logo

7/27/2015

Rozdział XXIX "Na moich warunkach"

I mamy kolejną aktualizację! Wiecie, że to pierwsze opowiadanie, które udało mi się poprowadzić tak daleko? To chyba doskonale pokazuje, jak bardzo przywiązałam się do Rose i Willa :) Już się nie mogę doczekać, aż rozwinę ich relację i dobrnę do końca. Rozdział pojawiłby się wcześniej, ale w lipcu miałam trochę załatwiania ze studiami (tak, oficjalnie studentka Uniwersytetu Śląskiego na Wydziale Filologicznym, jej!) i pracą. Może się wydawać krótszy, ale nie mam pojęcia, ile ma stron, bo pracuje bez Worda, a uwierzcie, to prawdziwa katorga...
Dobra, nie przedłużając nudnymi wstępami, zapraszam do czytania :) I bardzo liczę na komentarze i wytykanie błędów!




***




W wyśmienitym humorze wkroczyła na zaplecze kawiarni, tylko po to, aby zastać pandemonium. 
Elizabeth siedziała na krześle obok szafek, zanosząc się płaczem. Jej twarz zalana była łzami, a ona sama z trudem łapała powietrze.
Melanie pochylała się nad nią z zatroskaną miną, delikatnie głaszcząc jasne włosy. Z jej ust wypływał potok cichych słów, których Rose nie potrafiła usłyszeć.
- Co się stało? - zapytała zdumiona.
Blondynka poderwała głowę, spojrzała na nią z przerażeniem po czym wybuchła jeszcze głośniejszym płaczem, ukrywając twarz w dłoniach.
Rose zamarła, nie wiedząc, o co chodzi, ale czując się winna pogorszenia stanu Elizabeth.
Z niemym pytaniem wbiła wzrok w Melanie, która zacisnęła usta w cienką linię i wskazała jej ręką kuchnię.
W środku zastała osobę, której najmniej się spodziewała.
Ash siedział na obrotowym krzesełku, sycząc z bólu, kiedy Amelia przykładała mu wacik do rozcięcia na policzku.
- Och, cicho - mruknęła z irytacją, ale Rose zauważyła, że jej dłonie mocno drżą.
Gdy mężczyzna zobaczył ją w progu uniósł rękę w geście przywitania, wtedy też jej obecność dostrzegła Amelia.
- Ach, Rose. - Zmarszczyła czoło. - Powinnam zadzwonić i powiedzieć ci, żebyś dzisiaj nie przychodziła. Kawiarnia jest zamknięta.
- Jak to? Dlaczego? Co się stało Elizabeth? - Rose wyrzucała z siebie pytania z prędkością karabinu.
Kobieta skrzywiła się z niechęcią, w jej oczach czaiło się zmartwienie. Zwróciła wzrok z powrotem do Asha i kontynuowała przemywać jego rany.
Kiedy Rose się przyjrzała zobaczyła jego siniejące oko, rozciętą wargę i policzek, a dłoń, którą do niej pomachał była zaczerwieniona, knykcie otarte.
- Powinnam być na to przygotowana - powiedziała cicho Amelia, przykładając torebkę z lodem do oka Asha. - Potrzymaj - poinstruowała.
Rose zobaczyła niepokój mężczyzny, kiedy obserwował kobietę.
- Więc o co chodzi? - zapytała ponownie.
Szefowa spojrzała na nią z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
- Jeden z klientów... - Odetchnęła głęboko. - molestował Elizabeth.
Amelia ukryła twarz w dłoniach, opierając się o kuchenny blat.
Dziewczynę zmroziło. Więc to dlatego Elizabeth... 
Oto wydarzyło się coś, czego obawiała się najbardziej, podejmując się pracy tutaj. I w dodatku spotkało najbardziej wrażliwą i strachliwą osobę, jaką znała. Teraz rozumiała, dlaczego tak bardzo rozpaczała.
- Co z policją...?
Kobieta potrząsnęła głową.
- Elizabeth nie chce, żebym dzwoniła. Powiedziała, że to zaszkodzi kawiarni. - Suchy śmiech. - Nie powinna się o to martwić w takiej sytuacji.
- Jak... Jak to się stało?
- Byłam w biurze i zajmowałam się rachunkami, więc nie widziałam - wyjaśniła cicho Amelia po czym machnęła ręką w stronę Asha. - On ci to lepiej opowie.
Mężczyzna posłał jej słaby uśmiech, przytrzymując torebkę z lodem.
