logo

12/24/2014

Rozdział XX "Jennifer"

Zgodnie z obietnicą dzisiaj nowy rozdział :) Taka ładna okrągła liczba, a minął już rok odkąd założyłam tego bloga. Nigdy nie sądziłam, że tak długo poprowadzę to opowiadanie, znając swoją tendencję do kończenia ich w połowie. Tak bardzo przywiązałam się do Rose i Williama, że nie mogłabym teraz zostawić ich historii nierozwiązanej. Ale koniec sentymentów!
Z okazji tego szczególnego czasu, jakim są święta Bożego Narodzenia, chciałabym złożyć wam moje własne, trochę chaotyczne życzenia. Przede wszystkim, uśmiechu, bo to on najczęściej ratuje nam nasze cztery litery. Determinacji w dążeniu do spełniania swoich marzeń i celów, bo tylko wy możecie sprawić, że się one spełnią. Życzę wam także dużo czasu, który możecie poświęcić na swoje pasje, zainteresowania, hobby, bo przecież bez tego to wszystko nie ma sensu. Wszystkim, którzy piszą, weny, weny, mnóstwo weny! Gdyby nie ona, to połowa moich rozdziałów brzmiałaby jakby pisała je pięciolatka. Jeszcze miłości, kochani! Bo to takie cudowne uczucie, które daje tyle samo radości co cierpienia, ale sądzę, że zdecydowanie warto. A tym, którzy czytają to opowiadanie, życzę wytrwałości w oczekiwaniu na moje kapryśne aktualizację, bo to już prawie półmetek historii Rose i Willa. A kolejne opowiadanie już w planach, a scenariusz się tworzy w mojej główce.
Rozpisałam się bardziej niżby wypadało i w sumie skończyło się na tym, że życzę wam wszystkiego, czego sama bym chciała. A i tak nie napisałam w tych życzeniach wszystkiego, co chciałam, bo mamusia goni do lepienia uszek ;)
Myślę, że kolejna aktualizacja pojawi się w Sylwestra, a wtedy zrobię małe podsumowanie tego roku.

A teraz nie przedłużam i zapraszam do czytania :) 


***



Rose bez namysłu podbiegła i rzuciła się przyjaciółce na szyję. Jak zwykle, pachniała swoimi ulubionymi perfumami o zapachu polnych kwiatów.
- Co ty tu robisz? – zapytała, chowając twarz w burzy jej włosów. – I czemu płaczesz?
- Twój tata to zorganizował – oznajmiła. – Nie mógł wybrać lepszego momentu.
A więc to była jego niespodzianka. Rose uśmiechnęła się do siebie. Naprawdę mu się udało. Najwyraźniej musiała naprawdę źle wyglądać, jeśli sprowadził tu Jennifer.
Jenn chwyciła ją za ramiona i odsunęła. Jej twarz wyglądała w porządku, ostatnie oznaki łkania zniknęły. Teraz obserwowała ją badawczo, marszcząc nos, na którym wykwitło więcej piegów, niż Rose widziała, kiedy spotkały się ostatni raz.
- Schudłaś – stwierdziła, krzywiąc się nieznacznie. – Czyżbyś uległa presji, że najbardziej pociągające są dziewczyny wieszaki?
- Dobrze wiesz, że nie. – Wywróciła oczami. – Ale nie mówimy teraz o mnie. Czemu płakałaś?
- Nie chciałam cię witać cała zasmarkana i zapłakana. – Uśmiechnęła się przepraszająco. – Po prostu… Wiesz jak to jest z moimi rodzicami… - Odwróciła wzrok, obejmując się ramionami. – Rozwodzą się.
Rose zaniemówiła. Oczywiście była świadoma, że rodzicom Jenn nie powodziło się zbyt dobrze, przez co dziewczyna nie raz wypłakiwała się w jej poduszkę. Kłócili się o najbardziej błahe powody, aż doszło do tego, że przyjaciółka zaczęła się o to obwiniać. Dlatego ciężko było Rose zostawić ją, kiedy wyjeżdżała. Miała przeczucia, że jedynie pogorszy jej stan.
Nigdy by się do tego nie przyznała, ale poczuła małe ukłucie ulgi, kiedy Jennifer wspomniała o rozwodzie. Jeśli wszystko skończy się polubownie, każdy pójdzie swoją drogą i w końcu ich córka nie będzie musiała słuchać krzyków i płaczu. Z drugiej strony, co zrobi Jenn? Pójdzie z matką czy ojcem? Rose nie miała pojęcia i wiedziała, że dziewczyna nie będzie w stanie podjąć decyzji.
- Powiedziałabyś coś, a nie stoisz jak kołek. – Jennifer wywróciła oczami, podeszła do łóżka i rzuciła się na nie z głośnym westchnieniem. – Zdążyłam już się przyzwyczaić. Właściwie, mam wrażenie, jakbym od dawna wiedziała, że to się stanie. Że to tylko kwestia czasu.
- Przykro mi, kochanie.
Położyła się obok niej, leżały twarzami do siebie, stykając się czołami.
- Wiem, jak przeżywałaś ich kłótnie – zaczęła Rose,  chociaż nie wiedziała, co chce powiedzieć. – Ale może teraz przestaną się tak męczyć? – Jenn spojrzała na nią z zaskoczeniem. – Nie wiem jak mam to ująć, ale chodzi o to, że gdyby mieli żyć w taki sposób do samego końca, nie sądzisz, że to by ich po prostu wyczerpało? Może potrzebują wolności, odetchnąć trochę, nie torturować się tym wszystkim?
- Nie wiem, Rosie. – Jennifer potarła twarz ręką. – Nie mam pojęcia, to wszystko na pozór wydaje się proste i logiczne, ale w rzeczywistości jest zupełnie na odwrót.
Zapanowała cisza, obie patrzyły sobie w oczy. Rose widziała w błękitnych oczach zmęczenie i smutek, ale błyszczały w nich również iskierki radości.
Nagle blondynka roześmiała się. Śmiała się w głos, pokazując swoje proste, białe zęby i mrużąc oczy, które zaszły łzami.
- Tęskniłam za tobą! – zachichotała.
I Rose poczuła się, jakby znowu leżały u niej w pokoju na poddaszu, na podwójnym łóżku, nakrytym kwiecistą narzutą, którą uszyła jej babcia. Wtedy obie zaśmiewały się, trzymając w górze album ze zdjęciami, który oglądały przynajmniej raz na miesiąc, zawsze znajdując nowe powody do napadów histerycznego śmiechu.
- Ja też – parsknęła śmiechem i objęła przyjaciółkę.
Obie śmiały się jeszcze długi czas, mocząc sobie nawzajem włosy łzami radości.


