logo

2/16/2016

Rozdział XXXI "Cud narodzin"

Udało mi się wykorzystać wolne po sesji, więc jest kolejny rozdział. Ma chyba jakieś dziesięć stron, więc całkiem długi. Nie wiem, ile będzie trzeba czekać na następny, mam nadzieję, że niedługo. A tymczasem zapraszam do czytania i pięknie proszę o komentarze (i oczywiście dziękuję za wszystkie wasze miłe słowa z poprzedniego wpisu) ;)



***


Dni mijały, a Rose czuła, że jest coraz bliżej swojego celu. Ich wspólne sesje ­- jak określił to William - stały się pewnego rodzaju rutyną, czymś pewnym. Potrafiła już grać dziesięć minut z niewielkimi przerwami. Mniej się stresowała, ale zapłaciła za to koszmarami, które teraz śniły jej się prawie codziennie. Żeby spokojnie przespać noc musiała łykać tabletki nasenne, lecz coraz bardziej obawiała się, że w końcu się uzależni.
Davies chyba się o nią martwił. A przynajmniej tak sądziła po spojrzeniach, jakie czasami jej rzucał. Podczas gdy ona wywierała na siebie presję, on raczej ją powstrzymywał i odciągał od ćwiczeń. Doskonale o tym wiedziała, ale spędzanie czasu z Williamem nie było wcale takie złe, więc nie protestowała.
Chłopak często zabierał ją na koncerty w niewielkich klubach lub knajpkach, które ukrywały się w ciasnych zaułkach Nowego Jorku, z dala od głośnego centrum. Zazwyczaj siadywała na skraju krzesła i wpatrywała się jak urzeczona w występujących muzyków, wsłuchując się w muzykę, jakiej nigdy wcześniej nie miała okazji posłuchać. W takich chwilach zapominała o wszystkim wokół, ciesząc się samymi dźwiękami, otaczającymi ją niczym puchowa kołdra.
Dlaczego pozwoliła sobie o tym zapomnieć? Dlaczego oprócz wspomnień zdecydowała się pozbyć również całej miłości do muzyki? Poszła na skróty, poddała się bez walki. Dała zwyciężyć swoim lękom.

- Jak ci się podobało? - zapytał William, kiedy już siedzieli w samochodzie.
Tym razem zabrał ją do niewielkiej kawiarni na jednej z podmiejskich ulic, gdzie wieczorami występy dawały dwie dziewczyny. Mogły być niewiele starsze niż ona sama. Jedna grała na pianinie, a druga śpiewała.
Davies zamówił dwie kawy i poprowadził ją do stolika w kącie.
Usadowiła się wygodnie i wbiła wzrok w niewielkie podwyższenie, skąd dochodziła muzyka. Jedna z dziewcząt - wysoka i ciemnowłosa - stała przy mikrofonie i śpiewała czystym, melodyjnym głosem, mrużąc lekko oczy. Druga, o jasnobrązowych włosach, siedziała przy pianinie wyprostowana jak struna i przebierała palcami po klawiszach, z łatwością wygrywając melodię.
Rose cały wieczór opierała się łokciami o stół i podpierając dłońmi brodę patrzyła na niewielką scenę. Przypomniała sobie, kiedy uczyła się grać na fortepianie, wiedziona zwykłą ciekawością. Gdy zostawała po lekcjach z panią Olsen - nauczycielką gry na skrzypcach - i prosiła ją o pokazanie podstaw gry na fortepianie. Chwile, kiedy starsza pani maskowała swój śmiech, podczas gdy Rose plątały się ręce, co niezmiernie ją frustrowało.
Rose zamrugała nagle, uświadamiając sobie, że wspominanie nie sprawiło jej trudności jak do tej pory. Czyżby...?
- Ziemia do Rose!
Wróciła do samochodu, do siedzącego obok Williama.
- Co? - wymamrotała. - A... Jasne, że mi się podobało. Te dziewczyny były niesamowite.
Chłopak uśmiechnął się z zadowoleniem i odpalił samochód.
- Tak myślałem.
Rzuciła mu podejrzliwie spojrzenie, ale nie odezwała się. Zdążyła przywyknąć do tych niecodziennych odpowiedzi.
Bardziej cieszyło ją, że najwyraźniej nie wszystkie wspomnienia były dla niej teraz bolesne.
Na usta Rose mimowolnie cisnął się szeroki uśmiech. Mimo że gorzej sypiała i miała koszmary, czuła się szczęśliwsza niż kiedykolwiek wcześniej. Była z Williamem, coraz lepiej grała na skrzypcach, Jennifer przyjeżdżała za niedługo... 
- Co się tak szczerzysz?
Odruchowo zakryła usta dłonią, spoglądając na chłopaka.
- A nie mogę? - wymamrotała spomiędzy palców. Nagle coś przyszło jej do głowy. - Chwila, czy ty nie powinieneś teraz ostro zakuwać? - Zmarszczyła brwi. - Przecież jesteś w trzeciej klasie, masz egzaminy w czerwcu.
Davies posłał jej znajomy uśmieszek.
- Na wszystko znajdzie się czas. I tak raczej nie wybieram się na studia.
Rose nie była zbyt zaskoczona. Spodziewała się, że William będzie chciał skupić się na karierze muzycznej.
- Mimo wszystko... Lepiej zdać z dobrymi wynikami.
Chłopak spojrzał na nią, wywracając oczami. Wolną ręką pstryknął ją w ramię.
- Nie martw się tak o mnie, bo jeszcze pomyślę, że się zakochałaś.
- Chyba śnisz - prychnęła, oblewając się jednocześnie zimnym potem. Gdyby się dowiedział...
Rose wzdrygnęła się na samą myśl.