- Koleś od początku był podejrzany. Specjalnie upuszczał sztućce, marudził nad zamówieniem. Myślałem, że to kolejny co lubi sobie popatrzeć na dziewczyny w ładnych fatałaszkach. Elizabeth jest chorobliwie nieśmiała, zdążyłem to zauważyć, więc była jeszcze bardziej zestresowana, kiedy ten dupek ciągle wołał ją do stolika albo na coś narzekał. Skakała wokół niego, przepraszając i kłaniając się.
Ash skrzywił się ze złością.
- Już wtedy chciałem wstać i mu przyłożyć, ale pomyślałem, że lepiej będzie pójść po Amelie. Wtedy właśnie straciłem go z oczu, bo przesiadł się do innego stolika, w tej bardziej prywatnej części kawiarni. Stwierdziłem, że może dał sobie spokój, bo stamtąd nie mógłby sobie nikogo podglądać. Dopiero kiedy Elizabeth poszła zanieść rachunek i długo nie wracała zorientowałem się, że coś jest nie tak. Potem wszystko potoczyło się tak szybko, że niewiele pamiętam. - Westchnął i zmarszczył czoło, próbując sobie przypomnieć. - Usłyszałem trzask szkła, krzyk, więc tam pobiegłem. Niestety koleś też umiał dać w kość, ale przypieprzyłem mu tak porządnie, że pomyśli dwa razy zanim znowu spróbuje czegoś takiego.
Ash uśmiechnął się mrocznie, zaciskając pięść.
Rose wpatrywała się w niego zdumiona, nie dowierzając w to, co usłyszała. Jakiś zboczeniec obmacywał Elizabeth? I to w publicznym miejscu? Ze świadomością, że każdy mógł to z łatwością zobaczyć?
- Zgaduję, że uciekł - mruknęła.
- Zwiał mi, zanim zdążyłem go zgarnąć. - Ash skrzywił się z niechęcią, po czym spojrzał z niepokojem na Amelie. - Wiesz, że to nie twoja wina, prawda?
Kobieta nie odpowiedziała, zamiast tego odwróciła się do nich plecami, wyprostowała plecy i pewniejszym krokiem wyszła z kuchni. Rose podążyła za nią ze stękającym Ashem za sobą.
Siedząca na krześle Elizabeth już się uspokoiła, trzymając się kurczowo siedzącej obok Melanie, a kiedy Amelia stanęła przede nią, spojrzała na nią zaczerwienionymi oczami, w których czaił się strach.
- Z-Zwolni mnie p-pani? - Wydukała, jej twarz zbladła.
Amelia wciągnęła powietrze z głośnym świstem, uklękła naprzeciwko dziewczyny i uśmiechnęła się do niej delikatnie.
- Oczywiście, że nie, drogie dziecko - przemówiła łagodnie. - Czemu miałabym się pozbywać jednej z najlepszych pracownic?
Blondynka pociągnęła nosem.
- B-Bo przeze mnie będą k-kłopoty. A ja nie... chciałam źle.
- To nie twoja wina, kochanie. - Amelia chwyciła dłonie, które Elizabeth zaciskała teraz na kolanach. - Nie możesz tak myśleć, absolutnie. Jednak będę musiała poinformować twoich rodziców o całym zajściu.
Dziewczyna pobladła, wpatrując się z przerażeniem w szefową.
- A-Ale...
Kobieta pokręciła głową.
- Przykro mi, muszę to zrobić. Jeśli będą nalegać na wezwanie policji, również będę miała obowiązek ich posłuchać.
Po chwili wahania Elizabeth skinęła głową. Amelia posłała jej pokrzepiający uśmiech po czym wstała i zwróciła się do Rose.
- Trochę nam to jeszcze zajmie, więc możesz iść - poleciła. - Wybacz to zamieszanie, zadzwonię później.
- Nie ma sprawy.
Rose spojrzała z troską na Elizabeth, która pociągała nosem, unikając kontaktu wzrokowego. Coś w niej drgnęło, dłonie zaczęły lekko drżeć, gdy w tej nieśmiałej, zapłakanej dziewczynie przed sobą zaczęła dostrzegać kogoś znajomego.
- A ciebie będę potrzebować jeszcze chwilę. - Tym razem kobieta przemówiła do Asha, który wahał się między wyrazem smutku a radości.
- W takim razie ja już pójdę. - Po raz ostatni zwróciła się do blondynki. - Będzie dobrze, zaufaj mi. Nic nie jest warte twoich łez.
Uśmiechnęła się słabo widząc iskrę w oczach dziewczyny i ruszyła w stronę wyjścia.
Przy drzwiach przypomniała sobie o kimś, kto czekał na zewnątrz na swojego wujka.
Ups.
- Prawie zapomniałam. - Odwróciła głowę i spojrzała na Asha. - Dav... William czeka na ciebie na zewnątrz.