Nazajutrz rano Rose i Jennifer zwlekły się na dół po przegadanej i nieprzespanej nocy.
- Jak za starych dobrych czasów – uśmiechnął się tata, nalewając im kawy do kubków i stawiając na stole dwa talerze z naleśnikami, polanymi syropem klonowym.
- Tato, jesteś kochany. – Rose upiła łyk kawy, sparzyła się i popiła wodą. – A niespodzianka ci się bardzo udała.
- To też jest normalka. – Mężczyzna skrzywił się na widok jej czerwonego języka.
- Mam nadzieję, że nie obudziliśmy pana taty – uśmiechnęła się Jennifer, biorąc kęs naleśnika do ust.
- Przecież doskonale wiesz, że mam mocny sen, Jenn – powiedział z przekąsem, unosząc brwi. – Same to sprawdziłyście.
- Ach, tak. – Dziewczyna parsknęła śmiechem, zakrywając usta dłonią.
- No dobra, dziewczyny. – Tata klasnął w dłonie. – Jakie macie plany na dziś?
- Pokażę Jennifer miasto, a przynajmniej te miejsca, które znam – poinformowała Rose, wiedząc, że przyjaciółka ucieszy się z możliwości zakupów. – A potem się zobaczy. Na pewno coś wymyślimy.
- Ja muszę wyjść za jakąś godzinę, więc w razie czego masz wolny dom, Rose. – Ojciec posłał jej uśmiech. – Możesz zaprosić znajomych ze szkoły.
- Dzięki. – Poklepała tatę po bujnych włosach. – Ubierz się ciepło, staruszku – poleciła, chichocząc.

