logo

1/13/2016

Rozdział XXX "Poczucie winy"

 Wróciłam! Tak, oczy was nie mylą, to nie fatamorgana, ani majaki. Nawet nie wiecie, jak się cieszę, że napisałam ten rozdział i wracam do was! Wasze komentarze i zapytania o aktualizację dodały mi weny, dlatego w ogóle dzisiejszy rozdział się pojawia. Dziękuję za wszystkie ciepłe słowa, które są niczym miód na me serce. 
Poniższy rozdział (już 30!) może i nie ma zbyt dużo akcji i jest trochę przejściowy, ale mam zamiar trochę przyśpieszyć z wszystkim. Według komputera liczy sobie 7 stron, więc nie jest jakoś specjalnie długi, ale mam nadzieję, że wam się spodoba.
 Nie przedłużając, do waszych łapek oddaję kolejny rozdział Róży w Potrzasku :)

PS. Coś się porobiło z marginesami, ale już nie mam siły tego poprawiać, więc zrobię to później.






***



- Klub? - Z zaskoczeniem patrzyła na neonowy napis nad głową, po czym rzuciła Williamowi pytające spojrzenie.  
Wzruszył ramionami.  
- Nie kwestionuj moich metod. Chodźmy, zanim zrobi się tu tłoczno.  
Pochłonięta rozważaniem powodu, dla którego ją tu zabrał, nie kłóciła się, lecz podążyła za chłopakiem do tylnego wejścia.  
Wprowadził ją do środka i ruszył w stronę przeciwną do głównej sali, tam gdzie Rose wcześniej nie była. Okazało się, że były to kulisy sceny, gdzie zespół przygotowywał się do występów.  
Rose rozejrzała się z zaciekawieniem, niewiele dostrzegając we wszechobecnym półmroku, aż jej wzrok zatrzymał się na trzech postaciach, które rozpoznała dopiero po dłużej chwili.  
- No, jesteś już, Will. Chociaż raz punktualnie. - Sam rzucił jej zaskoczone spojrzenie. - I nasza nowa koleżanka, która nie dawała znaku życia. Cześć, Rose 
Dziewczyna zarumieniła się mimowolnie. To prawda, od balu z okazji Halloween nie odezwała się do nich ani razu. Po prostu wypadło jej to z głowy.  
Otworzyła usta, chcąc przeprosić, ale uprzedził ją Davies.  
Rose chciała posłuchać nas od kuchni, więc ją przyprowadziłem. - Wzruszył ramionami, nawet nie zaszczycając jej spojrzeniem.  
Wbiła w niego pełny niedowierzania wzrok. Kto niby chciał słuchać? Nie przypominała sobie, żeby kiedykolwiek mówiła coś takiego.  
Już miała zaprzeczyć, gdy poczuła delikatnego kuksańca w bok. Zmarszczyła brwi, ale zrozumiała aluzje.   
Siedź cicho.  
Wydęła usta, ale milczała. Porozmawia sobie z Daviesem w cztery oczy.  
- Więc jednak jesteś naszą fanką - skomentował James błyskając zębami w szerokim uśmiechu.   
Rose uniosła brwi.  
- No, nie ujęłabym tego w ten sposób, ale...  
- Lepiej zacznijmy się przygotowywać. - William przerwał jej wpół słowa, ukradkiem posyłając groźne spojrzenie.  
Prychnęła pod nosem, ale postanowiła się już więcej nie odzywać.  
James chwycił ramię Daviesa i pociągnął go za sobą, zaskoczony chłopak prawie się przewrócił.  
Dziewczyna spoglądała za nimi podejrzliwie, więc wzdrygnęła się gdy nagle poczuła rękę na swoich plecach. Gwałtownie wciągnęła powietrze gotowa zaatakować napastnika wiązanką niezbyt przyzwoitych słów, ale kiedy odwróciła się na pięcie zobaczyła Erica 
- Wybacz. - Posłał jej przepraszający uśmiech. - Więc właściwie skąd wpadłaś na pomysł przyjścia tu z Willem 
Rose myślała gorączkowo. Nie mogła zdradzić zbyt wiele, ale też nie powinno wyglądać to podejrzanie.  
- Już dawno wiedziałam, że tutaj występujecie, a sama kiedyś interesowałam się muzyką, więc byłam ciekawa, jak to wygląda. Nie pochodzę z dużego miasta, więc zakładam, że jest parę różnic.  
