła się do niej, poprawiając lekko włosy. – Nie mogę się doczekać! – Podskoczyła lekko w miejscu.

Rose nie była gotowa. Absolutnie nie. Przyszła pora na jej samobójczy wieczór.

7 komentarzy:

  1. Ah, co jakiś czas, zaglądałam, czy czegoś nie dodałaś... I wreszcie jest! Wiedz, że masz wierną czytelniczkę, która wciąż czeka na Davies'a wkurzającego Rose, bądź będącego jej superbohaterem ratującym z opresji, ale tego w tym rozdzialne nie ma, ogółem wątek Will'a jest jakiś zminimalizowany :/ Okrutna kobieto, jak mogłaś? Nic nie ma trzy miesiące, a gdy coś się pojawia, to urywa się w najlepszym momencie (cholera,nawet nie doszły na ten bal) i nie ma wcale Davies'aaaaa :( Ciekawość mnie pożera, dodawaj balowy rozdział szybciuchno!!!!!!!!!!!!!!!! (ponoć, jeżeli ktoś dodaje więcej niż trzy wykrzykniki jest niezrównoważony...) Pozdrawiam :)
    Wendka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Willa tak mało, żebyście się mogli napalić na niego :D Rozdział dodam jutro, a wtedy nie będziecie narzekać, że Daviesa tak mało. To jest mały buntownik!
      Dziękuje bardzo za komentarz i obiecuję poprawić się z częstotliwością dodawania rozdziałów :)
      Pozdrawiam.

      Usuń
    2. ale jest już popojutrze :(

      Usuń
    3. Właśnie dodałam rozdział! Zapraszam :D

      Usuń
  2. Ja również co jakiś czas zaglądałam, czy czegoś nie dodałaś, dlatego cieszę się, że wreszcie pojawił się następny rozdział. ;) Skończyłaś w najlepszym momencie, co sprawia, że znowu będziemy zniecierpliwieni czekać do następnego. Mam jednak nadzieję, że w ramach rekompensaty dodasz szybko nowy. :)
    Podoba mi się Twoje opowiadanie. Miło jest oderwać się od "dorosłych" trosk (powiedziała studentka I. roku!) i poczytać o typowo młodzieżowych troskach. :D Plusem jest ciekawa, żywa akcja, która nie pozwala się nudzić. Wciąga baardzo, dlatego będę często wpadać i sprawdzać, czy czegoś nie dodałaś! Pozdrowienia!
    tooloudsilence

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja zwariuję, jeśli będę musiała czekać na nowy rozdział kilka tygodni (zauważyłam, że w takich odstępach mniej więcej dodajesz rozdziały)!
    JA CHCĘ ROZDZIAŁ, JUŻ! JA CHCĘ ROZDZIAŁ, JUŻ! JA CHCĘ ROZDZIAŁ, JUŻ! JA CHCĘ ROZDZIAŁ, JUŻ! JA CHCĘ ROZDZIAŁ, JUŻ! JA CHCĘ ROZDZIAŁ, JUŻ! JA CHCĘ ROZDZIAŁ, JUŻ! JA CHCĘ ROZDZIAŁ, JUŻ! JA CHCĘ ROZDZIAŁ, JUŻ! JA CHCĘ ROZDZIAŁ, JUŻ! JA CHCĘ ROZDZIAŁ, JUŻ! JA CHCĘ ROZDZIAŁ, JUŻ!
    Davies ma ją zobaczyć w stroju pokojówki, jest na co czekać!
    Czuję niedosyt, duży niedosyt! ;c Zaraz zwariuję!
    Chyba nie chcesz, żeby trafiła do zakładu psychiatrycznego, co? Wtedy nie mogłam czytać Twojego opowiadania ;c
    Masz wielki talent! :) Widz o tym i chwal się tym, bo jest się czym chwalić, o tak! :)
    Czekam (oby jak najkrócej) ;>

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet nie wiesz, jak takie komentarze potrafią dać przysłowiowego "kopa" i zachęcić do pisania :) Dziękuje ogromnie! Chyba ucieszy cię wieść, że właśnie ukazał się XVII rozdział.
      Pozdrawiam serdecznie :)

      Usuń