Spędziły razem kilka godzin, przemierzając Nowy Jork. Rose udało się odciągnąć Jenn od sprawy rozwodu, dziewczyna przyklejała nos do co drugiej witryny sklepu. Też była tak przytłoczona, gdy pierwsza raz wbiła się w to tętniące życiem miasto. Pamiętała to zaskoczenie pomieszane z zachwytem. Lubiła swoją cichą wioskę, ale tutaj mogła być anonimowa.
- Zabiorę ci dzisiaj ze sobą do pracy, nie masz nic przeciwko? – rzuciła Rose, kiedy piły ciepłą herbatę z miodem w jednej z restauracji, w której zatrzymały się na obiad.
- Och, moja mała Rosie dorasta – zacmokała Jenn, nachylając się i tarmosząc jej policzek. – Jasne, z chęcią pójdę. Wiesz, że u nas uczniowie mogą dorobić sobie jedynie wakacje, zbierając owoce. I to za marne pieniądze, bo stary Jenkins jeszcze bardziej obniżył płace.
- To w ogóle możliwe? – zdziwiła się Rose. – W takim razie, teraz nawet nie opłaca się do niego iść.
- Ale on jest pewny, że i tak ktoś się zgłosi. Skoro to jedyne miejsce, gdzie masz pewną pacę, to liczba miejscowych, którzy zawsze tam dorabiali nie zmniejszy się drastycznie. Zawsze jeszcze była możliwość, że pani Dean albo pan Smith będą potrzebowali kogoś do sklepu, ale teraz już nie stać ich na opłacanie pomocy.
- Jenkins to stary…
- Cap – zakończyła pięknie Jennifer, zaciskając usta, aby powstrzymać się od śmiechu. –Tak go nazwałyśmy, pamiętasz? Zawsze tak od niego cuchnęło…
Rose nie pamiętała, jak dawno rozmawiała o tak błahych rzeczach dotyczących jej miasta. Obie nigdy nie pracowały u Jenkinsa po tym, gdy wygonił je z powodu nadmiaru pracowników. Poszły wtedy nad pobliską rzekę i spędziły cały dzień na uczeniu się puszczania kaczek w taki sposób, aby kamień wylądował na drugim brzegu.
- Dobra, o której zaczynasz pracę? – zapytała blondynka.
- O osiemnastej, ale dzisiaj zamykamy wcześniej, o dwudziestej – odparła Rose. – Proszę, tylko się ze mnie nie śmiej – wymamrotała. Była pewna, że Jenn nie da jej żyć, kiedy zobaczy ją w uniformie. – Tak poza tym, myślałam, że mogłybyśmy się dzisiaj spotkać z moimi znajomymi ze szkoły. Poszlibyśmy do klubu, może zobaczyłabyś Daviesa.
- No tak, to ten dziwny chłopak, o którym mówiłaś. – Dziewczyna uniosła filiżankę do ust i upiła łyk malinowej herbaty. – Dalej masz z nim takie przeboje?
- Pamiętasz, jak dzisiaj opowiadałam ci o naszym balu halloweenowym? – Gdy Jenn przytaknęła, Rose kontynuowała. – Pocałował mnie.
- Co zrobił?! – wykrzyknęła jej przyjaciółka, czym zwróciła na siebie uwagę reszty klientów. Uśmiechnęła się przepraszająco, po czym pochyliła w stronę Rose. – Jak to pocałował? Nie mówiłaś, że jesteście już na takim etapie.
- Bo nie jesteśmy – jęknęła sfrustrowana. – Mnie poniosło, a wiesz, że zazwyczaj nie piję. On też był nietrzeźwy. Po prostu akurat byłam w pobliżu i wykorzystał to. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że niczego nie pamięta.
- Nie pamięta, że się całowaliście? – mruknęła Jennifer zszokowana. – Jak można coś takiego zapomnieć?
Rose wzruszyła ramionami.
- Nie mam pojęcia. Ale od tamtego czasu nie mogę się go pozbyć z głowy.
- Podoba ci się? – rzuciła Jenn. Ona na pewno nie owija w bawełnę.
- Nie, skąd! – Rose pacnęła przyjaciółkę w ramię. – Skąd ci to przyszło do głowy? Nawet nie wiesz, jakie plotki krążą o nas w szkole. Kto by chciał być z takim idiotą.
- Już, uspokój się – zaśmiała się Jennifer. Przez chwilę Rose piorunowała ją wzrokiem, aż dziewczyna spoważniała niespodziewanie. – Słuchaj, a co ze... – Przygryzła wargę.
- Skrzypcami? – dokończyła Rose i wzruszyła ramionami. – Jest dobrze. Ni mniej ni więcej. Po prostu dobrze.
Nie chciała nikomu o tym mówić, o całej tej sprawie z Daviesem. To był jej problem, którego rozwiązania nawet nie potrafiła dostrzec. Ale miała czas, nigdzie jej się nie spieszyło.
- Cieszę się, Rosie. – Ujęła jej rękę i ścisnęła lekko.
- To co, zbieramy się? – Dopiła herbatę i spojrzała na zegarek. – Akurat zdążymy wrócić do domu, trochę się ogarnąć i jechać do kawiarni.



