logo

1/02/2015

Rozdział XXI "Sny na jawie"

Z małym poślizgiem, ale jest! Wiecie, jak to bywa z Sylwestrem - przeleci i hop, już mamy 2015! Mam nadzieję, że wasze pożegnanie roku było tak udane jak moje (chociaż z powodu leków nie mogłam tak zaszaleć :c). Życzę wam wielu radości i sukcesów w nowym roku, aby był równie albo bardziej udany niż 2014! A sobie życzę więcej czasu na pisanie i uczenie się do matury.
Podsumowując krótko, w tym roku na blogu pojawiło się 15 rozdziałów, a to bardzo dużo jak na mój chaotyczny sposób pisania i publikowania wszystkiego. Z komentarzami trochę gorzej, ale od ostatnich czterech rozdziałów jest ich więcej i widzę, że mam nawet regularnych czytelników! Nawet nie wiecie, jak każdy komentarz cieszy i motywuje do pisania.

Dlatego ten rozdział dedykuję Meredith, która skomentowała każdy rozdział mojej twórczości, za co po prostu ją uwielbiam. Dziękuję!

Miłego czytania!




***





Rose obudziła się nagle. Otworzyła oczy, zamglony wzrok automatycznie padł na sufit. Przez chwilę w jej głowie panowała pustka, a potem zaczęła sobie przypominać.
Klub.
Davies.
Otwierała oczy szerzej z każdym kolejny obrazem, przepływającym przez jej głowę.
Twarz Williama nad nią.
Łamiący się głos Jennifer.
Ciemność i ciche głosy w oddali.
Trzask drzwiami.
Cytrynowy zapach.
Ręce obejmujące ją mocno.
Kołysanie.
Coś miękkiego pod jej głową.
I głosy, oddalające się z każdą kolejną sekundą.
Zakryła oczy dłonią, pozwalając łzom płynąć swobodnie.
Nie przydarzyło jej się to od tak dawna. Była przekonana, że wszystko w porządku, że wyzdrowiała. Przyjazd tutaj miał jej pomóc odciąć się od przeszłości.
Więc dlaczego ciągle ją wspominasz?
Alter-ego stało sztywno, ręce zaplotło na piersi i stukało nogą o ziemię z wyrzutem na twarzy.
Nie wiedziała. Przeprowadziła się do Nowego Jorku z przekonaniem, że zapomni o skrzypcach. Nigdy już nie zagra, więc chciała wyplenić je z pamięci.
Ale wtedy pojawił się Davies. Wrzucił ją w wir przeszłości, gdzie szamotała się bezbronna. Nie zdawał sobie sprawy, co robił, a ona nie miała najmniejszej ochoty go uświadamiać.
To jest to.
Chciała tego. Chciała żyć przeszłością. To dlatego go nie powstrzymała. Kiedy śpiewał, instynktownie szukała Daviesa wzrokiem. Tylko wtedy mogła chcieć grać bez żadnych konsekwencji. Wykorzystywała go bez namysłu, sama pogarszając swój stan.
- Więc po tym wszystkim to moja wina, co? – wymamrotała.
Nie musiała długo nad tym rozmyślać. Nawet jeśli teraz zdała sobie sprawę ze swojej sytuacji, nie miała zamiaru przestawać. Dlaczego miałaby zrezygnować z czegoś, co było dla niej tak ważne?