Sam wydawał się aż zanadto chętny do udzielenia jej niezbędnych informacji.  
- To co chciałabyś wiedzieć? - rzucił z entuzjazmem, uśmiechając się szeroko.  
Eee... - Obejrzała się za siebie nerwowo.  
Gdzie Davies kiedy akurat go potrzeba?  
- Po prostu pokaż jej co i jak - wtrącił Eric, ziewając szeroko. - I tak za chwilę zaczynamy.  
Z niemałymi obawami podążyła za Samem, który pewnym krokiem prowadził ją przez półmrok.  
- W sumie nie ma tu za dużo do zwiedzania - odezwał się. - Po lewej są drzwi do naszego pokoju zabaw, jak mówi na to Will 
Uniosła brwi, ale zapomniała, że przecież chłopak nie widzi jej twarzy.  
- Czemu jakoś mnie to nie dziwi - mruknęła. - Do czego służy? - zapytała głośno.  
- Do wszystkiego. - Rose dostrzegła wzruszenie ramion. - Do prób przed występami, ogarnięcia stroju jeśli któryś z nas wraca prosto z pracy albo szkoły, nawet do zwykłego posiedzenia, kiedy nie chcemy się użerać z hałasem w klubie.   
- Uwiliście sobie tutaj niezłe gniazdko - zauważyła, spoglądając na metalowe drzwi, które właśnie mijali.   
- No tak, w końcu klub...  
Nie zdołał dokończyć, gdyż za ich plecami rozbrzmiał donośny okrzyk.  
- Samuel, ruszaj tutaj swój wszędobylski tyłek, bo zaczynamy!   
Chłopak odwrócił się, spojrzał na nią i wywrócił oczami.  
- Powiedział Will, który nigdy nie raczył pojawić się punktualnie.  
Rose zachichotała. Najwyraźniej nie ona jedna traktowała Daviesa z odpowiednią dozą dystansu.  
Razem wrócili do reszty zespołu, który stał przed niewielkimi schodkami prowadzącymi na scenę. Już słyszała głośny hałas i dudniącą muzykę.   
Czarna kotara zasłaniała całe zaplecze od sceny, dlatego Rose widziała jedynie część instrumentów i niewielką grupkę słuchaczek zgromadzonych pod podwyższeniem.  
Z powrotem zwróciła uwagę na chłopców.   
William pozbył się szkolnego mundurka, przewiesił gitarę przez ramię i kołysał się na piętach, nadymając policzki i spoglądając w sufit. Wciąż zastanawiała się, dlaczego ją tu przyprowadził.  
Samuel podszedł do Erica i ze złością zaczął poprawiać jego źle zapiętą koszulę, psiocząc na kolegę, który wydawał się obojętny na wszystko wokół.   
Rose uśmiechnęła się pod nosem, po czym jej uwagę odwrócił James, zatrzymując się obok niej.  
- Dlaczego tu jesteś? - rzucił cicho. - Natalie coś ci mówiła?  
Zesztywniała, ale nie dała się sprowokować. Co się między nimi wydarzyło?  
- A co ci do tego? Między wami przecież wszystko skończone - odparła lodowato, zaplatając ręce na piersi.  
Nie doczekawszy się odpowiedzi zerknęła na chłopaka, który zaciskał ze złością usta, patrząc przed siebie. W dłoniach ściskał drewniane pałeczki, aż pobielały mu knykcie.   
Rose poczuła się zmieszana tą reakcją, ale zanim zdążyła to w jakikolwiek sposób skomentować, usłyszała głos Sama.  
- Idziemy, ruchy, ruchy! - Ponaglał Erica, kierując się w stronę schodów prowadzących na scenę.  
James podążył za nimi, jakby chciał się jak najszybciej uwolnić od jej towarzystwa.  
Davies był ostatni, nie śpieszył się za kolegami. Przystanął przy pierwszym stopniu i spojrzał na nią z nieodgadnionym wyrazem twarzy.  
- Patrz uważnie. - Uniósł kąciki ust w nieznacznym uśmiechu.  
Zmarszczyła brwi, nie wiedząc o co mu chodzi. Podeszła bliżej i zaplotła ręce na piersi.  
- Powiesz mi potem, czemu mnie tu przyprowadziłeś?  
Udał, że się zastanawia.  
- Nie sądzę. - Uśmiechnął się promiennie, prawie zwalając ją tym z nóg.  
Z ponurą miną odprowadzała go wzrokiem na scenę.   
  