Rozstały się przed kawiarnią. Rose wskazała Jennifer wejście, a sama ruszyła w kierunku bocznej uliczki. Miała nadzieję, że dzisiaj nie pojawi się tutaj William. Wywołałoby to zbyt wiele nieporozumień. Liczyła, że skoro jest weekend, to będzie miał występ w klubie. Poza tym, przyprowadziła tutaj Jenn tylko dlatego, że nikomu nie mogłaby wypaplać, gdzie pracuje Rose, a w dodatku już w niedzielę wieczorem wracała do domu. Chciałaby, żeby przyjaciółka została tu z nią na zawsze, ale była świadoma, że dziewczyna ma tam swoje życie, znajomych, może ktoś jej się podoba (musi ją o to zapytać). W dodatku, nie byłaby w stanie zostawić teraz rodziców samych sobie, źle by się to skończyło. Doskonale to rozumiała i pewnie sama nie miałaby serca opuszczać rodzinnych stron, gdyby nie to, co się wtedy wydarzyło.
Rose westchnęła, zawiązując białą kokardę na plecach. Dzisiaj pracuje jedynie dwie godziny, a potem razem z Jenn udadzą się razem do klubu. Cała jej paczka z przyjemnością zgodziła się na wspólne spotkanie, a Pixie była niesamowicie podekscytowana perspektywą poznania Jennifer.
- Cześć, Rose. – Melanie przywitała ją, przechodząc obok z tacą w dłoni. – Dzisiaj jest spokojnie, chociaż to sobotni wieczór.
- A gdzie Elizabeth?
- Zadzwoniła i poprosiła o wolne. Mówiła coś o ważnym teście w poniedziałek, a szefowa stwierdziła, że damy sobie radę.
- My nie damy rady?! – wykrzyknęła Rose, wyrzucając rękę w górę.
Melanie parsknęła śmiechem i klepnęła ją w plecy.
- Bierz notes i zbieraj zamówienia, dzisiaj ja dostarczam – poleciła i zniknęła za drzwiami kuchni, gdzie podśpiewywał Garrett.
Schowała notes i długopis do kieszeni fartuszka, po czym pchnęła obrotowe drzwi. Wyszła na salę i wzrokiem odszukała Jennifer, która siedziała przy stoliku koło okna, skąd był dobry widok na całą ulicę, która teraz, w ciemności, tonęła w sztucznych światłach przejeżdżających samochodów i latarni.
Dziewczyna odwróciła się na dźwięk kroków, a jej oczy otworzyły się szeroko na widok Rose. Uchyliła lekko usta i zakrztusiła się, próbując ukryć śmiech. Chwyciła Menu ze stolika i zakryła się nim, co nie powstrzymało jej ramion o gwałtownych wstrząśnień.
- Mówiłam, żebyś się nie śmiała – syknęła, uśmiechając się do mężczyzny w średnim wieku, który pomachał do niej.
- Czy pan tata o tym wie? – Dobiegło ją pytanie zza karty. – Jestem ciekawa jakby zareagował. Nie mówię, że to coś złego, ale… - Ponownie wstrząsnął nią śmiech.
- Chcesz coś do picia, jedzenia? – zapytała, wyjmując notes z kieszeni. – I nie, tata nie wie, ale to nie tak, że się z tym kryję. Widzę, ile pracuje i nie chce mu zawracać tym głowy.
- Daj mi jakąś dobrą kawę i ciacho, jeśli możesz. – Blondynka odłożyła Menu, jej policzki były zaróżowione od śmiechu. – Pogadamy jak skończysz. Poobserwuję sobie te ładne pokojóweczki. U nas nie ma takich atrakcji – uśmiechnęła się złośliwie.
Rose wywróciła oczami i wróciła do zbierania zamówień, które przekazała Melanie na zapleczu. Na szczęście ani Ash ani Davies nie pojawili się tego wieczoru. Chociaż ten pierwszy pewnie w jakiś magiczny sposób dowiedział się, że szefowa ostatnio rzadko wpadała do kawiarni.