W szkole rozpoczął się nowy semestr. Oceny Rose były na granicy przyzwoitych, ale jakoś mało ją to obchodziło. Za to Natalie siedziała w ławce i wpatrywała się w swoją kartkę z ocenami ze zgrozą.
- O boże... Boże... - mamrotała pod nosem. - Rodzice mnie zabiją. Nie wypuszczą mnie z domu do emerytury. - Uderzyła głową w drewniany blat, wydając z siebie jęk rozpaczy.
Siedzący obok Daniel wziął świstek papieru do ręki i spojrzał z niedowierzaniem.
- Jakim cudem?
Rose wymieniła zmartwione spojrzenia z Pixie. Domyślały się, co mogło być powodem rozkojarzenia Natalie.
- Dobra. - Daniel chwycił rudowłosą za kołnierz i ustawił w pozycji pionowej. - Będę cię uczył. Aż poprawisz oceny.
Dziewczyna spojrzała na niego błagalnie.
- Naprawdę?!
Daniel westchnął ciężko.
- Wolałbym, żebyś jednak zdała.
Rose zerknęła na Pixie, której oczy błyszczały jak dwa małe ogniki. 
O nie.
- To może mnie też byś uczył? - Uśmiechnęła się uroczo.
Chłopak rzucił jej podejrzliwie spojrzenie, po czym uśmiechnął się szeroko, jakby wpadł na jakiś świetny pomysł.
- To może umówimy się na wspólne uczenie? Kto się pisze?
Prawie widziała jak z brunetki powietrze uchodzi niczym z przebitego balona. Poklepała ją pocieszająco po nodze, uśmiechając się lekko.
W końcu skończyło się na tym, że razem z resztą umówili się za sobotnie popołudnie w domu Rose. Będzie musiała uprzedzić tatę, że odwiedzi ich stadko licealistów.
Wszyscy w klasie ucichli wraz z wejściem nauczyciela. Wszystko byłoby jak zwykle, gdyby nie towarzyszyła mu nieznajoma dziewczyna.
- Dzień dobry - przemówił ich wychowawca. - Dzisiaj do waszej klasy dołączy nowa koleżanka, Chloe Pierce. Powitajcie ją ciepło.
W takim razie Rose oficjalnie przestała być tą nową. 
To się nazywa wyższa strefa.
Były to pierwsze słowa, które przyszły jej do głowy, gdy na nią spojrzała. 
Stała przed nimi średniego wzrostu dziewczyna, której długie złociste włosy wydawały się tworzyć aureolę wokół głowy. Niezwykle szczupła, ubrana w idealnie skrojony mundurek, zapewne szyty na miarę. Wyglądałaby jak anioł, gdyby nie postawa. 
Może to było zwykłe wyolbrzymienie, ale Rose miała wrażenie, jakby patrzyła na nich wszystkich z góry. Lekko zadarty, zgrabny nosek i uniesiona wysoko broda. Błękitne oczy, skanujące uważnie otoczenie. Nogi rozstawione w lekkim rozkroku, ręce zaplecione na piersi.
Jak dowódca.
Rose wymieniła spojrzenia z Pixie, a ta wzruszyła ramionami. Więc może to jednak jej wyobraźnia płatała figle.
Klasa przywitała się z Chloe, która uśmiechnęła się zimno i skinęła głową. Nauczyciel wydawała się lekko strapiony, ale rozejrzał się w poszukiwaniu wolnego miejsca. W końcu jego błądzące spojrzenie zatrzymało się na pustej ławce.
- Możesz usiąść tam, przed Rose. - Wskazał miejsce ręką.
Chloe podziękowała kiwnięciem, po czym podążyła w jej stronę. Usiadła i natychmiast się odwróciła.
- Cześć, jestem Chloe - odezwała się cicho, wystawiając dłoń z krwistoczerwonymi paznokciami. - Mam nadzieję, że się dogadamy.
Rose uścisnęła rękę, ale miała wrażenie, jakby wzrok dziewczyny przelatywał przez nią i skupiał się na czymś innym. A za nią była tylko...
Odwróciła gwałtownie głowę i spojrzała na rudowłosą, która gapiła się na Chloe pustym spojrzeniem, aby po chwili wbić wzrok w ławkę.
Rose wróciła do blondynki, ale ta już siedziała przodem do tablicy, zakładając nogę na nogę.
Przez całą lekcję myślała o tym, co się stało. Czyżby Natalie znała Chloe? Ale skąd? Nie, to niemożliwe. Może ją z kimś pomyliła? Pozostawało jej tylko zapytać przyjaciółkę.
Gdy zadzwonił dzwonek, Rose chciała od razu zagadać do Natalie, ale uprzedziła ją nowa koleżanka.
Nieśpiesznie podeszła do ławki dziewczyny i spojrzała na nią z góry, zaplatając ręce na piersi.
- Liczę, że się mną zaopiekujesz - powiedziała z przekąsem, uśmiechając się z zadowoleniem. Nie czekając na reakcję, odwróciła się na pięcie i odeszła.
Pixie, Daniel i Rose stali obok, zbyt zaskoczeni, żeby coś zrobić.