Usłyszała pukanie do drzwi. Odrzuciła kołdrę i usiadła na łóżku.
- Nie śpisz już? – Drzwi uchyliły się, a w niewielkiej szparze zobaczyła twarz Jennifer.
- Dopiero wstałam – odparła Rose nie ruszając się z miejsca.
- Jak się czujesz?
Blondynka weszła do pokoju i obrzuciła przyjaciółkę zatroskanym spojrzeniem.
- Sen dobrze mi zrobił – oświadczyła, poklepując miejsce obok siebie.
Jennifer usiadła i przyciągnęła kolana pod brodę.
- Rose… - zaczęła.
- Jenn, to nie tak, że to się zdarza cały czas – przerwała jej Rose, unosząc rękę. – Właściwie nie stało się od tamtego czasu, który pamiętasz. Sama nie wiem, dlaczego akurat wczoraj.
- Martwię się. Mam wrażenie, że wracasz do punktu wyjścia, Rosie – powiedziała Jennifer, patrząc przed siebie. – Pomyśl, co by zrobił twój tata. Doskonale wiesz, że by się załamał. On też się zamartwia, dlatego mnie tu ściągnął.
- Mówiłaś mu o wczoraj?
- Myślisz, że byłby teraz na zakupach gdybym mu powiedziała? – Przyjaciółka zerknęła na nią z politowaniem. – Już jechalibyście do doktora Louisa.
- Dziękuję – mruknęła Rose.
- Już spał, kiedy wczoraj wróciliśmy. Pewnie nie pamiętasz, ale Davies nas przywiózł – oznajmiła ostrożnie blondynka, obserwując jej reakcje.
- Znowu będzie się przechwalał, że uratował dziewczynę – skrzywiła się na zbliżające się dni w szkole, gdzie plotki krążą z prędkością światła. I w dodatku znowu niósł ją na rękach.
- Nie sądzę, żeby się wygadał – Jennifer spojrzała na nią z zaciekawieniem. – Trochę z nim wczoraj rozmawiałam i…
- Mam nadzieję, że nic mu nie powiedziałaś! – wtrąciła gwałtownice Rose.
- Za kogo mnie masz? – prychnęła Jenn. – Więc rozmawialiśmy i, no wiesz… - Odwróciła wzrok. – On nie wydaje się taki zły. Jasne, widać, że jest pewny siebie i zdaje sobie sprawę ze swojej popularności.
- Pewnie chciał wykorzystać sytuację i cię poderwać – zdenerwowała się Rose.
- Nie uważasz, że trochę podkoloryzowałaś sobie go w głowie?
- Po czyjej jesteś stronie?
Jennifer przygryzła wargę.
- Powiedziałaś mu o skrzypcach, Rose – powiedziała. – Nie ja, ty.
- Wymsknęło mi się! – zaprotestowała dziewczyna.
- Jakoś twojej paczce ze szkoły się nie wymsknęło. – Blondynka uniosła brwi sugestywnie. – Poza tym, gdyby Davies był taki, jakim go opisywałaś przez telefon, to wczoraj by nam nie pomógł.
Rose wywróciła oczami.
- Już raz była taka sytuacja i sam przyznał, że zrobił to dla popularności.
- Ale wczoraj nikt nie patrzył. Wręcz przeciwnie, zrobił tak, żeby nikt nie widział.
Rose zacisnęła pięści. Jennifer niczego nie ułatwiała.
- Musimy o nim rozmawiać? – mruknęła niechętnie. – Zaraz się pokłócimy, a dzisiaj wyjeżdżasz.
- Po prostu się martwię. – Blondynka objęła ją mocno, po czym równie szybko się odsunęła. – Fuj. Śmierdzisz. Idź się umyć.



Z radością odsunęła od siebie kłopotliwe myśli, aby spędzić resztę dnia z Jennifer. Zjedli obiad razem z tatą, który opowiadał historie z dzieciństwa Rose. Nie żeby Jenn słyszała je jakieś sto razy podczas każdego posiłku w ich domu, co jednak nie powstrzymało jej od dokuczania Rose i zaśmiewania się do łez.
Żałowała, że przyjaciółka nie mogła z nią zostać. Była dużym wsparciem, a obie znały się jak łyse konie. Poza tym, Jennifer potrzebowała teraz kogoś, kto jej pomoże, gdy sprawa rozwodu nabierze tempa. Rose, mimo swoich problemów, martwiła się o dziewczynę, która najprawdopodobniej robiła dobrą minę do złej gry.
Spojrzała na blondynkę, ocierającą łzy z policzków. Najwyraźniej kolejna interesująca opowieść doprowadziła ją do płaczu. Gęste i lśniące włosy – Rose zawsze jej ich zazdrościła - miała splecione w grubego warkocza, którego końcówka zamiatała talerz Jenn, kiedy ta trzęsła się ze śmiechu. Policzki obsypane piegami poróżowiały, gdy próbowała powstrzymać rechot. Była naprawdę piękną dziewczyną, dzięki której dzieciństwo Rose nabrało kolorów, ponieważ to Jennifer chętniej rozmawiała z ludźmi. Znały się już od przedszkola, kiedy na balu przebierańców obie miały na sobie strój Pippi Langstrumpf. Rose doskonale pamiętała, jak spojrzały na siebie z zaskoczeniem, a potem roześmiały się. Od tamtego czasu były nierozłączne.
Ta pulchna, piegowata blondynka z dwoma kucykami wyrosła na śliczną dziewczynę, okrzykniętą najładniejszą w miejscowej szkole. Znacząco urosła, schudła i przez długi czas zapuszczała włosy, aby wyglądać tak jak teraz. Od dziecka marzyła o karierze prawniczej, co nie zmieniło się do dnia dzisiejszego. Rose kibicowała jej i miała nadzieję, że błyskotliwość przyjaciółki nie pójdzie na marne.