  
  
  
  
Od kilku dni nie potrafiła myśleć o niczym za wyjątkiem Jamesa. Zajmował centralne miejsce w jej głowie, nie pozwalając się skoncentrować. Czuła zarówno gniew i tęsknotę, sprzeczne emocje rozdzierały ją od środka.  
Nie umiała zapomnieć o tym, jakie uczucia towarzyszyły jej, kiedy James trzymał ją w żelaznym uścisku, boleśnie przyciskając usta do jej warg. To poczucie zdrady, zalewająca ją wściekłość, a w końcu chłodna rezygnacja. Tak bardzo różniło się to od ciepłych i słodkich pocałunków, jakimi zasypywał ją kiedyś. Był to dla niej dobitny dowód - ten James nie był tym, którego znała.  
A jednak jednocześnie wszystko pozostawało takie samo. Oczy, usta, nos, rozczochrana czupryna, którą miał w zwyczaju przeczesywać palcami. Jedynie ten uśmiech się zmienił. Już nie miała okazji zobaczyć uroczych dołeczków w policzkach, które osładzały jego straszny uśmieszek. Nie, teraz kiedy się uśmiechał Natalie przechodziły ciarki i miała nieodparte wrażenie, że z tego uśmiechu zniknęło wszelkie życie.  
Nie tak to miało wyglądać, pomyślała Natalie zaciskając dłonie w pięści. Powinien przechadzać się po szkolnych korytarzach z tą wywłoką u boku. Powinien rzucać Natalie pełne pogardy spojrzenia. Powinien zapomnieć jak się nazywa, jak wygląda, co ich łączyło.  
Gdy zobaczyła go po tak długiej przerwie, nie spodziewała się tego przerażającego uśmiechu, pustych oczu. Nie oczekiwała jakichkolwiek docinek, czy uwag z jego strony, których jednak dostała aż zanadto. Nie była przygotowana na taką zmianę człowieka, którego przecież kochała z całego serca.   
Westchnęła ciężko, przewracając się na drugą stronę łóżka. Wbiła wzrok w sufit, zakładając ręce na piersi.  
Pixie i Rose martwiły się o nią. Przed Danielem potrafiła jeszcze przywdziać maskę obojętności, ale przy tych dwóch mniej się pilnowała. Absolutnie nie chciała im nic mówić, wiedziała, że z temperamentem Pixie źle by się to skończyło. A Natalie nie życzyła sobie sceny na środku szkolnego korytarza. Wiedziała, że prędzej czy później jakoś się dowiedzą, ale na razie miała nadzieję, że będzie to raczej później.  
Nie pozostawało jej nic innego, jak unikanie Jamesa i jakiegokolwiek kontaktu z nim, co zresztą obecnie robiła. Nie sądziła, żeby mieli sobie coś do powiedzenia, a przez to, co wydarzyło się w sylwestra nie zniosłaby kolejnego spotkania.  
Po prostu musiała od nowa starać się o nim zapomnieć.  
Pokiwała stanowczo głową na to postanowienie, mając zamiar je spełnić.  
Drgnęła zaskoczona, słysząc dzwonek telefonu. Ze zmarszczonym czołem wyciągnęła rękę do nocnego stolika i chwyciła komórkę. Jedno spojrzenie na wyświetlacz wystarczyło, żeby zmroził ją strach.  
James.  
Jakiś głosik w głowie Natalie zastanawiał się, dlaczego jeszcze nie skasowała jego numeru. Drugi roztrząsał powody, dla których mógł do niej dzwonić, a trzeci rozważał wszystkie możliwe scenariusze rozmowy.  
- Chwila, dlaczego w ogóle zakładam, że odbiorę? - mruknęła z irytacją.  
Siedziała i wpatrywała się w ekran, a sekundy mijały jakby w zwolnionym tempie.  
W końcu, wściekła na samą siebie, przyłożyła telefon do ucha.  
- Halo?  
- Ach, więc jednak nie zmieniłaś numeru. - Znajome westchnienie ulgi.  
- Czego chcesz? - zapytała obojętnym tonem, chociaż wewnątrz niej buzowało wiele emocji.  
James odchrząknął.  
- Wiedziałem, że będziesz mnie unikać, więc nie chciałem się narzucać - powiedział cicho. - Ale muszę z tobą porozmawiać, więc pomyślałem, że warto spróbować zadzwonić. I było warto.  
- Nie chciałeś się narzucać? - Natalie mimowolnie parsknęła histerycznym śmiechem. - Kilka dni temu nie miałeś żadnych obiekcji.  
Po drugiej stronie zapanowała długa cisza, którą przerywały jedynie ich oddechy. Jego spokojny, jej lekko przyśpieszony.  
- Przepraszam za to.  
- Dlaczego w ogóle to zrobiłeś? - zapytała bezsensu, niwecząc swoje wcześniejsze postanowienia.   
Ponownie nastąpiła cisza, tym razem o wiele dłuższa. Natalie przestała liczyć na odpowiedź.  
- Zresztą, nieważne. Zadzwoniłeś tylko po to, żeby przeprosić?  
- Za co tak mnie nienawidzisz? - zapytał nagle James.  
Nawet nie wiesz jak daleko mi do nienawiści.  
- Jeszcze pytasz? Po tym, co zrobiłeś?  
Zacisnęła pięść, czując narastający gniew.  
- Rzecz w tym, że nie wiem, co zrobiłem. To ty... z Danielem...  
Natalie oniemiała, odsunęła telefon od ucha i wbiła wzrok w błyszczący ekran, jakby mogła zobaczyć tam swojego rozmówcę.  
- Nie wiedziałam, że masz taką selektywną pamięć - oznajmiła lodowato i rozłączyła się.  
Opadła na poduszki, a łzy w kącikach jej oczu spłynęły w dół, znikając we włosach.  
Zaciskając mocno oczy uświadomiła sobie, że James również nie usunął jej numeru.  
  