Knykcie Natalie pobielały od ściskania blatu.
- T-Trzymajcie mnie... - warknęła pod nosem. - Trzymajcie mnie, bo nie wytrzymam i zabiję sukę.
Rose opadła na wolne krzesło, wypuszczając z sykiem powietrze.
- Co się właśnie stało? - Pixie zamrugała kilkakrotnie, próbując odnaleźć się w sytuacji.
- Natalie, co jest? - Daniel spojrzał na dziewczynę z troską.
- To ona... Ta suka... - Westchnęła ciężko. - Z którą James...
Rose otworzyła szeroko oczy, nie wierząc w to, co słyszy.
- Czekaj... To znaczy, że ona jest teraz w naszej klasie?
Absurdalność tej sytuacji po prostu ją przytłoczyła.
- I zachowuję się jak władczyni całego świata - syknęła Pixie, tupiąc nogą ze złości.
Rudowłosa wstała raptownie z krzesła.
- Jak ona w ogóle śmie... - Potrząsnęła głową. - Jak on mógł...
Zanim zdołali ją powstrzymać, wyparowała z sali i szybkim krokiem przemierzała korytarz.
Wściekłość zżerała ją od środka, a do głowy przychodził jeden sposób na jej rozładowanie.
Doskonale wiedziała, że będzie siedział w jednej z pustych sal na drugim piętrze. Kiedy w końcu go znalazła, po prostu wpadła do środka, nie przejmując się jego zaskoczeniem.
Stanęła przed nim, dysząc głośno i walcząc o oddech.
- Jak... Jak mogłeś - wykrztusiła. - Sprowadzać tutaj tę swoją... - Wszystkie słowa wyparowały jej z głowy. - Swoją siksę!
James patrzył na nią zaskoczony, ale Natalie była zaślepiona gniewem.
- Co? Jaką siksę? - zapytał niepewnie.
Rudowłosa prychnęła pogardliwie.
- Nie udawaj, że nie wiesz - warknęła, zaciskając dłonie w pięści. - Mogłeś od razu powiedzieć, że gustujesz w blondynkach. Oszczędziłbyś mi zachodu.
- Natalie, o czym ty właściwie mówisz? A raczej o kim?
- Oczywiście, udaj głupiego. - Roześmiała mu się prosto w twarz. - To ci najlepiej wychodzi.
Przez chwilę stali w milczeniu, podczas gdy Natalie uspokajała oddech, a James próbował połapać się w sytuacji.
- Chwila... - zaczął niepewnie. - Mówisz o Chloe?
- No tak, to pewnie nie jedyna blondynka, którą znasz - odparła z przekąsem. - Przekaż jej, żeby zostawiła mnie w spokoju, bo naprawdę nie ręczę za siebie. Jestem cierpliwa, ale do czasu. Doskonale o tym wiesz.
James westchnął.
- Natalie, posłuchaj, chyba coś źle zrozumiałaś...
Uniosła rękę, przerywając mu.
- Nie, nie chcę tego słuchać. Rób sobie z nią co chcesz. Przecież wcześniej też nie potrzebowałeś mojego pozwolenia.
- O czym ty...
- Zdradziłeś mnie! - krzyknęła, jej serce biło jak szalone. - Zresztą, czego innego mogłam się spodziewać po kimś, kto nawet nie chciał się do mnie przyznać. 
Chłopak po prostu stał i się na nią patrzył. Tym nieodgadnionym wzrokiem, przez który nigdy nie wiedziała, co myślał.
Nie doczekawszy się odpowiedzi odwróciła się na pięcie i wyszła z sali. 
Na zewnątrz prawie wpadła na Rose, Natalie i Daniela, którzy przemierzali korytarz szybkim krokiem.
Trzy westchnienia ulgi wydobyły się z ich ust na widok Natalie.
- Tu jesteś - zaczęła Pixie, opierając ręcę na biodrach. - Nie możesz tak po prostu wyparować mówiąc nam o czymś takim! Co ty sobie myślisz?
- Natalie... - Daniel zrobił krok w kierunku Natalie, gdy nagle spojrzał ponad jej ramieniem.
James przeszedł obok nich szybkim krokiem, nawet nie patrząc na dziewczynę. Daniel zacisnął usta i odwrócił się w jego stronę.
- Hej, zaczekaj! - zawołał. Jego spokojny głos nie wróżył niczego dobrego. 
Chłopak zatrzymał się kilka kroków dalej, po czym odwrócił się. Natalie cofnęła się o krok. Nigdy nie widziała go tak wściekłego.
- Jeśli myślisz, że możesz... - Daniel wysunął się przed rudowłosą, dotykając jej ręki obronnym gestem.
Prawdopodobnie podziałało to jak płachta na byka. James wykrzywił usta w brzydkim grymasie, w kilka sekund pokonał dzielącą ich odległość i chwycił zaskoczonego Daniela za poły marynarki, przyciągając go do siebie.
- Czego jeszcze ode mnie chcesz? - zapytał niskim głosem, mrużąc oczy. - Wielki obrońca... - zadrwił i puścił chłopaka.
Tym razem nikt go nie zatrzymywał, kiedy zniknął na schodach.