- Zobaczymy się za niedługo – uśmiechnęła się Jennifer, przytrzymując włosy, które wiatr rozrzucał na wszystkie strony. – Szybko zleci.
Stały naprzeciwko siebie na peronie dziesiątym, skąd odjeżdżał pociąg Jenn. Tata Rose opierał się o filar kilka metrów dalej, paląc papierosa.
- Szkoda, że nie możesz zostać dłużej – mruknęła, pochylając głowę.
- Rosie, tylko mi tu nie płacz – szepnęła blondynka, a kiedy Rose podniosła głowę, zobaczyła łzy w oczach przyjaciółki. – No i widzisz co zrobiłaś? Gdyby nie to, co wczoraj, to bym się tak nie martwiła…
- Przesadzasz, kochana. – Rose objęła dziewczynę. – Nic mi nie będzie, obiecuję.
- Powiedz komuś.
Rose zamarła w ramionach Jennifer.
- Nie.
- Błagam cię, Rose. Jak tak dalej pójdzie, to się wykończysz. – Głos Jenn łamał się bardziej z każdym kolejnym słowem.
- Załatwię to, naprawdę – uspokajała ją Rose. – Będę dzwonić codziennie, zobaczysz.
Jej serce ścisnęło się, gdy usłyszała głośny dźwięk gwizdka, który oznajmiał koniec jej czasu z Jennifer.
Odsunęła się od przyjaciółki, teraz również Rose miała mokre policzki i zaczerwienione oczy.
- Będę tęsknić – wymamrotała Jenn. – Pamiętaj co ci powiedziałam. – Złapała rączkę walizki. – Dziękuję za wszystko. Do widzenia – zwróciła się do taty, który podszedł bliżej.
- Do zobaczenia, Jennifer. Dziękuję, że mogłaś przyjechać. – Posłał jej szeroki uśmiech. – Pozdrów ode mnie rodziców.
Blondynka skinęła głową, ostatni raz ścisnęła rękę Rose, po czym ruszyła w stronę pociągu.
Obserwowała jak przyjaciółka wchodzi po schodkach do środka, odkłada walizkę na półkę oraz zajmuje swoje miejsce i spogląda na nią przez szybę. Patrzyły na siebie bez słowa, ale wystarczyły im wymiany spojrzeń, aby móc rozmawiać.
Po kilku minutach pociąg zaczął ruszać. Rose machała do Jennifer, która oddalała się od niej coraz bardziej.
- Idziemy? – zapytał tata, wypuszczając dym z ust. A podobno miał rzucić to świństwo. – Przeziębisz się.
Skinęła głową i podążyła za ojcem, nie oglądając się za siebie.