Bez pośpiechu wróciła do domu, po drodze rozmyślając nad Elizabeth. Jeśli dziewczyna doświadczy traumy, co - biorąc pod uwagę jej charakter - było możliwe, to na pewno nie wróci do kawiarni. Mimo że nie odzywała się zbyt wiele, Rose na pewno by jej brakowało. Była nieodłącznym elementem jej pracy.
Miała nadzieję, że dziewczyna da sobie pomóc. Rose doskonale zdawała sobie sprawę, ile może zdziałać pomoc i wsparcie innych.
Pod domem zastała tatę, który właśnie wysiadał z samochodu i szedł w stronę drzwi, pogwizdując cicho.
- Czemu tak wcześnie? - zapytał, gdy się z nim zrównała.
Odwróciła wzrok, zastanawiając się nad odpowiedzią.
- Problemy w kawiarni. Pewien klient okazał się... problematyczny.
- Ach, te wielkomiejskie kawiarnie. Nigdy nie wiesz na kogo trafisz. - Wywrócił oczami i otworzył przed nią drzwi. - To co, pizza i film?
Rose, wdzięczna za zmianę tematu, przytaknęła ochoczo. Idealny sposób na odwrócenie uwagi od bardziej bolesnych rzeczy. 
- A potem opowiesz mi więcej o mamie, co? - zaproponowała.
Może dowie się czegoś, co przyda się do spotkań z Daviesem.
Otwierając drzwi jedną ręką, a drugą wybierając numer do pizzeri, tata spojrzał na nią z rezygnacją, po czym skinął lekko.
Po seansie, który owocował w komentarze ojca, sfrustrowanego słabą grą aktorską i efektami specjalnymi oraz kilku opowieściach o mamie, Rose zadzwoniła do Jennifer, aby zdać jej raport z dotychczasowych wydarzeń, pominąwszy wątki z Williamem i skrzypcami.
Na wieść o Elizabeth przyjaciółka zareagowała głośnym okrzykiem "Dupek!", po którym nastąpiła długa wyliczanka sposobów śmierci, które Jennifer chciałaby z chęcią wypróbować.
- Mam tylko nadzieję, że Elizabeth wróci do pracy, kiedy poczuje się lepiej - oznajmiła Rose, przygryzając wargę.
- To na pewno silna dziewczyna - stwierdziła Jenn, w jej głosie pobrzmiewała troska. - Ale bardziej martwię się o ciebie. Pamiętasz o czym rozmawialiśmy przed moim wyjazdem?
- Nie mam zamiaru nikomu się spowiadać ze swoich problemów. - Jej głos stwardniał, mocniej ścisnęła telefon.
Już i tak zbyt dużo wyznałam Daviesowi.
- Chyba nie chcesz wrócić do stanu sprzed terapii. Wiesz, że wtedy koszmary i bezsenność były najmniej szkodliwe. Nie chciałabym, żeby twój tata zadzwonił z wiadomością o ataku szału albo paniki. Cała nasza praca poszłaby na marne.
Z każdym kolejnym słowem poczucie winy Rose rosło. Już dzisiaj zaczęła tę pracę marnować i do tej pory była zbyt szczęśliwa pierwszym sukcesem, aby myśleć o negatywnych aspektach.
- Po prostu czasami tak bardzo tęsknie za skrzypcami - wyznała coś, co mieściło się pomiędzy usprawiedliwieniem a żałosnym skomleniem.
- Jeśli miałabym wybierać pomiędzy twoim zdrowiem i samopoczuciem a skrzypcami, to bez wahania wybrałabym to pierwsze. Jesteś więcej warta, Rose.
Ale bez skrzypiec czuję się bezwartościowa!
Chciała to powiedzieć, wykrzyczeć całemu światu, który wydawał się nie dostrzegać jej wewnętrznego dramatu.
W tej chwili jedyną osobą, która wybrałaby dla niej skrzypce był prawdopodobnie Davies. Chociaż nie miała pewności, czy byłoby tak samo, gdyby znał całą historię.
- Czasami mam wrażenie, że wszystkim oprócz ciebie zależy na twoim dobru - dodała Jennifer, gdy Rose długo nie odpowiadała. - Nie chcę patrzeć na swoją najlepszą przyjaciółkę przypiętą pasami do łóżka w zakładzie psychiatrycznym. Cześć.
Nim zdążyła ją powstrzymać, Jenn rozłączyła się, pozostawiając po sobie głuchy dźwięk przerwanego połączenia.
Rose odrzuciła telefon na łóżko i ukryła twarz w dłoniach. Dlaczego nikt nie potrafił zrozumieć, jak bardzo cierpiała, kiedy nie mogła grać? Szczególnie teraz, gdy odkryła sposób na powrót do skrzypiec. 
Tylko William mógł jej pomóc. Na niego mogła liczyć, chciał jej pomóc, nie prawiąc przy tym bezsensownych kazań. 
Ale jak długo?
Na to pytanie nie znała odpowiedzi.