  

Ostrożnie odchyliła ciężką kurtynę, nie chcąc zostać dostrzeżona przez tłumy ludzi. Z początku miała zamiar po prostu sobie pójść, albo przeczekać występ na zewnątrz, ale kiedy usłyszała pierwsze dźwięki piosenki po prostu musiała zostać. Nigdy by się do tego nie przyznała, ale uwielbiała ten utwór, a sposób w jaki Davies czarował tu swoim głosem był po prostu ujmujący.  
Nieśmiało wyjrzała zza kotary i zaczęła obserwować zespół.   
Oczywiście, William był w centrum jej uwagi, więc przez większość czasu szczerzyła się do siebie jak idiotka. Jej serce prawie wyskakiwało z piersi kiedy się uśmiechał, mrużył oczy, przeczesywał włosy palcami w przerwach między piosenkami. Natomiast gdy tylko puszczał oko publiczności, albo nonszalancko machał do swoich fanek pod sceną, Rose zalewała krew, a zgrzytanie swoich zębów słyszała pomimo głośnej muzyki.  
Jednak muzyka Free sprawiała jej przyjemność. Ciężko było uwierzyć, że tak różni na co dzień ludzie potrafią doskonale zrozumieć się na scenie. 
Nagle Rose zapragnęła poznać ich historię. Jak się poznali? Kiedy postanowili założyć zespół? Od jak dawna grali?  
Być może była tego świadoma od dawna, ale dopiero teraz dotarło do niej, dlaczego tak wielu ludzi ich uwielbia.  
- To takie proste - parsknęła pod nosem. 
Po prostu to kochali. Z łatwością mogła dostrzec na twarzy Williama i reszty, że sprawiało im to niebywałą przyjemność, że cieszą się każdą piosenką, każdą minutą na scenie. Doskonale znała to uczucie, bo tak samo czuła się grając na skrzypcach. Jakby na świecie nie istniało nic oprócz niej i muzyki. 
Chyba jednak zostałam ich fanką. 
Zdecydowanie nie mogła nie lubić kogoś, kto zajmował się muzyką z takim oddaniem. W końcu to też jej konik. 
Resztę występu spędziła opierając się o barierkę schodów i wsłuchując w słowa i melodię każdego utworu. Znów pogrążyła się w swoim małym, bezpiecznym światku, w którym najchętniej spędziłaby resztę życia. 
- Zaniemówiłaś z wrażenia? 
Zamrugała, i spojrzała na stojącego przed nią Williama. Lekko zaróżowione policzki, błyszczące oczy i szybko unosząca się klata piersiowa sprawiły, że Rose bezwiednie uśmiechnęła się głupkowato. 
Davies rzucił jej dziwne spojrzenie, po czym zaśmiał się wesoło.  
- No, no, wiem, że jestem cudowny - zakpił. - To co, jedziemy? 
Rose zmarszczyła czoło. Nawet nie dowiedziała się dlaczego ją tu przyprowadził, a już chciał targać w inne miejsce. 
- Gdzie tym razem? - zapytała podejrzliwie. 
- Masz dzisiaj pracę, prawda? - Uniósł brwi. - Chyba nie chcesz sama tułać się autobusami, to całkiem daleko stąd. 
No tak, kawiarnia. Przez to całe zamieszanie zupełnie zapomniała. Czego jak czego, ale nie spodziewała się, że to akurat Davies jej o tym przypomni. 
- No... dobra - odpowiedziała niepewnie. - A co... - Wskazała na resztę zespołu. 
- O to się nie martw - uśmiechnął się szeroko. 
Nakazał jej iść za nim, po czym podszedł do chłopaków. 