W poniedziałek musiała tłumaczyć przyjaciołom, dlaczego tak nagle zniknęła w sobotę. Jennifer powiedziała im, że Rose źle się czuła, więc podtrzymała tę wersję. Nie spotkała Daviesa, ale to sprawiło jej niemałą ulgę. Nie pamiętała wszystkiego, co się wydarzyło, więc mogłoby to być bardzo niezręcznie spotkanie.
Listopad minął bardzo szybko. Zgodnie z obietnicą codziennie dzwoniła do Jennifer, albo to przyjaciółka zaskakiwała ją telefonami o każdej porze dnia. Spędzała czas ze znajomymi i wyciągała tatę na miasto, żeby nie siedział samotnie przez telewizorem.
Nawet nie próbowała unikać Daviesa. Wręcz przeciwnie, często pojawiała się w klubie, gdzie zajmowała miejsce oddalone od sceny i wsłuchiwała się w muzykę, która było zarówno lekiem i trucizną. Przytłoczona poczuciem winy, stała się mnie odporna na jej wpływ. Coraz częściej miewała koszmary, po których budziła się zlana zimnym potem. Nie potrafiła skupić się na lekcjach, a wspomnienia nawiedzały ją w najmniej odpowiednich chwilach. W końcu zaczęła codziennie wieczorem łykać dwie tabletki uspokajające, żeby móc przespać noc.
- Rose, zaniesiesz zamówienie?
Odwróciła się, słysząc głos Melanie. Jak w każdy sobotni wieczór pracowała w kawiarni, a dzisiaj panował wyjątkowo spory ruch.
- Jasne – uśmiechnęła się.
- Ash znowu przyszedł. Tym razem ze swoim koleżką. – Melanie westchnęła ciężko, po czym spojrzała na Rose zaniepokojona. – Dobrze się czujesz? Niewyraźnie wyglądasz.
- Po prostu się nie wyspałam – uspokoiła dziewczynę, zabierając tace z zamówieniem i kierując się w stronę drzwi.
Ash przestał ją obserwować. Najwyraźniej Davies uświadomił go kim była, a ten natychmiast stracił zainteresowanie. Nie zamierzała z tego powodu narzekać, absolutnie. A William… Jak to William.
Podeszła do stolika, które zazwyczaj zajmował mężczyzna, zupełnie ignorując Daviesa, który jak zwykle utkwił w niej swój wzrok.
- Pańskie zamówienie – powiedziała cicho i zaczęła wykładać talerze z ciastem na blat. – Gdyby… - urwała.
Zakręciło jej się w głowie i musiała podeprzeć się stolika, aby nie upaść. Wolną ręką złapała się za głowę, jakby to mogło powstrzymać zawroty.
- Hej, Parker! – Gdzieś z daleka dobiegł ją głos Daviesa. – Co jest?
Rose złapała się tego głosu i to pozwoliło jej na ucieczkę od wspomnień w ostatnim momencie. Dysząc ciężko, zlana potem, wyprostowała się z trudem. Nikt wokół nie wydawał się świadomy tego, co się przed chwilą wydarzyło. Wszyscy rozmawiali beztrosko lub zajadali się ciastami.
- Chodź.
Spojrzała na Williama, który zaczął podnosić się z krzesła, chwytając kurtkę z oparcia.
- Nie potrzebuję…
Nie dokończyła, ponieważ złapał ją za rękę i słaniającą się na nogach zaczął prowadzić w stronę wyjścia.
- Zaraz wracam – powiedział do Asha, który jedynie rzucił mu zagadkowe spojrzenie.
Davies wypchnął ją za drzwi, prosto w objęcia przeszywającego mrozu. Wciąż lekko kręciło jej się w głowie, więc nawet nie miała siły się kłócić.
- Co ty robisz? – mruknęła, mając ochotę położyć się na środku ziemi i zasnąć.
- Załóż to – powiedział twardo, zarzucając swoją kurtkę na jej głowę. – Przeziębisz się.
Po chwili wahania Rose założyła okrycie, które było na nią stanowczo za duże. Objęła się ramionami i spojrzała na Williama ze złością.
- Skoro tak się martwisz o moje zdrowie, to w pierwszej kolejności nie powinieneś mnie tu wyciągać – przemówiła spokojnym głosem, w którym jedynie pobrzmiewały odcienie wściekłości. – I zadałam ci pytanie.
- Denerwujesz mnie – wypalił Davies, wciskając ręce do kieszeni spodni. Na pewno marznął w cienkim, beżowym swetrze.
- Wzajemnie – odparowała Rose automatycznie, nie bardzo wiedząc w jakim celu.
Chłopak posłał jej spojrzenie, od którego zrobiło się Rose bardzo głupio. Odchrząknęła i odwróciła wzrok.
- Obserwowałem cię cały miesiąc i nie mogę uwierzyć, jak możesz być tak nieodpowiedzialna.
Rose otworzyła usta ze zdumienia. Davies obserwował ją? Dlaczego? W jakim celu? W jej głowie zaroiło się od możliwych i tych mniej możliwych scenariuszy.
- Za chwilę puścisz parę z uszu – stwierdził William z sarkazmem. – Nie przemęczaj się.
Zawroty głowy zastąpił tępy ból, który nie pozwalał Rose się skupić, więc po prostu spojrzała na chłopaka z wyczekiwaniem.
Davies posłał jej pełne kpiny spojrzenie.
- Myślisz, że nikt nie zauważy twoich podkrążonych oczu? – prychnął. – Tego, że wyglądasz, jakby silniejszy podmuch wiatru mógł cię przewrócić? Twoi przyjaciele mogą udawać, że wszystko jest w porządku, ale popełniają ogromny błąd.
- O czym ty mówisz? – odezwała się Rose spanikowana. Rozglądała się gorączkowo, zastanawiając się nad możliwością ucieczki.
- Powiedz mi, jesteś masochistką? Lubisz cierpieć, znęcać się nad sobą? Doprowadzać się na skraj wyczerpania? Jeśli tak, to może byłbym w stanie to zrozumieć. Bo jak na razie, nie potrafię. – Davies uśmiechnął się do niej jakimś mrocznym, drapieżnym uśmiechem.
- A co ty możesz o mnie wiedzieć? – syknęła Rose, cofając się o krok w tył. Wszystkie tłumione emocje zaczynały wypełniać jej głowę. – I czemu to cię tak interesuje? To moje życie i moja sprawa.
- Po prostu nie mogę patrzeć jak ktoś na własne życzenie chce się wykończyć – oznajmił. – Doskonale wiesz, że to przed chwilą w kawiarni to tylko początek czegoś gorszego.
Rose spuściła głowę. Oczywiście, że zdawała sobie z tego sprawę. Nie musiał jej uświadamiać, cierpiała na własne zawołanie.
- Powiedz – zaczęła cicho. – Gdybyś miał do wyboru krótkie, ale bardzo szczęśliwe życie z ukochaną osobą oraz długie, ale puste życie w samotności, gdzie zawsze będziesz czuł, że czegoś ci brakuje, to co byś wybrał?
Uniosła głowę i uśmiechnęła się blado na widok zaskoczenia na twarzy Daviesa.
- Bo ja wybrałabym pierwsze – stwierdziła z zamysłem, uświadamiając sobie co to znaczy. – Wybrałam pierwsze.
Daviem wymamrotał coś pod nosem.
- Co? – fuknęła z irytacją.
- Myślisz zbyt kategorycznie, Parker. – Dziabnął ją palcem w klatkę piersiową. – Nie mogę żyć długo i razem z tą ukochaną osobą?
- Jeśli to ona cię niszczy, to raczej niemożliwe.
- Co masz na myśli?
Rose wzruszyła ramionami.
- Kto wie.
Ostatni raz odetchnęła zimnym powietrzem, które odrobinę pomogło na ból głowy, po czym zdjęła kurtkę i podała ją chłopakowi.
- Muszę wracać – oznajmiła i skinęła głową na pożegnanie.
Gdy zniknęła za drzwiami, William przejechał dłonią po włosach w geście frustracji.
Co jest z nią nie tak?