Kolejny dzień w szkole przywitała po nocnych koszmarach, nie pozwalających jej zasnąć. W głowie ciążyły jej słowa Jennifer, która naprawdę się na nią wściekła. Kwestia czasu, zanim tata zorientuje się, że coś jest nie tak. Na razie cieszył się faktem, iż nie musi ukrywać przed nią niczego więcej. Podczas gdy Rose ukrywała, z każdym dniem, coraz więcej.
- Gdzie zniknęłaś wczoraj po lekcjach? - zapytała Pixie w przerwie między zajęciami. Ona, Natalie i Rose siedziały przy ławce tej ostatniej. - Czekałyśmy na ciebie.
- Musiałam pójść do biblioteki oddać książki. - Rose rozpoczęła wcześniej przygotowane kłamstwo. - I trochę mi tam zeszło.
- Mogłaś uprzedzić, to byśmy nie stały jak głupie. - Brunetka westchnęła ciężko, po czym zwróciła się do Natalie. - A ty co tak cicho siedzisz? Mogłabyś mnie wesprzeć!
Rudowłosa uśmiechnęła się słabo, unikając wzroku przyjaciółki. To naprawdę nie wróżyło dobrze.
Pixie zerknęła na Rose, która wzruszyła ramionami, zbyt senna aby zareagować inaczej.
- Wyduś to w końcu z siebie, Natalie! - Nieoczekiwanie Pixie wybuchła, uderzając dłonią o blat ławki. - Martwimy się o ciebie.
Natalie zamrugała, spoglądając na brunetkę w zdumieniu, podobnie jak Rose. Pixie naprawdę straciła cierpliwość.
- Nie chcę obciążać was moimi problemami, bo i tak macie dość swoich - wymamrotała rudowłosa, pochylając głowę. - Poza tym to, że wam powiem nie zmieni tego, co się stało. Sama muszę sobie z tym poradzić. Sama, jasne?
Po kilku sekundach ciszy dziewczyna odsunęła krzesło ze zgrzytem i szybkim krokiem wyszła z sali.
Po jej zniknięciu Pixie oparła głowę na ławce, po raz kolejny wzdychając ciężko.
- Myślałam, że uda mi się coś z niej wyciągnąć. - Jej głos ledwie docierał do Rose. - Wiem, że nie powinnam na siłę się wtrącać, ale znam Natalie. Ona radzi sobie z problemami inaczej niż większość ludzi. A w efekcie cierpi. Dość się w życiu nacierpiała i naprawdę chciałabym jej tego oszczędzić.
Rose przygryzła wargę ze zmartwieniem. Martwiła się, że zachowanie przyjaciółki miało wiele wspólnego z Jamesem. A jeśli posunął się dalej niż męczenie docinkami?
Wzdrygnęła się na samą myśl.
- Na razie dajmy jej spokój, co? - zaproponowała. - Po prostu obserwujmy, a jeśli zrobi się gorzej, to wkroczymy. Dasz radę? - Zakończyła słabym uśmieszkiem.
Pixie podniosła głowę i rzuciła jej wdzięczne spojrzenie.
- Jasne, że dam.