Dotarły pod klub po dwudziestej. Wejście oświecał neon, a cały budynek sprawiał wrażenie innego świata. Rose dawno tu nie była, a przecież to pierwsze miejsce w mieście, które zrobiło na niej takie wrażenie. Jennifer spoglądała na neon z fascynacją, zapominając o ich rozmowie sprzed chwili, w której Rose opowiadała jak dostała pracę w kawiarni. Przyjaciółka uważała to za dziwny sposób na biznes i nie mieściło jej się w głowie, jak można być kelnerką w stroju pokojówki. Ponadto, niesamowicie bawiło ją dogryzanie, dlaczego Rose nie może chodzić w tym na co dzień, na przykład do szkoły.
- I to tutaj występuje ten William, tak? – upewniła się blondynka, obserwując grupki ludzi, którzy stali przed klubem.
- Tak. Skoro jest weekend, to powinien tu już być.
- Rooose! – Znajomy głos dobiegł ją z tyłu.
Odwróciła się w porę, aby złapać Pixie, która potknęła się, biegnąc w jej kierunku. Kątem oka dostrzegła nagły ruch Daniela, który szybko go zamaskował. Uniosła brwi, ale nic nie powiedziała.
- Hej, Pixie. – Przywitała się z brunetką. – Cześć wszystkim. – Uśmiechnęła się do reszty, którzy zbliżyli się i stanęli obok nich.
- No, no, Rosie – zacmokała Jennifer z aprobatą. – Kto by pomyślał, że akurat ty znajdziesz sobie taką pokaźną grupkę.
- Sugerujesz coś? – Zmrużyła oczami, po czym zwróciła się do wszystkich. – No więc, to moja przyjaciółka, Jennifer.
Blondynka uśmiechnęła się szeroko, a Rose doskonale wiedziała, że cieszy się z jej nowo poznanych przyjaciół. Zanim wyjechała, Jenn martwiła się, że po tym wszystkim Rose nie będzie w stanie nawiązać bliższego kontaktu z kimkolwiek.
- A to jest Pixie. – Wskazała na brunetkę, która pomachała radośnie ręką. – Natalie. – Rudowłosa uśmiechnęła się nieśmiało, nerwowo szarpiąc zamek swojej kurtki. – Daniel. – Przewodniczący uniósł dłoń w przyjacielskim geście. – Michael, brat Pixie. – Chłopak zaczynał strofować nieuważną siostrę, kiedy Rose wymówiła jego imię, więc tylko posłał szybki uśmieszek. – Oraz Simon. – Blondyn zlustrował Jennifer wzrokiem i skinął aprobująco głową.
- Postaram się zapamiętać – oznajmiła przyjaciółka z uśmiechem. – Miło was poznać. I proszę… - Skłoniła się lekko, pochylając głowę. – Zaopiekujcie się Rosie.
Wszyscy spojrzeli zaskoczeni na Jennifer, która wyprostowała się z powagą.
- Nie wygłupiaj się, Jenn. – Rose dała jej kuksańca w bok, posyłając mordercze spojrzenie.
- Najwyraźniej twoja przyjaciółka ma tak samo kiepskie poczucie humoru jak ty – stwierdziła Pixie, czym rozładowała napiętą atmosferę, bo wszyscy zaczęli się śmiać.
- To jak, idziemy do środka? – rzucił Simon, chuchając na dłonie. – Nie chcę tu zamarznąć.
Każdy ochoczo się zgodził, więc razem ruszyli w stronę wejścia, które teraz otwierało się co chwilę, wpuszczając nowych klubowiczów.
Wewnątrz panował zaduch, a wszystko spowite było sztucznym dymem, tak jak Rose pamiętała.
Chłopcy rozglądali się za wolnym miejscem, ale wszystko wydawało się zajęte.
- Tam jest! – zawołał Simon, wskazując na grupkę dziewcząt, które wstawały od stolika. Ironia losu, że stał on praktycznie przy samej scenie.
- Zajmę! – pisnęła Pixie i wystrzeliła do przodu niczym torpeda.
- Piexie! – krzyknął za nią Michael. – Co za nieostrożna smarkula – wymamrotał, chociaż Rose musiała się zgodzić ze swoim alter-ego, które wyraźnie mówiło, że niewielki rozmiar brunetki działał na jej korzyść.
Reszta dotarła do stolika chwilę później, a Pixie już siedziała na krześle, zadowolona z siebie.
- Jesteś głupia – skwitował Michael, a brunetka pokazała mu język.
- Oho – mruknął Simon. – Patrzcie kto idzie.
Wszyscy spojrzeli na scenę. Najwyraźniej Free miało wcześniej przerwę, bo teraz członkowie wychodzili na scenę.
Cholera.
Siedzieli zdecydowanie za blisko i widziała, że Natalie również się to nie podoba.
- Więc który to ten Davies? – szepnęła jej na ucho Jennifer, wodząc wzrokiem za zespołem.
- Ten przy mikrofonie – odpowiedziała Rose niechętnie.
Blondynka odnalazła chłopaka i mruknęła coś pod nosem.
- Rzeczywiście przystojniak – stwierdziła, czym zarobiła krzywe spojrzenie. – No co?! To fakt – zaprotestowała.
- Wolałabym, żebyś mi tego nie uświadamiała bardziej niż to konieczne – jęknęła.
- Podoba ci się. – Jennifer szturchnęła ją, uśmiechając się sugestywnie. – Przyznaj to.
- Wizualnie jasne, nie da mu się niczego odmówić. Wszystkie dziewczyny w szkole - a pewnie i w mieście - do niego wzdychają. Ale tak naprawdę to niezły z niego kawał drania.
- Może to ty podobasz się mu? – zastanowiła się na głos Jenn, pukając palcem w dolną wargę.
- Zwariowałaś? – Rose roześmiała się szczerze. – Jak ja, taka szara myszka, mogłabym mu się podobać? Nawet bym nie chciała!
- O czym tak szeptacie? – zainteresowała się Natalie. – Pewnie Jennifer rozpływa się nad tą bandą kretynów. – Wyszczerzyła się.
- U nas nie ma takich przypadków – oznajmiła blondynka. – Więc korzystam póki mogę. – Zerknęła na scenę. – Chyba zaczynają.
Rose automatycznie spojrzała. Rzeczywiście rozbrzmiały już pierwsze dźwięki, a William jak zwykle siedział na wysokim krzesełku, z ustami przy mikrofonie.
- Wyglądają jak profesjonaliści – stwierdziła Jennifer.
- Bo w sumie już nimi są. – Natalie wzruszyła ramionami, rysując kciukiem kółka po stoliku. – Słyszałam, że podobno dostali jakieś propozycje od wytwórni, ale czekają do końca szkoły. Kto wie, gdzie będą za rok, półtora.
Rose zupełnie nie dziwiło zainteresowanie zespołem. Mimo wszystko, musiała przyznać, że ich muzyka naprawdę wpadała w ucho. Piosenki śpiewane przez Daviesa były nielicznymi chwilami, kiedy Rose czuła, że w tym momencie mogłaby chwycić skrzypce i zacząć grać jak szalona. Nie potrafiła sobie wyobrazić, co zrobi, kiedy to się skończy. William wraz z zespołem podpisze kontrakt zaraz po skończeniu szkoły, dzięki czemu staną się sławni w całym kraju. Taka była jego przyszłość, a Rose odbierała to jako coś oczywistego. Nie wiedzieć czemu, jej żołądek ścisnął się boleśnie.
Wypuściła powietrze ze świstem.
- Idę po coś do picia. – Podniosła się z krzesła. – Chcecie?
Zebrała zamówienia od reszty i odeszła w stronę baru, odprowadzana zatroskanym wzrokiem Jennifer.
Przy ladzie zamówiła napoje, ale okazało się, że trzeba długo czekać, więc rozsiadła się na wysokim krzesełku, opierając łokcie na fioletowym blacie. Podparła brodę rękami i wpatrzyła się w scenę. Piosenka dobiegła końca, a William zapowiadał kolejną przerwę z powalającym uśmiechem na ustach. Kilkanaście sekund wystarczyło, aby przy schodkach prowadzących na scenę zebrała się mała grupka dziewcząt, które od razu otoczyły muzyków.
Westchnęła i odwróciła wzrok, wbijając go w plamę kolorowego napoju zaledwie kilkanaście centymetrów od jej ręki.
- Co tak wzdychasz? – Obok niej pojawiła się Jennifer.
- Jakoś straciłam humor – powiedziała Rose zgodnie z prawdą.
- No widzę – zatroskała się przyjaciółka. – Co jest?
Wzruszyła ramionami.
- Nie wiem. Mam wrażenie, jakby…
- Tu jesteś, Parker. Tak myślałem, że jedynie ty potrafisz zrobić taki grymas, wstając od stolika.
Spojrzała zaskoczona na Daviesa. Jeszcze jego tu brakowało.
- Co chcesz? – Zerknęła na Jenn, która unosiła brwi w niemym pytaniu.
Rose też nie miała pojęcia, dlaczego William do niej podszedł. Szczególnie jeśli za nim stało kilka dziewczyn, które uważnie obserwowały całą sytuację.
- Mam sprawę – oznajmił. – Ale chyba wam przeszkadzam. – Uśmiechnął się do blondynki, która odpowiedziała grzecznym uniesieniem kącików ust.
- To Jennifer, moja przyjaciółka – poinformowała chłopaka, chcąc dobitnie dać mu znać, że z Jennifer nawet nie ma prawa się zabawiać.
- Miło mi poznać.
- Mnie również – odpowiedziała Jenn ostrożnie, najwyraźniej nie wiedziała, jak ma się zachować.
- Może powiedz w końcu o co chodzi? – Zniecierpliwiła się Rose. William odwrócił się i poprosił swoje psychofanki o odejście, obiecując, że później z każdą zrobi sobie zdjęcie. Dziewczyny niechętnie zostawiły ich samych.
- Reszta zespołu to zaproponowała, a ja się zgodziłem – zaczął, nonszalancko wkładając ręce do kieszeni czarnych spodni. – Zaakompaniuj nam za tydzień na skrzypcach. – Zakończył, patrząc na nią odważnie, bez mrugnięcia okiem.
Jennifer złapała ją za ramię i ścisnęła mocno.
- Powiedziałaś mu o skrzypcach? – zapytała ostro. – Rose…
- Mówiłam, że już z tym skończyłam – powiedziała beznamiętnie, ignorując przyjaciółkę. – Nie gram i nie mam zamiaru tego zmieniać.
To bolało. Jak cholera. Tak bardzo chciała grać, ale wiedziała, że nie będzie w stanie. Że jej ręce odmówią posłuszeństwa, kiedy będą przeciągać smyczkiem po strunach. Że jej głowa podsunie milion wspomnień i myśli, od których brakuje tchu. Że jej serce ściśnie się boleśnie na parę sekund, a potem zacznie bić jak szalone, pragnąć wyrwać się z piersi.
A potem będzie ciemność.
- Rose, wszystko w porządku? – Jennifer potrząsała jej ramionami, ze strachem w oczach. – Oddychaj! Pamiętasz, co ci mówił doktor Louis? Oddychaj!
Zaczerpnęła powietrza, mroczki przed oczami zniknęły. Dostrzegła ulgę na twarzy przyjaciółki, która objęła ją mocno, klepiąc delikatnie po plecach.
- Na co czekasz? – syknęła do zaskoczonego Daviesa. – Pomóż mi ją wyprowadzić. – Oczy zaszły jej łzami.
Rose była świadoma wszystkiego, co się działo, ale jej ciało odmawiało posłuszeństwa. W uszach szumiała krew, a serce biło jak szalone, nie dając jej zaczerpnąć głębokiego oddechu.
William przez chwilę się zastanawiał, po czym wziął Rose na ręce i szybkim krokiem ruszył w stronę zaplecza, gdzie mogli skorzystać z tylnego wyjścia. Dzięki temu uniknęli rozpoznania przez tłum, który teraz skupił się na scenie, gdzie jakiś kiepski komediant próbował swoich sił.
Gdy na zewnątrz uderzyło w nią zimne powietrze, jakby odżyła. Otworzyła oczy, zamrugała kilka razy i odetchnęła głęboko. Nad sobą zobaczyła znajomą twarz, która wpatrywała się w nią ze zmartwieniem. Dlaczego Davies znowu trzymał ją na rękach?
- Posadź ją tutaj. – Jennifer wskazała pobliską ławkę, ukrytą w cieniu budynku.
William ostrożnie opuścił ją na wilgotne drewno, a Jenn natychmiast przykucnęła naprzeciwko i chwyciła jej dłonie.
- Już dobrze, Rosie. Jestem z tobą. – Głos jej się łamał. – Co ostatnie pamiętasz?
Rose próbowała wysilić umysł, ale były tam tylko czarne plany. Otworzyła usta, ale nie wiedziała, co ma powiedzieć. Zmarszczyła czoło.
- Spokojnie, nie męcz się – przemówiła Jennifer łagodnie. – Nic nie szkodzi. Wszystko sobie z czasem przypomnisz.
- Znowu to samo – wymamrotała z trudem Rose, przymykając oczy. – Daj mi chwilę pomyśleć. Już mi lepiej.
Blondynka wyprostowała się i spojrzała na Daviesa, która w oddali opierał się o ścianę, patrząc w granatowe niebo. Dziewczyna nie miała pojęcia, co powinna mu powiedzieć.
- A przecież przyjechała tutaj, żeby zapomnieć – mruknęła ze złością.