Rose tupała nogą ze złością, siedząc w sali klubu. Wciąż nie mogła uwierzyć w to, co się stało. Jakim trzeba być draniem, żeby pozwolić na coś takiego? Nie potrafiła sobie wyobrazić, jak Natalie się czuła. Tuż po utarczce Jamesa i Daniela dziewczyna oświadczyła, że wraca do domu, ale odrzuciła ofertę przyjaciela, chcącego ją odprowadzić i dotrzymać towarzystwa. Na jej miejscu Rose też nie chciałaby, żeby ktoś widział ją w stanie załamania.
- Masz minę, jakbyś chciała kogoś zabić.
Wyrwana z zamyślenia spojrzała na Williama, który kilka minut wcześniej zapalił się do oglądania skrzypiec i porównywania ich z gitarą.
- Bo chcę - odpowiedziała. - Skończyłeś? - Wskazała ręką na instrument.
Kiwnął głową i oddał jej skrzypce, po czym usiadł obok niej.
- Chyba dzisiaj nic z tego nie będzie, nie umiem się skupić - westchnęła.
- No to mów.
Spojrzała na niego pytającym wzrokiem.
- Co się stało? - Davies obserwował ją.
Prychnęła pogardliwie.
- Możesz o to zapytać swoje kolegę. - Zazgrzytała zębami. - Jamesa - dodała po chwili, na wypadek, gdyby William nie domyślił się o kogo chodzi. - Ja nie mam prawa ci o tym opowiadać. 
Chłopak odchylił się na krześle, wbijając wzrok w sufit.
- Jesteś zła - oznajmił ze stoickim spokojem.
- No nie gadaj, Sherlocku - rzuciła z przekąsem i zaplotła ręce na piersi. - Powiedz mi, skąd bierzesz te pokłady spokoju i cierpliwości? Przydałyby mi się.
Davies wybuchnął śmiechem i spojrzał na nią z rozbawieniem.
- Tajemnica.
Rose pokręciła głową z rezygnacją.
- Nie wiem co było w tym śmiesznego, ale niech ci będzie. 
Kątem oka zobaczyła, jak wstaje ze swojego miejsca i pakuje gitarę do pokrowca.
- Ubieraj się, zawiozę cię do pracy - oznajmił. Rose rzuciła mu zdziwione spojrzenie. - No ruchy, ruchy.
Ubierając płaszcz uświadomiła sobie, że uspokoiła się. Złość, którą czuła, wydawała się odległym wspomnieniem. Wystarczyło kilka minut rozmowy z Williamem, żeby zarazić ją swoim spokojem. Rzeczywiście była beznadziejnie zakochana.
Westchnęła ciężko, przerzucając torbę przez ramię.
Davies spojrzał na nią z niemym pytaniem w oczach, ale potrząsnęła głową, zbywając go.