Piątek nadszedł szybciej niż tego oczekiwała. Z każdą kolejną lekcją jej humor się poprawiał, a ręce świerzbiły, chcąc znowu dotknąć skrzypiec. W dodatku Amelia zadzwoniła i poinformowała ją, że z Elizabeth wszystko w porządku, dostała kilka dni wolnego, a gdy wróci, to zdecyduje czy zostanie w kawiarni. Kobieta martwiła się, czy Rose i Melanie dadzą sobie radę same, ale uspokoiła się, gdy Rose zapewniła, że nie będzie z tym żadnego problemu.
Po skończonych zajęciach powiedziała przyjaciołom, że śpieszy się do pracy, po czym - odganiając wyrzuty sumienia - popędziła do pokoju klubowego. 
Davies już tam był, siedział odchylony na krześle z rękami na piersi i słuchawkami w uszach. Kiwał się lekko w rytm muzyki, której słaby dźwięk docierał do Rose. Jego oczy były zamknięte, a usta poruszały się nieznacznie.
Uchylił powieki w momencie, gdy Rose zajęła krzesło na przeciwko, ze skrzypcami na kolanach. 
Zatrzymał muzykę, wyciągnął słuchawki i spojrzał na nią badawczo.
- Długo tam siedzisz?
- Słuchasz własnych piosenek? - Odpowiedziała pytaniem, w którym pobrzmiewało zdumienie i kpina.
Wzruszył ramionami.
- Tak, wtedy lepiej wyłapuję wszystkie dźwięki i wiem, co mogę zrobić, żeby było jeszcze lepiej - wyjaśnił spokojnie, jednak w jego oczach dostrzegła szyderczy błysk.
Zgaszona Rose prychnęła i zacisnęła usta.
- Słyszałem, co się stało w kawiarni - powiedział William, chowając słuchawki i biorąc do ręki stojącą obok gitarę. - Przykro mi.
- Dzięki twojemu wujkowi facet dostał nauczkę.
Chłopak skrzywił się.
- Tak, a ja ścierałem resztki jego nauczki z tapicerki.
Rose parsknęła śmiechem, zakrywając usta dłonią. Potrafiła to sobie wyobrazić, dlatego tak ją bawiło.
- Widzę, że świetnie się bawisz - skwitował Davies sucho. - W takim razie możemy zaczynać?
Pokiwała głową, nagle tracąc wcześniejszą pewność siebie. Przecież ostatnim razem nie poszło tak świetnie. Tylko 3 minuty.
I znowu, William zaczął grać, lekko trącając struny, jakby wcale nie siedziała naprzeciwko.
Rose chwyciła pewnie skrzypce, ułożyła we właściwej pozycji i delikatnie przyłożyła smyczek. Pokonując drżenie rąk, wydobyła z instrumentu czysty dźwięk, po którym nastąpiły kolejne, pewniejsze niż poprzednie.
Jak ostatnio, nie miała pojęcia ile czasu grała, dopóki przed oczami nie pojawiły się mroczki, a serce zaczęło wyrywać się z piersi. Pod zaciśniętymi powiekami pojawiały się niewyraźne obrazy.
Oślepiający błysk świateł.
Wypolerowane deski parkietu.
Szmery setek, tysięcy głosów.
Jej drżący, przyśpieszony oddech.
Łzy zamieniające wszystko w rozmazaną plamę.
Pocieszający głos ojca, dochodzący gdzieś z daleka.
Ale on nie wiedział...
Wszystko urwało się, gdy poczuła mocne szarpnięcie i naglący głos.
- Rose! Rose, ocknij się! - Skąd ona go znała? - Do cholery, Parker!
Ach, to już brzmiało znajomo.
Niepewnie uchyliła powieki i ujrzała przed sobą pobladłą twarz Williama. Chłopak trzymał ją za ramiona, więc pewnie stąd ten ból. Musiał porządnie nią potrząsać. Ale wciąż siedziała na krześle, drżąc lekko.
- C-Co - odchrząknęła. - Co się stało?