- Coś jest z nią nie tak, prawda? – zapytał chłopak, gdy się do niego zbliżyła.
- Spokojnie, nie jest psychiczna – rzuciła z przekąsem.
- Wiem.
- Nie przypuszczałam, że mogłaby ci się z czegoś zwierzać. – Oczywiście miała na myśli skrzypce.
- Nie zwierzała, ale… - zawahał się. – Płakała.
Jennifer w mistrzowski sposób ukryła swoje zdumienie.
- Kiedyś nie było dnia, żeby nie płakała.
Czuła na sobie wzrok Williama, ale uporczywie wpatrywała się w czubki swoich butów.
- Nie jesteś stąd, prawda?
- Nie, tata Rose ściągnął mnie na weekend, bo niepokoił się o nią. – Dlaczego mu to mówiła? – Jutro wracam. Ale teraz – rzuciła okiem na postać przyjaciółki. – martwię się jeszcze bardziej.
Jennifer westchnęła. Powinny wracać, ale nie miała pojęcia, jak trafić do domu Rose. Nie chciała dzwonić do ojca Rose, bo przyjaciółka by jej tego nie wybaczyła, ale chyba nie miała wyjścia.
- Możesz z nią chwilę posiedzieć? Muszę wrócić po nasze rzeczy. – Poprosiła Daviesa.
- Zawiozę was – oznajmił, odepchnął się rękami od ściany i skierował w stronę Rose. – I tak nie umiałabyś tam trafić.
Patrzyła chwilę na jego oddalając się plecy, po czym wróciła do środka.