- Jestem ci wdzięczna za pomoc, ale to tyle!
Rose zatrzymała się gwałtownie na początku bocznej uliczki, która prowadziła do wejścia na zaplecze kawiarni. Przy drzwiach dostrzegła Amelie i Asha. Kobieta wydawała się być poruszona, sądząc po jej żywym gestykulowaniu. Natomiast Ash prawdopodobnie próbował w końcu pójść za radą Rose.
- Posłuchaj, chcę powiedzieć, że...
Wycofała się, nie chcąc podsłuchiwać i postanowiła, że dzisiaj skorzysta ze zwykłego wejścia. Melanie wyglądała na zaskoczoną, ale nic nie powiedziała, tylko uśmiechnęła się i przywitała.
W szatni wpadła na Elizabeth, która męczyła się z zawiązaniem kokardy na plecach. 
- Daj, pomogę ci - zaoferowała się. Dziewczyna odpowiedziała jej uśmiechem wdzięczności. Chwyciła miękki materiał i kilkoma ruchami zawiązała białą kokardę. - Duży dzisiaj ruch?
Złote kosmyki zafalowały, kiedy Elizabeth potrząsnęła głową.
- Melanie mówiła, że nie.
Odsunęła się o krok, oceniając swoje dzieło.
- No, gotowe.
Blondynka złapała tackę i notesik, po czym uśmiechnęła się promiennie do Rose, ukazując urocze dołeczki w policzkach. Wyglądała jak porcelanowa lalka.
- Dziękuję.
Rose obserwowała znikającą za drzwiami dziewczynę, wyciągając ubranie z szafki. Jakaż ona była żywa i pełna energii! Dzieliła ich niewielka różnica wieku, ale sama czuła się tak zmęczona. Patrząc codziennie w lustro zastanawiała się, gdzie podziała się tamta Rose.  Kim była ta blada, roztrzęsiona dziewczyna, która patrzyła na nią podkrążonymi, rozbieganymi oczami?
Co by zrobiła jej matka w takiej sytuacji? 
Jeszcze zanim pytanie wybrzmiało w jej głowie znała odpowiedź. I wcale nie była pewna, czy ją zadowala.