Pamiętała wszystko co zobaczyła, ale wolała o tym nie rozmyślać, dlatego szukała innego tematu. Co się z nią działo, skoro tak przeraziło Daviesa?
Chłopak odetchnął z ulgą i usiadł obok niej. Posłał jej surowe spojrzenie.
- Nagle zaczęłaś się dziwne zachowywać. Krzywiłaś się, podrygiwałaś, a potem zaczęłaś się trząść, mamrocąc coś. Przestałaś też grać. Chciałem do ciebie podejść i otrząsnąć z tego, ale wtedy było tylko gorzej. Aż w końcu mi odpłynęłaś. - Skrzywił się, zaciskając mocno usta.
Nie znajdując żadnej odpowiedzi, Rose milczała, utkwiwszy wzrok w rękach, ściskających rąbek spódnicy. Obrazy w jej głowie pozostawały żywe, nie pozwalając się skupić. 
Uśmiechnęła się smutno. Poświęciła kolejne godziny terapii. Jennifer mogła wściekać się do woli.
W końcu spojrzała na Daviesa, który wbijał w nią wzrok, jakby chcąc wywiercić dziurę w jej twarzy.
- Posłuchaj... - zaczęła.
- Nie. - William pokręcił głową. - Nie tym razem. Jeśli nie powiesz mi o co chodzi, kończę z tym.
- Ale powiedziałeś...!
Chwycił ją za ramię z siłą imadła, na jego twarzy odbijał się gniew.
- Nie mam zamiaru przyczyniać się do tego, że za kilka tygodni wylądujesz w szpitalu - syknął. - A w takim tempie to bardzo prawdopodobne. 
Z każdym kolejnym słowem ogarniała ją coraz większa złość.
- Wszyscy jesteście tacy sami. Na siłę dbacie o moje dobro, nie przejmując się moimi uczuciami! - Wyrwała się z jego uścisku. - Że niby nie mogę o sobie decydować? Bo co? Bo jestem wariatką?!
- Jeśli twoją decyzją jest posłanie się do szpitala, to tak, jesteś wariatką - skomentował William. - Nie wiem, kto nie przejmuje się twoimi uczuciami, ale chętnie uścisnąłbym mu rękę.
- A ty? Zrezygnowałbyś z tego, co kochasz? - W oczach Rose pojawiły się łzy wściekłości. - No powiedz, Davies. Tak łatwo byłoby ci zrezygnować z gitary i śpiewania? - Gdy nie odpowiadał, kontynuowała: - Sama nigdy bym nie przestała grać. Zgodziłam się na terapię, która miała mnie od tego odwieść, bo byłam gotowa na wszystko, byle tylko pozbyć się tych wspomnień. Tych cholernych obrazów. Dzisiaj nigdy bym się na to nie zgodziła, nie za taką cenę. Akurat ty powinieneś to rozumieć.
Davies patrzył na nią z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Długo patrzyli sobie w oczy, zanim Rose uspokoiła oddech, a William odwrócił wzrok.
- Rozumiem o co ci chodzi - przemówił w końcu, dwoma palcami masując nasadę nosa. - Ale wciąż nie mogę robić czegoś, co krzywdzi drugiego człowieka. Po prostu.
- Proszę cię, tylko...
- Daj mi skończyć. - Uniósł rękę. - Będę ci dalej pomagać, ale tylko na moich warunkach, zgoda?
- Zależy na jakich.
Chłopak pokręcił głową.
- Tak albo nie. Twoja decyzja.
Rose zamyśliła się. Nie miała pojęcia, o jakich warunkach była mowa, ale co mogła stracić? Na tym etapie prawdopodobnie nic. A jeśli Davies teraz zrezygnuje...
- Dobra - mruknęła niechętnie.
William uśmiechnął się zadowolony, po czym wyprostował się i spojrzał na nią z wyczekiwaniem.
- Zbieraj się - rozkazał.
Popatrzyła na niego z niezrozumieniem, mrugając oczami.
- Co? Gdzie?
- Zobaczysz.
Rose nie miała pewności, czy była bardziej ciekawa, czy przerażona.