Przez resztę dnia Rose towarzyszyło wspomnienie rozmowy z Daviesem. Wciąż nie dawała jej spokoju myśl, że chłopak zwracał na nią uwagę przez ostatni miesiąc. Była przekonana, że po tym incydencie w klubie uznał ją za wariatkę i stwierdził, że nie warto utrzymywać z nią kontaktu. Dla niej było to idealny sposób, aby móc bez ryzyka słuchać jego muzyki.
Zajmowała najdalszy stolik w klubie, doskonale ukryty przed wścibskimi oczyma. Ten sobotni wieczór spędzała sama. Nikt z jej znajomych nie mógł wyjść, więc była skazana na siebie.
Westchnęła i oparła łokcie na stole, pochylając się do przodu. Ostatnio spędzała tu stanowczo zbyt wiele czasu. Nawet barman już ją kojarzył, więc nie musiała składać zamówienia, żeby napój pojawił się przed nią.
- Proszę bardzo – mruknęła, uśmiechając się ironicznie. – Pan Idealny.
I rzeczywiście, na scenie pojawił się Davies. Rose zastanawiała się, gdzie się podziała reszta zespołu, podczas gdy William jak zwykle podszedł do mikrofonu i przysiadł na wysokim stołku.
- Raz, dwa – mruknął. – Słychać mnie?
Najwyraźniej musiał otrzymać jakieś potwierdzenie od pierwszych stolików, ponieważ zaśmiał się krótko.
- Tę pierwszą piosenkę chciałbym komuś zadedykować.
Rose wyprostowała się na krześle, przechylając głowę z zaciekawieniem. To pierwszy raz, kiedy była świadkiem czegoś takiego.
- Pewnej osobie, która myśli, że pozjadała wszystkie rozumy. – William potoczył wzrokiem po sali. – Mam nadzieję, że kiedy to usłyszysz, może coś zrozumiesz.
Rose miała wrażenie, jakby wszystkie pary oczu w klubie wbiły w nią wzrok. Skuliła się na krześle, czując żar na policzkach. Oczywiście, że chodziło o nią! A o kogo innego? Cholerny Davies, pożałuje tego.
Chwila.
Jeśli się do niego odezwie, wtedy będzie wiedział, że była w klubie. Davies chciał, żeby była sfrustrowana. Miała ochotę mu nagadać, ale musiałaby się zdradzić, a tego za wszelką cenę musiała uniknąć. Skurczybyk to sobie zaplanował.
Gdy rozbrzmiały pierwsze dźwięki piosenki, Rose podniosła wzrok na scenę. William wciąż był sam na scenie i właśnie pochylał się nad gitarą. Trącał struny instrumentu z delikatnością i wprawą największego mistrza. Mimo wszystko, Rose zawsze była pod wrażeniem tego widoku, gdy Davies wydawał się być zupełnie inną osobą.
William zaczął śpiewać. Sam, bez zespołu. Tylko on i gitara. Rose zamarła. Była to zupełnie inna piosenka, niż te, które słyszała do tej pory. Spokojna, płynna, wspierana jedynie przez cichy dźwięk pojedynczego instrumentu.
Była oczarowana. Bicie jej serca przyspieszyło, a w żołądku zaczęło wzbierać coś gorącego. Spoglądała na znajomą postać w oddali, na smukłe palce, które tyle razy obserwowała podczas ich wspólnych prób. Na zmierzwione kasztanowe włosy, które przysłaniały twarz chłopaka, kiedy pochylał się nad gitarą. Rose znała na pamięć tę pozę i  mogłaby ją opisać obudzona w środku nocy.
Położyła głowę na stoliku i otoczyła ją ramionami. Docierał do niej jedynie cichy, nostalgiczny głos. Pogrążała się w swoich snach na jawie.
Grała na skrzypcach. Śmiała się, przeciągając smyczkiem po strunach i kołysząc się w takt muzyki. Instrument wydawał z siebie mocne dźwięki, które składały się na jedną z jej ulubionych piosenek. Grała i grała, sama nie była pewna, ile czasu minęło, ale czuła się szczęśliwa jak nigdy dotąd, jakby za chwilę miała odlecieć.
Ładny obrazek pod jej powiekami zniknął równocześnie z głosem Williama, który skończył piosenkę. Rose zamrugała i wyprostowała się gwałtownie. Przeciągnęła się i westchnęła, obserwując chłopaka. Uśmiechał się tym znajomym uśmieszkiem, czarując swoje fanki. Zawsze się zastanawiała, jak można było tak szaleć za kimś, kogo się w ogóle nie znało. Te dziewczyny mogły wiedzieć o jego ulubionym kolorze, ale od kiedy takie informacje stały się wyznacznikiem tego, na ile znasz drugą osobę?
Gdy Davies zszedł ze sceny, Rose stwierdziła, że pora wracać. Ciekawe jaka byłaby reakcje Williama, gdyby się dowiedział, dla czego wykorzystuje jego piosenki. Swoją drogą, jaki miał powód, żeby dedykować jej piosenkę?
Czyżby mnie…?
Niedokończone pytanie przeleciało przez jej głowę niczym natrętna mucha. Roześmiała się bezgłośnie, kręcąc głową z niedowierzaniem. Myślała o naprawdę niedorzecznych rzeczach. Nie znała źródła tego niezdrowego zainteresowania Daviesa swoją osobą i szczerze wątpiła, czy kiedykolwiek je pozna. Zdecydowanie preferowała teraźniejszy układ, kiedy mogła po prostu słuchać jego muzyki.