Po powrocie do domu zjadła szybką kolację z tatą, który zamierzał spędzić wieczór oglądając jakiś ważny mecz.
Ona natomiast umknęła do pokoju, chwyciła dziennik mamy i usadowiła się wygodnie na łóżku. Do tej pory przeczytała jedynie pierwszy wpis, w którym Cornelia była już po ślubie z tatą i tkwiła w przekonaniu, że nikt nigdy jej dziennika nie przeczyta.
Otworzyła na kolejnej stronie i zagłębiła się w lekturę. Drugi wpis był datowany na 2 grudnia.

Nie wierzę, że znowu tutaj piszę. Kiedy przeczytałam pierwszy wpis, policzki prawie mi spłonęły ze wstydu. Jak dobrze, że Tom nigdy tego nie zobaczy... Nie dałby mi żyć. 
Gdyby nie świąteczne porządki, które zarządził John, nigdy nie znalazłabym tego dziennika. Zapomniałam o nim zaraz po napisaniu wpisu, rzuciłam gdzieś do kąta i szukaj wiatru w polu! A tak leżał wciśnięty za łóżkiem, pokryty grubą warstwą kurzu.
Piszę to teraz tylko dlatego, że dzięki temu nie muszę dalej sprzątać. Naprawdę tego nienawidzę, ale John lubi porządek, więc staram się. Hm... Ale gdyby nie jego pomysł z wielkim sprzątaniem, to Tom męczyłby mnie teraz ćwiczeniami. Wymigiwanie się od obowiązków opanowałam chyba do perfekcji.

Rose uśmiechała się jak głupia. Niechęć do sprzątania odziedziczyła po mamie.

Swoją drogą, że też on ma czas męczyć mnie o skrzypce, kiedy za niedługo zostanie ojcem. No doprawdy, Meredith powinna mu regularnie suszyć głowę. Dałabym jej parę rad, ale chyba mnie nie lubi. Uważa, że Tom spędza ze mną za dużo czasu. Obawiam się, że podejrzewa go o zdradę, ale przecież on naprawdę ją kocha. A ja nigdy nie zdradziłabym Johna, kocham go jak nic innego. A propo dzieci, John chyba chciałby zabrać się do roboty. Tak go zbywam, że wkrótce zacznie coś podejrzewać. 
Po prostu nie czuję się gotowa. Jeśli nie potrafię ogarnąć samej siebie, to jak mogłabym być odpowiedzialna za czyjeś maleńkie, kruche życie? Wiem, że John by pomógł, ale w takim razie jaką ja byłabym matką? Czuję strach na samą myśl, że nie podołałabym tak ważnemu zadaniu. Chciałabym wychować dziecko jak najlepiej, ale znam swój charakter i swoje wady. Chyba nie byłabym najlepszą matką...

W niektórych miejscach papier był zmarszczony, a litery mniej wyraźne. Rose domyśliła się, że jej matka musiała płakać. 
Przejechała dłonią po kartce, uświadamiając sobie, że za niedługo ona przyjdzie na świat. Ciekawiło ją, co Cornelia sobie pomyślała, kiedy dowiedziała się, że jest w ciąży. Czy wciąż się bała? Czuła się niepewnie?
Następny wpis był z 31 grudnia.

Nie sądziłam, że uda mi zapamiętać o tym dzienniku. Ukryłam go tam, gdzie John nigdy nie zagląda. Teraz czuję, że te kartki papieru są jak stary przyjaciel, który chłonie słowa niczym atrament i nigdy nie wyda twoich tajemnic. Cieszę się, że znalazłam sposób na wypłakiwanie swoich żali.
Dzisiaj ostatni dzień roku. Słyszę jak John męczy się z maszynką do golenia w łazience. A tyle razy mu mówiłam, że uwielbiam jego zarost. A niech to! 
Za kilka godzin mam występ w teatrze. Nie wiem jak Tom to załatwił, ale jestem pełna podziwu. To nie mój debiut, a stresuję się jak nastolatka przed studniówką. Ręce mi się trzęsą, spociłam się jak prosiak, a serce walki mi jak szalone. 