- To ja się zmywam - oświadczył bez ogródek. 
- Co?! - wykrzyknął Sam. - Jak to się zmywasz?! 
William wskazał ręką na Rose. 
- Poprosiła mnie, żebym zawiózł ją do pracy. 
Wszyscy, łącznie z Rose, wbili w niego wzrok. Dziewczyna rozdziawiła usta z niedowierzaniem.  
Sam wzniósł oczy ku niebu. 
- Jeśli masz nam serwować tak kiepskie wymówki, to lepiej nic nie mów. - Spojrzał przepraszająco na Rose. - Nie przejmuj się tym palantem. 
Davies prychnął. 
- Skoro się rozumiemy, to idę. Za chwilę przyjdzie Caroline, a i tak chciała pośpiewać. Dacie sobie radę. 
Eric poklepał Sama po ramieniu w pocieszającym geście, a William odwrócił się i odszedł. Rose głupio było podążyć za nim bez słowa. 
- Dziękuję za dzisiaj - powiedziała niepewnie, uśmiechając się. - To był świetny występ. 
- Dzięki, Rose. - Sam odwzajemnił uśmiech. - Do zobaczenia. 
Idąc w stronę wyjścia czuła na sobie wzrok Jamesa. Przeszły ją ciarki. Co się wydarzyło między nim a Natalie? 
Przez jakiś czas jechali w ciszy. Rose ciągle gryzła się powodem, dla którego zabrał ją do klubu. Chciał jej coś pokazać? Cały ten pomysł miał ukryte znaczenie? 
- Więc nie powiesz mi, dlaczego przywiozłeś mnie do klubu? 
- Nie - odpowiedział chłopak po kilku chwilach ciszy.  
Dobra, nie spodziewałam się tak bezpośredniej odmowy.  
Dziewczyna umilkła, przygryzając wargi w skupieniu. Spojrzała na Williama, kiedy ten wydał z siebie krótkie westchnięcie. 
- To twoja droga, zgadza się? - Zacisnął mocniej ręce na kierownicy. - Do tego, żeby znów grać na skrzypcach. Dobrze o tym wiesz. Nikt nie zrobi tego dla ciebie i nie ma drogi na skróty. Zgodziłem się pomóc ci, ale nie jestem w stanie zagwarantować, że wszystko się uda. Dlatego musisz domyślić się wszystkiego sama. 
- Wiem - westchnęła. - Wiem... 
Nie musiał jej uświadamiać, była doskonale świadoma, że to jej własna sprawa. Kiedy już dwukrotnie udało jej się zagrać przy Williamie czuła się jak w niebie. Ogarniała ją radość i uniesienie, nic więcej się nie liczyło. Ale gdy tylko dopuściła do głosu sumienie, ściągało ją ono brutalnie na ziemię.  
Przecież marnowała cały ten czas, który spędziła, próbując pokonać traumatyczne wspomnienia. Świadomie się im poddawała, doskonale wiedząc czym to się może skończyć. W dodatku wciągnęła w to Daviesa, który może i zgodził się jej pomóc, ale nie znał całej sytuacji.  Poczucie winy zaczynało upominać się o swoje, a Rose nieskutecznie próbowała je zagłuszyć. 
Przy drzwiach na zaplecze kawiarni spotkała Elizabeth. Dziewczyna stała przed drzwiami ze spuszczoną głową, miętosząc w palcach rąbek różowego płaszcza i przebierając nogami. 
- Cześć, Elizabeth - przywitała się niepewnie Rose, unosząc dłoń.  
Więc jednak postanowiła wrócić, mimo tego co się stało. 
Blondynka podskoczyła zaskoczona i spojrzała na nią z przestrachem. 
- C-Cześć - odparła cicho, natychmiast uciekając wzrokiem. 
- Jak się czujesz? - zapytała Rose troskliwie. 