- Czuć, że już grudzień, co? – Tata rzucił jej rozbawione spojrzenie, kiedy wpadła do przyjemnie ciepłego salonu opatulona w zimową kurtkę i gruby, kremowy wełniany szalik. Jej nos i policzki zaróżowiły się od zimna.
- Tato, mówiłam już, że cię kocham? – rzuciła z miłością, widząc kubek z parującą herbatą na stoliku. – Rządzisz. – Opadła na kanapę obok ojca, chwyciła kubek w skostniałe dłonie i ostrożnie upiła łyk najcudowniejszego napoju pod słońcem.
- Tak, wiem. – Mężczyzna uniósł głowę z wyższością, nadstawiając policzek, który pocałowała, wywracając oczyma. – Babcia dzisiaj do mnie dzwoniła.
- Tak? I co? – Dmuchała na herbatę, żeby trochę przestygła. Powoli zaczynała się rozgrzewać, więc wolną ręką zdjęła szalik i rozpięła kurtkę.
- Zaprasza nas na święta – oznajmił tata, uśmiechając się do niej. – Mam nadzieję, że chcesz jechać. Będziesz mogła spotkać się z Jennifer.
- No jasne, że chcę! – wykrzyknęła Rose, uśmiechając się szeroko. Babcia była osobą, której nie dało się nie kochać. – Przecież tak dawno się nie widzieliśmy. No i wrócimy na stare śmieci.
Mężczyzna odetchnął z ulgą.
- Myślałem, że będziesz chciała spędzić przerwę świąteczną z nowymi znajomymi.
- Ich mam na co dzień. – Wzniosła oczy ku niebu. – A zaproszeń od babci się nie odrzuca!
- Dobrze cię wychowałem. – Tata otarł wyimaginowaną łzę i poklepał ją po głowie.
- Kiedy będziemy jechać?
- Myślę, że dwa dni przed wigilią. Wcześniej i tak nie dostanę urlopu.
Czyli miała niecałe dwa tygodnie, żeby nasłuchać się Daviesa na zapas. W końcu nie zobaczy go w ciągu całej przerwy świątecznej.
Odprężyła się znacząco na wieść o świętach u babci. Nie przeszkadzałoby jej, gdyby tata zaproponował wspólną gwiazdkę w nowym domu, ale była przekonana, że bardziej  świątecznej atmosfery niż w domu babuni nie będzie nigdzie.


Na wiadomość o jej wyjeździe Pixie zareagowała głośnym jękiem.
- Myślałam, że pójdziemy razem do centrum oglądając pokazy świetlne. Widzę je co roku i nigdy nie mogę się napatrzeć.
- Za rok na pewno pójdziemy – uspokoiła ją Rose z uśmiechem. – A zaraz po świętach już będę z powrotem.
- W takim razie na sylwestra zapraszam do siebie – wtrąciła Natalie, przerywając sączenie soku jabłkowego. – Rodziców nie będzie, więc dom będzie do naszej dyspozycji. Wszyscy już się zdeklarowali, więc mam nadzieję, że wpadniesz.
Dzisiaj stołówka była dziwnie pusta. Rudowłosa złośliwie stwierdziła, że większość dziewczyn odchudza się przed przerwą świąteczną. Rose nie mogła zaprzeczyć takiej logice.
- Jasne, że przyjdę.
- Pozdrów od nas swoją przyjaciółkę – odezwał się Michael, przerywając swoją rozmowę z Simonem i Danielem. – Szkoda, że nie mieliśmy okazji się porządnie pożegnać.
- Nie ma sprawy, na pewno się ucieszy. – Rose była szczęśliwa, że jej znajomi tak szybko zaakceptowali Jenn. Gdy poinformowała ją, że za niedługo przyjeżdża, w telefonie usłyszała jedynie dziwne trzaski i piski dziewczyny. Znając ją, pewnie zaczęła skakać po łóżku.
- Ej, Rose, czemu Davies na ciebie patrzy? – szepnęła jej Natalie na ucho.
- Bo to Davies – odparła automatycznie i w sumie nie miała na to lepszej odpowiedzi. Co miała powiedzieć? Obserwował mnie cały ostatni miesiąc, więc nic w tym dziwnego. Albo: Dedykuje mi piosenkę, więc to normalne.
Pixie chyba zabiłaby ją śmiechem. Nawet by w to nie uwierzyła, a Rose nie miała ochoty tłumaczyć się ze wszystkiego, co robiła.
- Czyżbyśmy o czymś nie wiedziały? – zapytała Natalie ostrożnie. Właśnie to Rose w niej lubiła – pytała ze zwykłej troski, a nie chorobliwej ciekawości. Zdawała sobie sprawę, jak drażniące potrafią być podobne tematy.
Miała przemożną ochotę uściskać rudowłosą, ale jedynie uśmiechnęła się lekko.
- Przecież wszyscy wiemy, jaki Davies jest specyficzny.