Rose miała problem z rozczytaniem niektórych słów. Cornelia naprawdę musiała się stresować.

Tom przyjedzie po nas za pół godziny, a ja wciąż nie jestem gotowa. Mam nadzieję, że John pomoże mi się ogarnąć, jak zawsze. Czasami mi głupio, że przy nim jestem taką bałaganiarą i życiową ofermą. Ale tylko czasami.

Nastąpiła przerwa, następne zdania były chaotyczne i zapisane ledwo czytelnym, pochyłym pismem.

Meredith rodzi! Boże, boże, boże, boże!!! Będę ciocią! Najlepsza ciocia na świecie! Jedziemy do szpitala, co tam występ! Mer rodzi! Ciocia, rozumiesz?! Ciocia!

Rose chichotała pod nosem, czytając reakcję matki. Trochę przypominała jej Pixie, tak samo żywiołowa i spontaniczna. 

2 stycznia

Chłopiec! To chłopiec! Jestem ciocią małego, uroczego chłopca! Mer z dzieciaczkiem zostaną w szpitalu jeszcze dwa dni. Poród odbył się bez komplikacji, ale był ciężki. Nigdy nie widziałam Toma w takim stanie. Meredith nie pozwoliła mu wejść, bo nie chciała "mdlejącego tumana na sali". Dlatego miotał się przed drzwiami, mamrocząc coś pod nosem. W pewnym momencie nawet przyskoczył do mnie z wrzaskiem, dlaczego nie ma mnie na występie. Byłam gotowa się z nim pobić, ale John wkroczył do akcji i sprzedał Tomowi prawego sierpowego. Jeszcze trochę i musiałabym ich rozdzielać, ale wtedy wyszła położna i powiedziała, że potrzebują kogoś bliskiego Mer. Grożąc Tomowi pięścią wbiegłam na salę i przypadłam do Meredith, łapiąc ją za rękę. Nigdy ze mną nie rozmawiała o tej chwili, ale wtedy widziałam prawdziwą wdzięczność w jej oczach. 
Pozwalałam jej ściskać moją dłoń aż do bólu i wgryzać się w ramię aż do krwi. Doskonale wiedziałam, że wściekła Mer to kobieta, która może dokonać niemożliwego, więc krzyczałam na nią, że lepiej ma mi urodzić zdrowego dzieciaczka, bo będzie się tłumaczyć przed Tomem, a ja chcę w końcu zostać ciocią.
Po kilku ciężkich godzinach wyszłam z sali, gdzie Tom chwycił mnie za ramiona i zaczął potrząsać, zasypując pytaniami. Jak tylko dowiedział się, że ma syna, minął mnie i wparował na salę.
Przytuliłam mocno Johna, ciesząc się jak głupia. Zmęczona i obolała pomyślałam, że to jedna z najszczęśliwszych chwil w moim życiu. 
Wiesz, mój wierny przyjacielu, w tamtym momencie wszystkie obawy, o których pisałam jeszcze miesiąc temu, jakby wyparowały. Dać komuś życie... to musi być najwspanialsze uczucie na świecie.

8 komentarzy:

  1. Świetne ^^ Nie mogę się doczekać, kiedy wyjaśni się cała ta sytuacja z Jamesem :D Aaaa, ja chcę kolejny rozdział :D Życzę dużo wolnego czasu i weny :))