23 komentarze:

  1. JAK MOGŁAŚ URWAĆ W TAKIM MOMENCIE?! NO, JAK?! Teraz będzie mnie zżerać ciekawość przez najbliższych kilka tygodni!
    tooloudsilence

    OdpowiedzUsuń
  2. I do tego ładnych kilka tygodni, bo wena mi uciekła i nie chce wrócić :(
    Dzięki za komentarz ;)
    Viv

    OdpowiedzUsuń
  3. W KOŃCU! W KOŃCU MOGĘ SKOMENTOWAĆ!
    Dodałaś rozdział akurat tego dnia, kiedy wyjeżdżałam nad morze i nie mogłam skomentować przez cały ten czas!!
    Dopiero teraz mogę to zrobić. :P
    Boże, biedna Elizabeth. :( Taka delikatna, nieśmiała i niewinna dziewczyna, a spotkały ją tak okropne rzeczy. :(
    A Rose i Will... Uwielbiam ich, ale to już wiesz. :P Dzisiaj będzie tak krótko, bo nie było mnie przez tydzień i muszę nadrobić zaległości na innych blogach (Boże, gdybyś widziała, ile tego jest...! :O)
    Tylko zżera mnie ciekawość, gdzie chce ją zabrać Will. :D Ja już nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału...
    Może odpraw jakieś modły do weny, by wróciła? :P Albo ja mogę to zrobić... wszystko jedno, byleby rozdział pojawił się jak najszybciej! :D
    Pozdrawiam! ^_^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za komentarz ;)
      Elizabeth nie jest taka słaba jak myślisz, da sobie radę :D
      Mam dla ciebie dobre wieści - od teraz Rose i Willa będzie coraz więcej, zbliżamy się do ważnych wątków i wydarzeń.
      Powodzenia w nadrabianiu blogosfery, znam ten ból, uwierz ;) A wena wraca, kiedy czytam takie komentarze!
      Pozdrawiam,
      Viv

      Usuń
  4. Odpowiedzi
    1. Wen by się znalazł, ale czas nie ma :( Studia, mieszkanie, praca, prościej mówiąc - dorosłe życie mnie przerosło :v
      A plik z Różą stoi otwarty i czeka na chwilę wytchnienia.

      Usuń
    2. Mam szczerą nadzieję, że chwila wytchnienia przyjdzie do ciebie jak najprędzej, bo ja już naprawdę, naprawdę, naprawdę nie mogę się doczekać. :(

      Usuń
  5. Odpowiedzi
    1. Żyć żyję, ale z czasem krucho :( Studia wykańczają człowieka, więc nie obiecuję żadnego rozdziału na razie, bo nie wiem jak to będzie.
      Postaram się coś wstawić do końca roku.
      Przepraszam wszystkich!

      Usuń
  6. świetne! przeczytalam wszystko w dwa dni :) i czekam na nastepne. zycze powodzenia na studiach i wytrwalosci :) mnie w tym roku czeka matura, takze troche czuje twoj bol :( :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Gdzie ty się podziewasz? :( Co jakiś czas zaglądam tutaj, ale nadal nic nie ma. Twoje opowiadanie jest jedynym, dla którego jeszcze wchodzę na blogspot. Bardzo mnie wciągnęło i polubiłam jego bohaterów, szczególnie Willa. Brakuje mi ich. Życzę masy weny i ogromu czasu na pisanie. Wracaj szybko, kochana! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takie komentarze to miód na me serce!
      Niestety - studia, studia, studia :( Filologia angielska z językiem japońskim to istne piekło. Nie mam czasu na nic, nawet gdybym chciała pisać (a bardzo chcę), to nie mam jak.
      Postaram się naszkrobać coś w weekend, bo będzie trochę luźniejszy, ale niczego nie obiecuję.
      Pozdrawiam <3

      Usuń
    2. Potwierdzam, czekamy. :D

      Usuń
    3. A ja piszę, opornie, ale jednak :)
      Dodajcie weny!