- Przestań się na mnie gapić – powiedziała beznamiętnie do pleców chłopaka, wychodzącego ze szkoły.
William zatrzymał się i odwrócił zaskoczony.
- A, to tylko ty – mruknął, jak gdyby nigdy nic. – O co chodzi tym razem? – Potarł skrzydełka nosa, przymykając oczy.
Tylko?
- Nawet moi znajomi widzą, że ciągle się na mnie patrzysz – wyjaśniła ze spokojem, licząc w głowie do dziesięciu, aby opanować swoją irytację.
- Może po prostu tak mi się podobasz, że nie mogę oderwać wzroku – zasugerował, unosząc brwi.
Spojrzała na niego z politowaniem.
- Myślisz, że ktoś by w to uwierzył? Nawet ja potraktowałabym to jako kiepski żart.
Chłopak wzruszył ramionami.
- Nie moja wina, że masz kiepskie poczucie humoru. – Zlustrował ją nagle wzrokiem.
- Co? – Zmrużyła oczy podejrzliwie, zaplatając ręce na piersi, żeby choć trochę się ogrzać.
- Nie wiem, kto wymyślał damskie mundurki, ale musiał być niezłym sadystą – stwierdził bez związku z tematem ich rozmowy, czym wprawił Rose w czyste osłupienie. – Nie jest ci w tym zimno? – Rzucił powątpiewającym spojrzeniem na jej strój.
Właściwie trzęsła się z zimna, ale nie rozumiała, dlaczego o tym mówił. To była tak oczywista zmiana tematu, że nawet dziecko by się zorientowało.
Przestąpiła z nogi na nogę. Podmuchy wiatru lekko podnosiły jej spódniczkę, a czarne, kryjące rajstopy nieskutecznie chroniły przed gęsią skórką. Przynajmniej jej ciepła, granatowa kurtka spełniała swoją funkcję i pozwalała dotrzeć do domu przed odmrożeniem sobie rąk.
Do tej pory o tym nie myślała, a teraz, kiedy Davies poruszył temat, zaczęła szczękać zębami z zimna.
- W-Widzisz c-co z-z-zrobiłeś? – Chciała brzmieć na bardzo wkurzoną Rose, ale prawdopodobnie wyglądała żałośnie z drżącą szczęką i czerwonym czubkiem nosa.
- Powinnyście wystosować jakąś petycje przeciwko tym mundurkom – stwierdził William. – Jakkolwiek pociągające by one nie były.
Przymknęła oczy, powstrzymując się od spoliczkowania chłopaka, a gdy je otworzyła, Davies stał tyłem do niej.
- H-Hej, jeszcze n-n-nie s-skończyłam! – zawołała za nim.
- Zawiozę cię – powiedział po prostu, nie odwracając się. – Nie chcesz być chora na święta – dodał dziwnym głosem.

Nie była do końca pewna jak wylądowała na przednim siedzeniu samochodu Daviesa, ale przez przyjemnie ciepłe powietrze skierowane prosto na jej twarz nie żałowała niczego.
- Dlaczego to robisz, co? – Spojrzała na niego z autentycznym zaciekawieniem. – Masz jakiś kompleks bohatera czy coś?
Chłopak stukał chwilę palcami w kierownicę, po czym zerknął na nią.
- Uwierzysz, jeśli powiem, że nie mam pojęcia?
- Nie, raczej nie – stwierdziła po namyśle. – Ale masz dużo czasu, żeby się nad tym zastanowić.
- Jesteś niemożliwa. Mówił ci to już ktoś?
- Parę razy na pewno. – Wyjrzała przez okno, gdzie dostrzegła pojedyncze białe płatki. – Śnieg – stwierdziła z zachwytem, obserwując coraz gęściej opadający puch.
- Czym tu się tak zachwycać? – prychnął William. – Szara breja i tyle.
Obrzuciła go morderczym spojrzeniem, po czym przybliżyła twarz do szyby, aby lepiej widzieć płatki, osiadające na masce samochodu i topniejące w mgnieniu oka.
- Tu, w mieście, pewnie tak – zgodziła się. – Ale w moich rodzinnych stronach zima zawsze była najpiękniejsza. Grube warstwy śniegu pokrywały wszystko, ale najładniej wyglądał zagajnik blisko mojego domu. Z gałęzi zwisały cienkie sople, a wszystko zakrywała cienka warstwa puchu. Kiedy świeciło słońce drzewa mieniły się złotem i srebrem, niesamowicie to wyglądało z okna. Całe miasteczko było jakby przykryte wielką, białą czapą, a w nocy wydawało się świecić.
Westchnęła na wspomnienie ulubionej pory roku, której tym razem prawdziwie doświadczy jedynie podczas świąt.
- Na co się tak patrzysz? – fuknęła na Williama, który nie odrywał od niej wzroku. – Masz zielone. – Spojrzała znacząco na sygnalizację świetlną.
Chłopak wrócił wzrokiem na drogę, a Rose uświadomiła sobie, że niepotrzebnie się wcześniej rozgadała. Przecież nawet jej o nic nie pytał, zaczęła nawijać sama z siebie. Pewnie weźmie ją za wariatkę, chociaż nie byłoby to znowu tak dalekie od prawdy.
- Nie pochodzisz z miasta, prawda?
Pokiwała głową, powracając do obserwowania śniegu. Zarumieniła się z zażenowania nad swoim wcześniejszym uzewnętrznianiem się. Była naprawdę głupia.
- Wracasz tam na święta?
Mogłaby zwrócić mu uwagę, że znowu pyta o rzeczy, które nie powinny go interesować.
- Tak.
Nie była jednak w stanie tego zrobić. Nie wiedząc czemu, chciała, żeby pytał.
- Czemu twój wujek ciągle przychodzi do kawiarni? – No to teraz jej kolej.
- Mówił, że ma tam kogoś na oku – wzruszył ramionami. – To pewnie kolejna panna, której szuka do związku bez zobowiązań.
Rose miała wątpliwości czy oświadczyny prowadziły do związku bez zobowiązań. I to dwukrotne.
Przygryzła wargę, nie chcąc wygadać niczego Daviesowi. To była sprawa Asha i Amelii, Rose nie miała prawa się wtrącać.
- Nie sądzę, żeby ktokolwiek z kawiarni chciał być w takim związku – stwierdziła. – Może nie pracuję tam długo, ale zdążyłam poznać niektórych pracowników.
- Nie wiem, Ash mi się z niczego nie spowiada, a ja nie wypytuję. – Spojrzał na nią. – Nie tak, jak niektórzy.
- Sugerujesz, że jestem wścibska?
- Ty to powiedziałaś.
- Jesteś okropny.
- Powtarzasz się.
Rose zazgrzytała zębami.
- Jesteśmy – poinformował Davies, zanim zdążyła się odgryźć.
Wyjrzała przez okno i dostrzegła podjazd domu, pokryty cienką warstwą śniegu.
- Dziękuję – mruknęła.
- Co? – Nadstawił uszu. – Chyba źle usłyszałem. – Uśmiechnął się kpiąco.
- Dziękuję – powtórzyła głośniej, wywracając oczyma. – Nie tylko za podwiezienie, ale no… za wszystko.
- Wesołych świąt, Rose – odparł, przechylając głowę.
Oboje zdawali sobie sprawę, że przed gwiazdką prawdopodobnie nie będą już ze sobą rozmawiać.
Zarzuciła kaptur na głowę i otworzyła drzwi, wpuszczając do środka chmarę śniegu. Zachichotała cicho i wyszła z samochodu.
Przed zamknięciem drzwi nachyliła się do środka.
- Wesołych świąt. – Tym razem uśmiechnęła się szczerym, ciepłym uśmiechem, bo przy takich życzeniach naprawdę nie wypadało tego nie zrobić.
William odjechał, a Rose uświadomiła sobie, że to pierwszy raz, kiedy usłyszała swoje imię z jego ust.