- Więc nawet wiesz, gdzie mieszka.
Jennifer siedziała na przednim siedzeniu, wpatrując się w światła latarni, migające za szybą. Co jakiś czas odwracała głowę, spoglądając na drzemiącą na tylnym siedzeniu Rose.
- Kiedyś odwoziłem ją do domu – wyjaśnił Davies, nie spuszczając wzroku z drogi. – Była ulewa, ona nie miała parasola… - Wzruszył ramionami.
- Wiem, że wasza znajomość nie zaczęła się kolorowo – odezwała się blondynka, kręcąc młynka kciukami.
- Tylko i wyłączenie z jej winy i w tym wypadku zdania nie zmienię – oznajmił chłopak sucho, zaciskając mocniej ręce na kierownicy. – Pewnie nie powiesz mi, co jej jest?
- Nie mogę. To jej problem i to ona zdecyduje, komu powiedzieć. – Przysłoniła oczy dłonią. – Ale męczy się z tym. Ja jestem daleko, a Rose gra przed ojcem i przyjaciółmi. Nawet nie zdaje sobie sprawy, że ten incydent może być początkiem czegoś o wiele gorszego. Nie chciałbyś wiedzieć jak wyglądała zaledwie kilka lat temu. – Na samo wspomnienie Jennifer wzdrygnęła się. – Nie wiem, czemu ci to wszystko mówię, ale jeśli wygadasz się Rosie, to jesteś martwy.
- Już wiem dlaczego się przyjaźnicie – mruknął William. – Obie grozicie mi śmiercią.