      Usuń
    4. Czekamy z niecierpliwością :D

      Usuń
  8. Twoje opowiadanie jest wspaniałe. Czekam na następne rozdziały. :-) ;-)

    OdpowiedzUsuń
  9. Mam mieszane uczucia - z jednej strony szaleję, jakie to powiadanie jest boskie! ... a z drugiej płaczę, bo nie ma dalej rozdziałów ;c
    Przeczytałam wszystkie w jeden dzień. Nie było mowy o przerwie nawet na moment, bo nie mogłam się doczekać co będzie dalej. Szkoda, że wcześniej nie wpadłam na tego bloga. Od razu spodobał mi się sposób w jaki piszesz. Idealnie opisy miejsc i tego co się dzieje, świetnie można sobie wszystko wyobrazić. Czasem czuję się, jakbym była uczestnikiem wydarzeń. Ale tym samym, ale nie przynudzasz zbędnymi opisami i to jest dobre. Genialni bohaterowie, każdy ma swoją przeszłość. Will wydaje mi się jakiś szczególnie tajemniczy od samego początku :D Bohaterowie zmieniają się podczas tych wszystkich rozdziałów. Dobrze stopniujesz rozwój wydarzeń. Kiedyś czytałam bloga, że bohaterowie po tygodniu byli razem, prawie się nie znali.. wiesz o co chodzi. U ciebie jest inaczej, wszystko jest na swoim miejscu, po kolei. Jakoś tak dobrze, się układa, że aż chce się czytać :) W niektórych momentach miałam łzy w oczach i jak jeszcze włączyłam sobie jakąś piosenkę to już całkiem odpływam... :) Nie było momentu, w których bym się nudziła, każde zdanie było boskie :) Dobrze, że zwracasz uwagę co się dzieje z innymi bohaterami, ich rozterki i tak dalej. Jednak nie ukrywajmy - najbardziej podobały mi się te rozdziały z Rose i Willem w roli głównej :D
    Lubię, jak opowiadanie jest zakończone, nawet jakimś tandetnym zakończeniem, ale nie jest urwane. Dlatego błagam pisz dalej, bo już nie mogę się doczekać :D Szczególnie te relacje między Willem a Rosie.. Te ich rozmowy, cała akcja, jak to wszystko się rozwija od nienawiści do miłości.. nie wiem skąd bierzesz pomysły, ale uwielbiam. Nie mogę się doczekać jakiejś romantycznej chwili i aż w końcu będą razem! Z rozdziału na rozdział liczyłam, że "może teraz", a tutaj nic.. Nie trzymaj nas dłużej w niepewności :D Czuję, że będę stałą czytelniczą tego bloga i nawet jak skończysz rozdziały, to jeszcze tutaj zajrzę, żeby przeczytać od początku.
    Jeśli będziesz kiedyś zakładać jeszcze jakiegoś bloga o podobnej tematyce, to chętnie zajrzę i myję że będą stałą czytelniczą. Tak więc czekam na następne rozdziały, uzależniłam się od Twojego bloga. Ślę wenę i pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej jak teraz to czytam to widzę masę literówek ;o
      "myślę, że będę stałą czytelniczą*" to chyba najbardziej chcę poprawić :D
      O matko chcę więcej rozdziałów!

      Usuń
    2. Przeczytałam twój komentarz już parę dni temu, ale dopiero się zebrałam na odpowiedź, wybacz. Może wynagrodzę ci to tym, że głównie przez twój komentarz zachciało mi się pisać i w końcu skończyłam pisać kolejny rozdział?
      Niemniej dziękuję za wszystkie ciepłe słowa, naprawdę ciepło się robi na serduchu, wiedząc, że ktoś czyta i mu się podoba, a ten nieznośny William i zakochana Rose żyją w czyjejś głowie. Błędy nie ma mają znaczenia, dla mnie liczy się treść, a ten komentarz po prostu uskrzydla :)
      Jeszcze raz dziękuję i zapraszam na nowy rozdział, który przed chwilą wstawiłam.

      Usuń
  10. To jest genialne ^^ Mam nadzieję, że dodasz jakiś rozdział :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, właśnie pojawił się nowy rozdział :)

      Usuń