Elizabeth przygryzła wargę, spuszczając wzrok. 
- Już dobrze. - Zerknęła nerwowo w stronę drzwi. - Ale jeśli pani Amelia mnie wyrzuci, bo narobiłam tyle zamieszania i... - Jej głos stopniowo cichł aż zamilkła i ponownie spuściła głowę. 
Ta dziewczyna naprawdę bardziej martwiła się o kawiarnię i Amelie, niż o własne dobro. Zdecydowanie ceniła się zbyt nisko. 
Rose podeszła bliżej i delikatnie położyła rękę na ramieniu dziewczyny, która cała się spięła. 
- Szefowa na pewno cię nie wyrzuci. Przecież bardzo się o ciebie martwiła. To wszystko nie było z twojej winy. Wszyscy tutaj bardzo cię lubią i tęskniliby za tobą. 
Dopiero na ostatnie słowa Elizabeth zareagowała uniesieniem głowy. 
- Naprawdę? - rzuciła z niedowierzaniem. - Nawet ty, Rose? 
Zamrugała, niedowierzając w to, co usłyszała. 
- Oczywiście! - Spojrzała blondynce w oczy. - Skąd ci to przyszło do głowy? 
- No bo... No bo... - Odetchnęła głęboko. - Bo myślałam, że jesteś taka pewna siebie, że nie chcesz zadawać się z takimi smarkulami jak ja. W końcu jesteś starsza. 
Rose cofnęła się o krok, zaskoczona. Nigdy nie przypuszczała, że Elizabeth mogłaby tak pomyśleć. Chociaż dla tak nieśmiałej i zdystansowanej osoby jej głośna osobowość musiała być dość przytłaczająca. 
- Ale przecież Melanie jest jeszcze starsza ode mnie - zaprotestowała. - Oczywiście, że cię lubię, Elizabeth. Jak mogłabym nie lubić tak miłej, dobrej i uroczej dziewczyny jak ty?  
Blondynka wydawała się zaskoczona, ale po chwili jej twarz rozjaśnił tak promienny uśmiech, że pewnie mógłby konkurować ze słońcem. Rzuciła się Rose w ramiona i objęła z całych sił.  
Czuła bijące od niej ciepło i drobne dłonie na plecach. 
- Dziękuję, dziękuję - mamrotała Elizabeth w poły jej płaszcza. 
Rose była zbyt zdumiona, aby odpowiedzieć, więc po prostu objęła dziewczynę. 
- Pamiętasz, co mi powiedziałaś, wtedy... - Elizabeth urwała w pół zdania. - Że nikt nie jest warty moich łez? Wiem, że masz rację... Dlatego od teraz chcę być silniejsza. Tak jak ty. 
Odsunęła się, wciąż z uśmiechem na ustach, po czym pewniejszym ruchem otworzyła drzwi i wkroczyła do środka. 
Rose stała w miejscu niczym porażona. Ta niewinna, dobra dziewczyna chciała być tak silna jak ona. Ale przecież wcale nie była silna. Ciągle miała wrażenie, że silniejszy podmuch mógłby złamać ją jak cienką gałązkę. 
Przetarła wilgotne oczy dłonią i podążyła za Elizabeth. 
Wieczorem zadzwoniła do Jennifer. Przygryzając wargę liczyła sygnały połączenia. 
Jeden... 
Dwa... 
Trzy... 
Cztery... 
Odganiając rozczarowanie chciała się rozłączać, gdy usłyszała trzask i cichy głos. 
- Ro... Cze...j...szę...Ugch... 
Skrzywiła się, odsuwając telefon od ucha. Po chwili głos Jennifer stał się wyraźny i czysty. 
- Nie miałam zasięgu - wyjaśniła.- Rose! Jak dobrze, że dzwonisz! - wykrzyknęła z ulgą. 
- Przepraszam, Jenn - wyrzuciła z siebie. - Po prostu przepraszam. 