2 komentarze:

  1. Jaki długi ten rozdział <3 czytało mi się go poprostu genialnie.
    William stara się grać takiego obojetnego na Rose, ale coś mu nie wychodzi :) Uwielbiam go, przewiduje scenę, w której Rose będzie zagrozona, a Davies ją uratuje <3 marzenia.
    Nadal nie wiem co ukrywa. Widać, że strasznie się z tym męczy :( Może William pomoże jej, skoro jego muzyka tak na nią wpływa. Oby tak było. Zastanawia mnie jak długo będą się z tym, że coś ich do siebie przyciaga :)
    Tobie życzę oczywiście czasu na naukę do matury i żebyś zdała wszytko śpiewająco :). Żeby ten rok był pełen sukcesów, tych małych i tych dużych. Na koniec, abyś zawsze była uśmiechnieta i żeby zdrowie w tym roku Ci dopisało. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Już czas na komentarz ode mnie! Wiedz, że rozdział przeczytałam niedługo po dodaniu, ale musiałam ochłonąć :D
    Uwierz mi, komentowanie Twoich rozdziałów to przyjemność i lubię to robić. ;p I też Cię uwielbiam :D
    Jeeeej, cóż za niesamowity, genialny, fantastyczny rozdział! Na początku tak przewinęłam stronę i myślę sobie: "No nie, czyżby napisała krótszy rozdział niż zazwyczaj?:(" Ale potem czytam i czytam, i czytam, i doszłam do wniosku, że byłam w ogromnym błędzie! Jaki długi ten rozdział *__*
    Kieeedy w końcu zdradzisz, co się dzieje z Rose? Jestem już tak bardzo zniecierpliwiona i zaciekawiona, że nie mogę wytrzymać... Domyślam się oczywiście co nieco, ale moje domysły zwykle okazują się błędne, więc zachowam je dla siebie :D
    Och, Jennifer już wyjechała :( Szkoda, polubiłam ją... I jest taką świetną przyjaciółką dla Rose, naprawdę szkoda, że musiała już wyjechać :(
    Jestem tylko ciekawa tych świąt i Sylwestra :D Czy coś interesującego się tam wydarzy? :D
    No i Davies... Ech... Czyżby naprawdę teraz zaczęła mu się podobać Rose...? Wszystko na to wskazuje... Oby... Bo przecież Will już od dawna podoba się Rose, tyle że ona sama nie chce tego przyznać przed sobą ;p Uwielbiam tę dwójkę, kiedy razem przebywają koło siebie. Według mnie, idealnie do siebie pasują ;3
    I lekko spóźnione życzonka! Szczęśliwego Nowego Roku, oby rok 2015 był dla Ciebie lepszy od innych lat pod każdym względem :D
    Uwielbiam Cię, nie zapominaj o tym xoxo

    OdpowiedzUsuń