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej, hej! Trafiłam na Twoje opowiadanie dzięki jakiemuś innemu, no i oczywiście umilałam sobie nim czas na nud... ciekawych lekcjach w szkole. W każdym razie:
    Uno. Szczerze? Na początku mi nie przypadło do gustu. Rozdziały były krótkawe i styl - nie jestem żadnym ekspertem - ale zwyczajnie mi nie przypadł do gustu, jakiś taki sztuczny (?) mi się wydawał. Ale czytałam dalej przekonać się, co tam wymyśliłaś i...
    Dos. Spodobało mi się! Wydaje mi się, że coraz lepiej pisałaś, historia zaczęła się robić ciekawsza (bo na początku, no wiesz, Rose co chwila wpada na Williama i ciągle marudzi, że go nie lubi... i tak ciągle). Fajnie, że również zaczęłaś rozwijać historie innych bohaterów - i tu muszę wspomnieć...
    Tres. Boże kochany, ale mnie Natalie wkurza! Jest moją imienniczką, co mnie dodatkowo rani! Czemu ona nie pogada z Jamesem? Rozumiem, że widziała jak jej chłopak całował jakąś inną dziewczynę, ale rozmowa jest podstawą dobrego związku. A ona się obraziła, bo po co cokolwiek wyjaśniać. Mam nadzieję, że w końcu zmądrzeje i wyjaśni wszystko z Jamesem. Wtedy pewnie James się obrazi, no ale takie życie.
    Quatro. Pomimo tego, co napisałam wyżej, ogólnie to lubię Twoich bohaterów. Są tacy... no jak nastolatkowie - nie za bardzo dziecinni, ale też nie są kreowani na jakichś ponadprzeciętnie dojrzałych. Bardzo mnie ciekawi historia Rose. Ta jej przeszłość, skrzypce, matka i w ogóle. No i oczywiście czekam na więcej Rosie i Willa razem!!
    Zatem tak - mam nadzieję, że nie odstraszyłam Cię moim pewnie trochę długaśnym komentarzem. Piszesz fajnie, szablon masz fajny i w ogóle wszystko jest fajnie, więc czekam na kolejny rozdział!
    Pozdrawiam i życzę jak najwięcej weny!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komentarz, takie "długaśne" są dla mnie jak ambrozja!
      Hm, co do pierwszego - opowiadanie zaczęłam pisać dwa lata temu i cieszę się, czytając, że mój styl się poprawił. Jestem świadoma, że kiedyś wyglądało to na zwykły, kiepsko napisany romans, ale miło wiedzieć, że jednak trochę się podciągnęłam.
      Pierwszy raz się spotykam z kimś, kogo irytowałaby Natalie. Szczerze mówiąc, ja też bym się wkurzyła, gdyby przyjaciółka tak się zachowywała, ale Natalie to prawdopodobnie postać, która jest mi najbliższa i która najbardziej mnie przypomina. Absolutnie nie chcę bronić swoich bohaterów (mają się sami bronić, a nie wysługiwać mną), ale jej reakcje/zachowanie są jak najbardziej autentyczne, co oczywiście niczego nie usprawiedliwia. W dodatku ta wyczekiwana rozmowa będzie już w następnym rozdziale, może wtedy trochę się rozjaśnią motywy Natalie.
      Jeszcze raz dziękuję za komentarz i również pozdrawiam ;)

      Usuń
  3. Nie mam nic mądrego do powiedzenia - świetny rozdział! I świetna historia... ^_^
    Czekam na ciąg dalszy, zawsze w uwielbieniu xoxo

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak zawsze świetnie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Długi rozdział? TO MA BYĆ DŁUGI ROZDZIAŁ?! Dopiero się rozsiadłam wygodnie, a tutaj już koniec! I znowu mnie pozostawiłaś wyczekującą kolejnego odcinka... Coraz bardziej wciąga mnie historia relacji między Rose i Williamem. Nie mówiąc już o James'ie i Natalie - strasznie się cieszę, że wreszcie padły te słowa: "zdradziłeś mnie". Ogromnie liczę na to, że w końcu sytuacja między nimi się wyjaśni w pełni. :)
    Czekam niecierpliwie na kolejny rozdział!
    tooloudsilence

    OdpowiedzUsuń
  6. Genialny rozdział.Życzę weny :3

    OdpowiedzUsuń
  7. Wczoraj znalazłam Twojego bloga i właśnie skończyłam czytać. Jest ŚWIETNY! Mam nadzieję, że jeszcze piszesz ;)

    OdpowiedzUsuń