- Bałam się, że się śmiertelnie obraziłaś za to, co wtedy nagadałam. Nawet nie wiesz, jak mnie to potem gryzło. Ale nie umiałam zebrać się na odwagę i do ciebie zadzwonić. Przepraszam. 
Nastąpiła krótka cisza, podczas której Rose dziękowała sobie w duchu, że jednak zadzwoniła do przyjaciółki. 
- Na twoim miejscu zrobiłabym to samo - powiedziała, opadając na łóżko. - Wiem, że się o mnie martwisz i nie zasługuję na taką przyjaciółkę.  
- To chyba ja na ciebie nie zasługuję, głupia - sprzeciwiła się Jennfier. - Oczywiście, że się o ciebie martwię, ale to nie powód, żeby ci tak nagadywać i dokładać ci do problemów, których masz już wystarczająco dużo. 
Nawet nie wiesz jak dużo. 
Znowu Rose ukuło poczucie winy. Przepraszała Jenn, ale i tak miała zamiar dalej robić coś, czego ta by nie pochwaliła  
Żałowała, że nie mogła przytulić się do przyjaciółki i wszystkiego jej opowiedzieć, tak jak zwykła to robić. 
- Stęskniłam się za tobą, Rose. Mam dość tego miejsca, tych ludzi. Mam dość moich rodziców, którzy prześcigają się w obsypywaniu mnie prezentami, żebym tylko wybrała mieszkanie z którymś z nich. Mam dość Mandy, która rozpowiada w szkole, że  jestem w ciąży. Tylko Zołzy nie mam dość.  
Pod koniec zdania Jennifer załamał się głos. Rose wiedziała, że nie było dobrze, jeśli ukochana kotka przyjaciółki pozostała jej ostatnim towarzyszem. 
Rose pociągnęła nosem, słysząc, że dziewczyna robi to samo. Obie zachichotały. 
Jenn, dlaczego nie może być jak dawniej? - Podciągnęła nogi pod brodę i oparła głowę na kolanach, wpatrując się w pokrowiec na skrzypce jej mamy. - Kiedy nie liczyło się nic oprócz nas. 
- Ty przynajmniej możesz się wyszumieć w tej swojej metropolii - mruknęła Jennifer. - A tutaj wszyscy się znają i obgadują za plecami. Gdzie nie pójdziesz, to znajome twarze. Nie ma gdzie uciec od tego bałaganu. 
- Przyjedź na weekend. Oderwiesz się chociaż na chwilę. Mój tata na pewno nie będzie miał nic przeciwko. 
- Zbliżają się twoje urodziny, prawda? Piętnastego lutego... - Usłyszała jakiś trzask i westchnięcie Jennifer. - Tak, to sobota. Oczywiście nie mam zamiaru przegapić twoich urodzin, więc przyjadę czternastego. Pasuje? 
- Jasne! - Rose wyszczerzyła się do siebie, ciesząc się na myśl o wizycie przyjaciółki. - Co mi kupisz? 
- Co za materialistka. - Dziewczyna prychnęła z pogardą. - Muszę lecieć, Zołza marudzi o jedzenie. Dziękuję, że zadzwoniłaś, Rosie. Kocham cię. 
- Ja ciebie też, Jenn 
Rozłączyła cię, odłożyła telefon na stolik nocny i objęła kolana ramionami. Po rozmowie z Jennifer było jej lżej, ale teraz do zmartwień dołączyła też troska o przyjaciółkę. Mogła sobie tylko wyobrażać jak się czuła, rozdarta między rodzicami, próbującymi przekupić ją na swoją stronę. Miała nadzieję, że przyjazd do Nowego Jorku trochę ją odciąży. 
Westchnęła ciężko, jakby z nadmiarem powietrza chciała wypuścić z siebie wszelkie zmartwienia i problemy. Niestety, wciąż krążyły po jej głowie niczym natrętne muchy.  