6 komentarzy:

  1. Boże, uwielbiam.... czemu nie dodajesz częściej?!?! ;( ale i tak cię kocham za twoją twórczość <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie mogę <3 taki niesamowity ten rozdział...
    Zgodnie z moimi przypuszczeniami Jenn nie wiele zmieniła, przynajmniej nie w tym rozdziale. Mam ogromną nadzieje, że jednak teraz przez tą sytuację w klubie Wiliam się zmieni. Ale to tylko marzenia.
    Tak mi szkoda Rose. Nie wiem co sie stało, a teraz z każdym rozdziałem bardziej chcę się dowiedzieć. Może teraz on będzie wsparciem Rose. Tak na to liczę. Dlaczego ten chłopak jest aż tak tajemniczy? Uwielbiam go takiego jaki jest, ale widze, ze coś go gryzie. Mam wrażenie jakby to było związane z tą dziewczyną, która pod koniec tego rozdziału spała w jego samochodzie.
    A teraz rrównież chciałam Ci złożyć życzenia. Niestety są tak późno, ale wczoraj poprostu nie miałam czasu.
    Mam nadzieje, że całe te święta spędzisz w ciepłej, rodzinnej atmosferze. Chcialabym Ci życzyć zdrowia, szczęścia, weny i przyjemności z pisania takich wspaniałych opowiadań jak to. Życzę Ci abyś zawsze czerpała radość z życia. Trzymam kciuki aby wszystkie Twoje marzenia się spełniły. Troszkę spóźnione, ale
    Wesołych Świąt :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Mam nadzieję że dotrzymasz obietnicy i skończysz opowiadanie:-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Cóż, ja też życzę Ci wesołych świąt (chociaż w sumie święta pomału się już kończą, ale to nic)
    Achh, Jennifer... Wydaje się naprawdę świetną przyjaciółką. Normalnie tylko pozazdrościć Rose :)
    No i największa tajemnica: co się stało Rose?! Dlaczego ona tak się zachowuje, o co chodzi z tymi skrzypcami...? Dlaczego musisz to przede mną ukrywać? :( Ja chcę poznać prawdę! ;p
    Hi hi, uwielbiam Willa, jest dupkiem, ale boskim dupkiem ;p I on chyba jednak podoba się Rose... Dlaczego ona sama nie chce tego przyznać przed sobą? Tylko teraz pytanie: co czuje do niej Davies? Mam nadzieję, że nie zrani Rosie, ale wydaje mi się, że jest do tego zdolny...
    Echhh... Pozostaje mi tylko czekać do Sylwestra :)
    Kocham xoxo

    OdpowiedzUsuń
  5. Gdzie Rozdział ? ;(

    OdpowiedzUsuń
  6. cudownie doczekałam się gratuluję:-)

    OdpowiedzUsuń