11 komentarzy:

  1. Łoooo, bardzo się cieszę, że jednak żyjesz i że udało ci się coś opublikować! :D
    Rozdział faktycznie krótki, ale jednak całkiem ciekawy, bo pozwolił na przypomnienie sobie niektórych rzeczy (już całkiem sporo zdążyłam zapomnieć, smutek :c). Czekam na dalszy rozwój relacji Rose z Willem - już widać, że dziewczynie na nim zależy, a gdy przypomnę sobie Usuiego, to momentalnie zaczynam się szczerzyć do ekranu :DD
    Pozdrawiam serdecznie, życzę weny i powodzenia w walce z sesją! :3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, przerwę miałam okropnie długą... Okropna kumulacja braku weny, czasu i chęci :(
      Dziękuję za miłe słowa, rozdział nie jest najdłuższy, ale stwierdziłam, że wolę dać wam krótszy, niż żebyście znowu czekali drugie tyle ;)
      Dziękuję i pozdrawiam (sesja nie wybacza!)
      Viv

      Usuń
  2. Dopiero niedawno wpadłam na twojego bloga i bałam się, że trzeba będzie trochę poczekać na nowy rozdział, a tu taka niespodzianka ^^ Czekam na kolejny i życzę weny :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam już pomysł na kolejny i jakieś tam zalążki weny, więc powinien pojawić się do końca stycznia (chociaż przy sesji to nigdy nie wiadomo) :)
      Dziękuję za komentarz i pozdrawiam!

      Usuń
    2. Powodzenia na sesji :)

      Usuń
  3. Oo, jak super, że wróciłaś i jest nowy rozdział. Swoją drogą, bardzo mi się podobał. Może nie było wiele akcji, ale przed burzą zawsze potrzeba trochę ciszy, nie? Jeszcze raz cieszę się, że znowu piszesz i czekam na kolejną część. Weny i wolnego czasu życzę! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też się cieszę, że wróciłam! Dzięki za pozytywne słowa :) Ten rozdział taki przejściowy, przypomniał parę wątków. Chcę ruszyć z akcją, żeby tak wszystkiego nie przedłużać.
      Dziękuję i pozdrawiam!

      Usuń
  4. TAK STRASZNIE SIĘ CIESZĘ!!!!!!! NAWET NIE WIESZ JAK!!!!!!
    Rozdział przeczytałam zaraz po dodaniu, ale czekałam z komentarzem aż do teraz...
    I właściwie nie wiem, co Ci powiedzieć... Jest SUPER! :D Ja tu uwielbiam wszystko! :D Faktycznie może nie działo się za dużo, ale dla mnie radością było już to, że mogłam poczytać sobie po prostu coś Twojego autorstwa. :P Ale jak ktoś wyżej wspomniał - mam wrażenie, że to ten rozdział to taka cisza przed burzą. :D
    WIELKA RADOŚĆ! <3
    CZEKAAAAAAAAM!!!!

    OdpowiedzUsuń
  5. Wspaniały rozdział. Zresztą jak każdy. :-) ;-)

    OdpowiedzUsuń
  6. Tak bardzo nie mogłam się doczekać nowego rozdziału, a gdy się już pojawił to nie miałam czasu przeczytać! Przepraszam że komentuje dopiero teraz ;/ Ale do rzeczy. Rozdział świetny, liczyłam że między Rose a Willem coś się bardziej rozwinie, liczę na więcej w kolejnych rozdziałach :D Szkoda, że pisanie tego rozdziału zajęło tak dużo czasu, ale było warto! Wszystko idealnie dopracowane. Nie mogę się doczekać aż będziesz dodawać więcej rozdziałów, bo bardzo przyjemnie się czyta. Mało jest takich blogów, które na prawdę lubię a ten zdecydowanie się zalicza! Powinnaś napisać w przyszłości książkę :D Pozdrawiam i ślę wene <3

    OdpowiedzUsuń
  7. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń