logo

3/08/2015

Rozdział XXIV "Prawda"

Tak, kochani, nie mylicie się. Zaledwie po dwunastu dniach oczekiwania, pojawił się rozdział! Zaskoczeni? Ja też, bo myślałam, że dam wam jeszcze pożyć w niepewności.
Tym razem rozdział również jest bardziej spokojny, ale obfity w informacje, które być może rozjaśnią wam trochę historię głównej bohaterki. Albo też bardziej ją zagmatwają.  Mam nadzieję, że oba jednocześnie!
Następną aktualizację planuję na koniec marca/początek kwietnia. Dziękuje wam za wszystkie komentarze, jesteście cudowni, bez was nie miałabym tak wielkiej ochoty na pisanie dalszej opowieści o Rose.

Miłego czytania :)




***




27 stycznia

Dzisiaj byliśmy u lekarza. Moja mała kruszynka rośnie jak na drożdżach, swoimi kopniakami nie dając mamusi spać. Ale mogę wyczuć, że słyszy każde słowo, jakie do niej mówię. Dlatego Johnny codziennie śpiewa jej przed snem, a ja gram w ciągu dnia. Nigdy mu tego nie powiem, ale chyba bardziej lubi moje skrzypce. Już teraz jestem pewna, że będzie je kochała równie mocno jak mamusia. Będę uczyła ją grać, aż talentem przerośnie nawet mnie. Mary zawsze powtarzała, że powinnam być bardziej skromna. Ale wtedy nigdy nie wyszłabym za Johna, ani nie poznała Toma. Teraz jestem najszczęśliwszą kobietą na całej kuli ziemskiej i wcale nie przesadzam, pisząc to. Mam cudownego męża, wspaniałego menadżera, a za jakiś czas otrzymam najmniejszy, a zarazem najdroższy skarb świata. Moją małą różyczkę1. Moją małą Rosie.

Rose otarła oczy z łez i zamknęła notes. Przejechała dłonią po okładce, myśląc, że kiedyś ręce jej mamy często ją otwierały.
Dlaczego? Dlaczego nikt jej nie powiedział? Jej własna matka grała na skrzypcach, pewnie jeszcze lepiej niż ona. Ba! Prawdopodobnie występowała, miała w końcu menadżera.
Złość zastąpiła jej żal i smutek. Wszyscy wiedzieli. Babcia, ciocia, wujek… tata. Jak mogli zataić przed nią coś tak ważnego? Skrzypce okazały się jedynym połączeniem między nią a matką, oprócz niewyraźnych wspomnień. Musieli zdawać sobie sprawę, jak ważne jest to dla niej.
Niewybaczalne.
Niewybaczalne.
Chwyciła pokrowiec jedną ręką, a drugą plik fotografii. Z trudem zeszła ze strychu, po czym szybkim krokiem wróciła do salonu, skąd słyszała głośne rozmowy, które jeszcze podsyciły jej gniew.
Wpadła do środka, rzuciła zdjęcia na stół, gdzie rozsypały się po całym blacie i podniosła do góry dłoń z pokrowcem.
- Kiedy ktokolwiek zamierzał mi powiedzieć? – zapytała ze śmiertelnym spokojem. – A może miałam się nie dowiedzieć do końca życia?
Obserwowała jak twarze dorosłych zmieniają się na jej widok. Jak babcia zakrywa usta dłonią, ciocia z wujkiem uciekają wzrokiem, a tata patrzy na nią z rezygnacją i smutkiem w oczach.
- Rose… - zaczął, unosząc rękę.
- Nie – odsunęła się. – Jak wam się żyło z myślą, że ukrywacie coś takiego? Że kłamiecie i oszukujecie mnie? I jeszcze wspominacie ją, jak gdyby nigdy nic!
- Nie rozumiesz…
- Och, oczywiście, że nie! – wykrzyknęła ze łzami w oczach. – Ale nawet nie postaraliście się, żebym zrozumiała. Co jest nie tak z graniem na skrzypcach, że chcieliście to przede mną ukrywać? Skoro i tak już nigdy nie zagram, o czym wszyscy tutaj dobrze wiemy, to równie dobrze mogliście mi powiedzieć. A może baliście się, że się załamie? Że znowu trzeba będzie wysłać mnie do doktora Louisa? No to gratuluję, udało wam się. – Przytuliła pokrowiec do piersi. – Miałam sześć lat, kiedy zmarła. Myślicie, że pamiętam cokolwiek ważnego, co byłoby z nią związane? To jest jedyna rzecz, która mogłaby mnie z nią łączyć. Jedyna. A wy właśnie uczyniliście z niej największe kłamstwo.
- Rose, to naprawdę nie tak, jak myślisz. – Tata spoglądał na nią z błaganiem w oczach. – Pozwól, że wszystko ci wytłumaczę.
Mimo że najchętniej wybiegłaby teraz z domu, trzaskając drzwiami najgłośniej jak potrafiła, to bardziej zależało jej na wyjaśnieniach. I lepiej, żeby były dobre.
- Słucham – oznajmiła szorstko.
- Może ja… - zaczęła ciocia niepewnie.
- Nie, ja jej powiem – przerwał jej tata. – Możecie zostawić nas samych?
Mary i Rob pospiesznie wyszli, rzucając Rose zatroskane spojrzenia, a babcia położyła jej dłoń na ramieniu wychodząc, jednak dziewczyna nie zareagowała na to w żaden sposób.
Gdy pokój opustoszał, zajęła jedno z wolnych krzeseł, nie wypuszczając skrzypiec z uścisku. I to w nie wbił wzrok jej tata.
- Dostała je ode mnie na urodziny – powiedział.
- Chcę, żebyś powiedział mi wszystko. – Rose była nieugięta, kierowała nią czysta złość i żal, najgorsza mieszanka.
- Twoja matka… Cornelia kochała skrzypce ponad wszystko. – Zaczął, pochylając się do przodu. – Już kiedy się poznaliśmy, była utalentowaną skrzypaczką. Zawsze byłem pod wrażeniem jej talentu, a w dodatku wyglądała najpiękniej, kiedy grała. Skrzypce pochłaniały ją bez reszty, nie zależało jej na ogromnej karierze, ale kiedy poznała swojego przyszłego menadżera, sprawy jakoś same potoczyły się w takim kierunku. Powoli zyskiwała rozgłos w okolicy, a ja byłem dumny, że tak wspaniała kobieta stała się moją żoną. Jednak nigdy nie polubiłem tego przeklętego menadżera, miałem wrażenie, jakby ją ode mnie odciągał. – Na jego twarzy odmalował się gniew, jakiego Rose nigdy nie widziała. – Kiedy zaszła w ciążę, płakała ze szczęścia, a potem grała ponad dwie godziny bez przerwy, powtarzając, że łzy nie oddają jej radości. – Pokręcił głową. – Twoja matka nie była idealna, na punkcie swoich ukochanych skrzypiec miała prawdziwego bzika.
- Wciąż nie rozumiem, czemu są one takie złe! – zaprotestowała gwałtownie Rose.
- Może nie bezpośrednio, ale to one były przyczyną jej śmierci.
- Przecież mama zginęła w wypadku samochodowym – odparła zaskoczona.
- Posłuchaj, Rose, skrzypce były największą słabością Cornelii. – Tata spojrzał niechętnie na pokrowiec w jej ramionach. – Ciąża trochę przyhamowała twoją mamę. Zaczęła więcej czasu spędzać w domu, a grała jedynie sporadycznie i najczęściej dla ciebie. Kiedy się urodziłaś, niewiele się zmieniło, jedynie miała więcej koncertów w okolicy, co natomiast nie zadowalało jej menadżera. I tak mijały lata, podczas których mama nie miała zbyt wiele czasu, aby uczyć cię grać. Nawet jeśli byłoby inaczej, ty wolałaś raczej słuchać, a mniej interesowałaś się samą nauką gry. Cornelia zawsze powtarzała, że jeszcze przyjdzie na to czas, że na pewno odnajdziesz swoje powołanie do skrzypiec. – Tata spojrzał na nią z czułością. – I niestety, nie myliła się.
- Jak to „niestety”? – Rose nie wierzyła, że w końcu słyszy coś tak niesamowitego o swojej matce.
- W dzień tego fatalnego wypadku, mama miała mieć koncert w jednej z pobliskich metropolii. Bardzo się tym stresowała, bo miało być to wydarzenie, na którym pojawi się wielu krytyków, a od którego zależała jej dalsza kariera. Miała wtedy zaledwie dwadzieścia osiem lat. – Widziała, że mówienie o tym sprawiało mu ból, lecz mimo to, kontynuował. – Na nasze nieszczęście, był to okres gwałtownych burz, które nawiedzały okolice coraz częściej. I to właśnie w ten dzień ulewa, grzmoty i porywisty wiatr postanowiły nas odwiedzić. Pierwszy raz zgodziliśmy się w czymś z jej menadżerem; absolutnie nie mogła jechać, nie w taką pogodę. Twoja mama zrobiła nam okropną awanturę, płakała i krzyczała, że żaden deszczyk nie pokrzyżuje jej planów. Odparowałem wtedy, że bardziej cenię sobie jej bezpieczeństwo niż karierę. Obraziła się na mnie śmiertelnie i poleciła uspokoić ciebie, ponieważ nasze krzyki cię obudziły. To był ostatni raz, kiedy ją widziałem.
Tata ukrył twarz w dłoniach.
- Pojechała sama? – spytała cicho Rose, bo po prostu musiała znać prawdę. Musiała.
- A skąd! – żachnął się niespodziewanie, podrywając głowę do góry. – Nie potrafiła nawet odpalić samochodu!
- To jak…?
Ale chyba już znała odpowiedź.
- To on ją zawiózł – sarknął ojciec, zaciskając ręce w pięści. – Cholerna, parszywa gnida. Myślałem, że w tej sprawie będzie miał choć odrobinę rozsądku, ale od początku miałem rację, nie ufając mu. Jej kariera była dla niego najważniejsza, zrobiłby wszystko, żeby wycisnąć z niej wszystko. Na pewno nie musiała go długo przekonywać.
- Nie rozumiem, w jaki sposób skrzypce ją zabiły – powiedziała dziewczyna niepewnie.
- Nie widzisz tego, Rose? – Tata spojrzał na nią z rozpaczą w oczach. – To pragnienie grania popchnęło ją do tego. Skrzypce są winne jej śmierci.
- A mi się wydaje, że to jednak była pogoda. – Wiedziała, że nie powinna tego mówić, ale dla niej to było jasne i klarowne.
Mężczyzna pokręcił głową z rezygnacją.
- Pozwól, że ci dokończę. – Odchrząknął. – Zanim w ogóle zorientowałem się, że Cornelia i ten kundel zniknęli, minęło zbyt wiele czasu, bo nie umiałem cię uspokoić. Nie miałem pojęcia, ile zdążyli w tym czasie przejechać. Nawet nie było drugiego auta, którym mógłbym za nimi podążyć. Wydzwaniałem na ich komórki, ale odpowiadała mi automatyczna sekretarka. Nie pozostało nic innego niż modlenie się o ich bezpieczny powrót. Po godzinie zadzwonił telefon. – Tata potarł oczy, w których dostrzegła łzy. Odwróciła wzrok. – Dzwonili ze szpitala, aby poinformować o wypadku. Nawet nie słuchałem, co mówiła pielęgniarka, tylko rozłączyłem się i zadzwoniłem po taksówkę. Po drodze zostawiłem cię u babci, nic nie wyjaśniając, a spiesząc się do szpitala. – Spojrzał na nią, nie kryjąc łez, które rozdzierały jej serce. – Twoja matka zginęła na miejscu, a mnie potrzebowali jedynie do rozpoznania... jej.
Rose przycisnęła mocniej instrument do piersi, łzy spływały po jej policzkach.
Tylko tyle jej pozostało – żal i smutek, że tak skończyło się życie jedynej osoby, która potrafiłaby ją zrozumieć.
Przez długi czas oboje siedzieli naprzeciwko siebie, Rose płakała bezgłośnie, a tata nieruchomo wpatrywał się w ścianę. Tylko uraza za ukrywanie przed nią tylu rzeczy powstrzymywała dziewczynę od rzucenia mu się w ramiona.
W końcu Rose osuszyła oczy, powtarzając sobie, że musi wziąć się w garść.
Odchrząknęła, czym wyrwała ojca z letargu.
- Tato, a co się stało z… menadżerem? – zapytała ostrożnie.
- Nie mam pojęcia i nic mnie to nie obchodzi. Może przeżył, ale mam nadzieję, że nie. Jakkolwiek okrutnie by to nie brzmiało. Co prawda, próbowali mi mówić, ale nie chciałem tego słyszeć.
Właściwie, czy mogła go winić za taką postawę?
- Chciałaś wiedzieć, dlaczego to przed tobą ukrywaliśmy, prawda? – Skinęła głową. - Po odejściu mamy, zaczęło ci brakować dźwięku skrzypiec, przynajmniej tak to odebrałem. Ale ja nie mogłem znieść ich dźwięku. – Spojrzał na nią przepraszająco. – To przez nie straciłem ukochaną osobę. Dlatego zdecydowałem się schować wszystkie przedmioty, które kiedykolwiek dowodziły tego, że Cornelia była skrzypaczką. Twoja ciocia, wujek i babcia poparli mój pomysł, szczególnie babcia, która na długi czas załamała się utratą starszej córki. Wynieśliśmy karton z rzeczami na strych w jej domu, żebyś nigdy ich nie znalazła.
- I naprawdę myśleliście, że nigdy się o tym nie dowiem? – W słowach Rose zaczęła pobrzmiewać złość.
- Chciałem trzymać cię od nich z daleka, bo byłem pewny, że krew Cornelii z pewnością poczuje do skrzypiec takie samo przywiązanie. Przez pewien czas nawet się udawało, dopóki nie dostałem telefonu od twojej nauczycielki, że usłyszałaś w szkole, jak ktoś grał na skrzypcach i nie chciałaś odejść, tylko przysłuchiwałaś się uważnie. A potem w domu powiedziałaś, że chcesz nauczyć się grać na tym dziwnym instrumencie, którego nazwy nawet nie pamiętałaś. Na początku odsuwałem to w planach, karmiąc cię jakimiś marnymi wymówkami, ale w końcu się ugiąłem. – Westchnął ciężko. – Co miałem zrobić? W końcu sama zaczęłabyś się uczyć, a wolałem cię pilnować. Więc z bólem serca kupiłem ci skrzypce i zapisałem na lekcje u emerytowanej nauczycielki muzyki.
- Pani Olsen – wymamrotała Rose, pamiętając dobrotliwą, ale surową staruszkę, u której stawiała pierwsze kroki w graniu na skrzypcach. Wspomnienia były dość mgliste i nie było ich wiele.
- Myślałem, że już nie pamiętasz – stwierdził tata. – Wiesz, jak uważnie śledziłem twoją naukę i jak ostrożny byłem.
- Czyli twoje kibicowanie mi i życzenia powodzenia nie były szczere? – rzuciła głucho.
- Oczywiście, że nie! – zaprotestował gwałtownie. – Martwiłem się o twoją przyszłość, ale widziałem, ile radości sprawia ci granie. Jeśli kiedykolwiek życzyłem ci powodzenia, było to szczere.
Mimowolnie odetchnęła z ulgą. Gdyby jeszcze to okazało się kłamstwem…
- Kiedy byłaś u doktora Louisa po tym wypadku, zapomniałaś o wielu rzeczach, prawda? – Kiedy przytaknęła, mówił dalej. – Wtedy zastanawialiśmy się nad wyjawieniem ci prawdy, a szczególnie chciała tego ciocia Mary, ale twój stan się pogorszył, więc nie pozostało nam nic innego niż brnąć w to dalej.
- Na pewno ułatwiło wam sprawę, że właściwie zapomniałam o większości tego, co związanego ze skrzypcami w moim życiu – stwierdziła kąśliwie. – Nie pamiętam nawet, żeby mama grała mi, gdy byłam mała – dodała ze smutkiem.
- Przeżyłaś traumę, Rose, to całkiem zrozumiałem, że zostawiła ona po sobie nie całkiem przyjemne skutki – odparł łagodnie tata.
- Wciąż jestem na was wszystkich zła, tak dla jasności. – Zmrużyła oczy. – I nie wiem, czy kiedykolwiek wybaczę wam zatajenie czegoś tak dla mnie ważnego.
- Przepraszam, Rose. – powiedział, a w jego oczach dostrzegła, że naprawdę było mu przykro. – Naprawdę przepraszam.
Nie odpowiedziała, bo w sumie nie wiedziała co. Nie mogła tacie wybaczyć, jeszcze nie. Doceniała szczerość i to, że wyjaśnił jej wszystko, chociaż musiał rozdrapać stare rany, ale dla niej były one teraz bardzo świeże.
Zobaczyła, jak tata bierze jedną z fotografii rozrzuconych na stole i przygląda się jej.
- Tak dawno nie widziałem tych zdjęć – mruknął, uśmiechając się blado. – Tutaj twoja mama była na swoim pierwszym koncercie.
Podał jej fotografię, na której zobaczyła kobietę ubraną w długą, czarną suknie z włosami spiętymi w elegancki kok. W jednej ręce trzymała skrzypce, a w drugiej smyczek. Uśmiechała się szeroko, ale w oczach błyszczało zdenerwowanie.
- Tak żałuję, że nigdy nie będzie dane mi jej poznać – powiedziała, przesuwając palcem po nierównej powierzchni zdjęcia. – Opowiesz mi coś o niej? Nawet nic nie znaczące szczegóły mi wystarczą.
Tata namyślał się chwilę, po czym z rozsypanych fotografii wybrał jedną, która przykuła jego wzrok.
- Opowiem ci historię, związaną z tym zdjęciem. – Wskazał je głową. – Miałaś wtedy dwa latka i…

Mary schowała się z powrotem w kuchni, gdzie jej mąż i matka siedzieli przy stole.
- Miałam rację, żeby jej o wszystkim powiedzieć – powiedziała gorzko, miętosząc w dłoniach chusteczkę mokrą od łez. – Cornelia zabiłaby nas wszystkich, gdyby jakimś cudem się o tym dowiedziała.
- Moja kochana, niemądra córka. – Staruszka pokręciła głową ze smutkiem. – Tyle lat minęło, a ona wciąż potrafi zamieszać w głowie.
- Siostra potrafiła być niezłą diablicą, ale Rose od początku zasługiwała naprawdę. Nic, tylko się cieszyć, że w końcu ją poznała.
Kobieta uśmiechnęła się do swoich myśli, mając nadzieję, że od tej pory wszystko pójdzie ku lepszemu. Wszyscy zasłużyli na to po tylu latach niepewności.

Po rewelacjach dnia dzisiejszego Rose nie miała ochoty na nic oprócz długiego, głębokiego snu. Jednak emocje buzujące w niej nie pozwalały nawet na zamknięcie oczu.
Jej mama grała na skrzypcach! Wciąż nie potrafiła w to uwierzyć. Jakaś część umysłu podpowiadała jej, że to tylko sen, że zaraz się obudzi i wszystko wróci do normy.
Na razie odsunęła od siebie złość na bliskich, skupiając się na samej matce. Teraz wiedziała po kim miała to przywiązanie do skrzypiec. Tata opowiedział jej mnóstwo o kobiecie, która wydała Rose na świat i opiekowała się nią przez sześć lat. Zbyt wiele wspomnień wiązało się ze skrzypcami, aby mógł mi je tak po prostu wcześniej opowiedzieć. Ale w tym momencie czuła, że mama jest jej bliska jak nigdy dotąd i miała irracjonalne przeczucie, że kobieta czuwała nad nią i jedynie to uchroniło ją przed całkowitym załamaniem się.
Nie wierzyła w to, co mówił tata o skrzypcach, będących przyczyną śmierci kobiety. Nie widziała nic złego w tym, że mamie zależało na koncercie, który miał być przełomem w jej karierze. Gdyby nie tamten wypadek, może sama teraz starałaby się o pozycję profesjonalnej skrzypaczki.
Przechyliła się na łóżku i sięgnęła po telefon, aby zadzwonić do Jennifer.
Przyjaciółka odebrała po kilku sygnałach.
- Rose?
- Cześć, możemy się spotkać? – rzuciła prosto z mostu, nie owijając w bawełnę.
- Przecież przychodzę do ciebie jutro – odparła zmieszana dziewczyna.
- Muszę ci coś powiedzieć, bo wybuchnę, dosłownie.
- To coś poważnego?
- Tak myślę.
- Dobra, już się ubieram. Gdzie się spotykamy?
- Przy stawie, co? To w połowie drogi.
- Jasne. Na razie.
Rose odrzuciła komórkę i podbiegła do szafy, aby założyć na siebie najcieplejsze ubrania, bo zapowiadało się na dłuższą pogawędkę.
Zbiegła po schodach na dół i ruszyła w stronę drzwi.
- Gdzie się wybierasz? – zatrzymał ją głos taty.
Odwróciła, nie okazując żadnych emocji. Nie wiedziała jak z nim rozmawiać.
- Muszę się przewietrzyć – wymamrotała. – I nie próbuj mnie zatrzymywać – dodała, widząc jego otwierające się usta.
Po prostu spojrzał na nią z rezygnacją i machnął ręką, dając jej wolną rękę.
Wybiegła na zewnątrz i ruszyła biegiem przez łąkę, którą teraz pokrywała gruba warstwa śniegu, a w której brodziła po kolana. Szybkie tempo znacznie ją rozgrzało, więc nad stawem przynajmniej jakiś czas nie będzie musiała marznąć.
Dotarła nad brzeg i rozejrzała się. Cały staw pokrywała cienka warstewka śniegu, osiadająca na lodzie. Drzewa otaczające staw były już tak stare, że ich konary przechyliły się w stronę tafli, głaszcząc ją końcami cienkich gałązek.
Czekała jeszcze kilka minut, aż z daleka dostrzegła Jennifer, przedzierającą się przez zaspy. Dziewczyna dopadła do niej cała zdyszana, pod pachą niosąc koc, który rozłożyła pod nimi.
- Odpadną nam tyłki, ale trudno – mruknęła, sadowiąc się. – Nie mam zamiaru sterczeć całą noc, bo pewnie tyle to potrwa, prawda, Rosie? – Uśmiechnęła się.
Rose zaśmiała się z wdzięcznością i klapnęła na miękki materiał w czarno czerwoną kratę.
- Moja mama grała na skrzypcach – wypaliła, wykręcając sobie palce.
- Co robiła? Mam nadzieję, że to nie twoje dziwne urojenia – odpowiedziała Jennifer sceptycznie.
Rose sięgnęła do kieszeni kurtki i wydobyła zdjęcie grającej Cornelii, ubranej w szary dres i luźną koszulkę. Była w zaawansowanej ciąży. Rose zachwycała się tym zdjęciem, mając wrażenie, że ukazywało to, co dla jej matki znaczyły skrzypce. Że nawet w ciąży i ubrana w rozciągnięte ciuchy mogła być pełna wdzięku i klasy, pochłonięta robieniem tego, co kochała.
Podała fotografię przyjaciółce, która długo patrzyła na nią w milczeniu.
- Nie będę zasypywać cię lawiną pytań, Rosie – odezwała się cicho. – Po prostu wyrzuć to z siebie.
I tak też zrobiła. Opowiedziała Jennifer wszystko po kolei, bo dziewczyna na to zasługiwała. Była przy niej zawsze, nie opuszczając jej boku nawet w najgorszej sytuacji. Ona również zasługiwała na prawdę. Rose wyrzuciła z siebie całą złość i żal, czego do końca nie mogła zrobić przy ojcu.
Jennifer objęła ją ramieniem, chcąc je obie ogrzać, jak i pocieszyć Rose. Dziewczyny wiedziały, że to przełom w życiu Rose. Mogła w końcu poczuć bliskość matki, której zawsze jej brakowało, nawet podświadomie. Teraz nic już nie będzie takie samo.

Święta minęły dosyć szybko. Rose wciąż nie wiedziała, jak ma się zachowywać w stosunku do bliskich, więc zdecydowała się na neutralizm. Po rozmowie z tatą i Jennifer jej złość na nich znacznie zelżała i teraz czuła po prostu żal.
Swoją drogą, obecność przyjaciółki w pierwszy dzień znacznie polepszyła atmosferę, bo Jenn wszyscy lubili. A już szczególnie Jim i Peter, którzy nie odstępowali dziewczyny na krok.
- Kiedy planujecie wracać? – zapytał wujek Rob dwudziestego szóstego grudnia, poklepując brzuch po obfitym obiedzie.
- Jutro. Nie dadzą mi więcej wolnego. – Tata pił kawę, ale widziała, że wciąż przytłaczała go tamta rozmowa i poczucie winy.
Grzebała widelcem w cieście, myślami wracając do mamy, na zmianę z Daviesem.
Myślenie o chłopaku było jak sypanie solą po ranie, ale odkryła ostatnio, że chyba była masochistką. Brakowało jej wizyt w klubie i słuchania muzyki Williama. Nigdy by tego nikomu nie przyznała, a szczególnie Jennifer, ale tęskniła nawet za ich kłótniami.
Prawdopodobnie była jednak beznadziejnie zakochana.
Odkrycie to było dość nagłe, ale wcale jej nie zaskoczyło. Po ostatnich rewelacjach miała przeczucie, że niewiele już ją w życiu zaskoczy. Tak czy inaczej nie mogła mu nic wyznać, nie było o tym mowy. Nie chciała nic komplikować, poza tym gdyby spróbowała to pewnie nawet nie wydukałaby jednego słowa. Sprawami miłosnymi nigdy nie musiała się przejmować i raczej nie miała ochoty tego zmieniać.

Kolejny poranek był czasem pożegnania.
Stała na ganku obok ojca, którzy trzymał w rękach karton ze strychu, w którym było wszystko, czego potrzebowała wiedzieć o mamie.
- Do zobaczenia. – Babcia uściskała ją, szepcząc na ucho: - Przepraszam, kochanie. Nigdy nie chcieliśmy cię skrzywdzić.
- Wiem, babciu, wiem. – Oddała uścisk, po czym odsunęła się.
- Trzymaj się, skarbie – powiedziała ciocia Mary, całując jej policzki. Przy jej nogach stali Jim i Peter, obojgu trzęsły się brody i byli bliscy płaczu.
- Tacy duzi chłopcy nie powinni płakać. – Uśmiechnęła się szeroko. – Obiecajcie, że będziecie grzeczni.
Pociechy odważnie pokiwały głowami, a Rose pogłaskała ich po głowach, po czym pożegnała się z wujkiem i odwróciła w stronę taty.
Zapakowali się do samochodu. Tata odpalił silnik, a ona zapięła pas, ostatni raz spoglądając za siebie, gdzie jej najbliższa rodzina machała na pożegnanie. Jak dobrze, że z Jennifer żegnała się dzień wcześniej, bo byłoby teraz morze łez.
- Gotowa? Masz wszystko?
- Tak, możemy jechać – odpowiedziała. – Tato?
- Hm? – Zamruczał, majstrując przy radiu.
- Kocham cię, wiesz? Nawet jeśli robisz mi takie okropne rzeczy – mruknęła, rumieniąc się. Mówienie o uczuciach nigdy nie było łatwe. – I nigdy o tym nie zapominaj. Cokolwiek byś nie zrobił, nigdy nie przestanę być twoją córką.
Tata spojrzał na nią z promiennym uśmiechem, aż dziw bierze, że nie roztopił śniegu wokół.
- Moja dziewczynka. – Wyciągnął ręce w jej stronę.
Uniosła obie dłonie w obronnym geście.
- Hola, hola, nie pozwoliłam na przytulanie – parsknęła, uśmiechając się na widok rozczarowania na twarzy ojca.
Tak, teraz zdecydowanie nic nie będzie takie samo.

1  Rose – z angielskiego róża

5 komentarzy:

  1. Bardzo mnie cieszy, że ojciec wreszcie wszystko wyjaśnił Rose. Po nad to bardzo ładne i mądre słowa powiedziała do niego na koniec rozdziału, aż mi się łezka w oku zakręciła. W ogóle to nie wiem czy już Ci to gdzieś pisałam, czy nie, ale uważam, że Rose jest bardzo dojrzała i mądra (ile w sumie ona ma lat, bo nie za bardzo pamiętam, ale chyba coś kolo 16-17, prawda), a jej rady dla przyjaciół z wcześniejszych rozdziałów, jak i również wspomniane wcześniej słowa z obecnego, tylko mnie w tym przekonaniu utwierdzają.
    Teraz czekam niecierpliwie na ciąg dalszy historii naszej różyczki, dlatego też życzę dużo weny, czasu i pozdrawiam cieplutko :P.
    lillykiss95

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie wiem, jak to się stało, że jeszcze nie skomentowałam. :( Doprawdy, bardzo mi przykro z tego powodu. :(
    Dzisiaj króciutko, nie będę się jakoś szczególnie rozpisywać. :)
    Biedna Rose. :( Naprawdę biedna Rose. :( Żeby też rodzina zdecydowała się ukrywać tak wielką rzecz... Dobrze, że znalazła ten pamiętnik. Bardzo dobrze. :) Zgadzam się z poprzedniczką - Rose jest bardzo dojrzała i mądra, to cudowne. :)
    Czekam tylko teraz z wielką niecierpliwością na Willa i weź w końcu zrób coś, żeby ta ich relacja ruszyła, skoro Rose już wie, że jest w nim zakochana! :D (taka tam propozycja niewinnego czytelnika)
    Pozdrawiam! xx

    OdpowiedzUsuń
  3. Jejku jejku jejku <3
    Jak ja kocham to opowiadanie.
    Czekam z niecierpliwoścíą na Willa, no tęsknię za nim bardzo bardzo :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Jejuuu, właśnie skończyłam czytać. To moje ulubione opowiadanie, więc zaczęłam je czytać od początku. No no kochana, długość rozdziałów jest w porządku, troszke literówek, ale nie rzuca się to za bardzo w oczy. Tak kocham takie tematy, typu czyjeś problemy, traumy, a jeszcze ten cudowny rozdział jak Rose zemdlała i Will ją niósł ojejujeju <33 Dowiedział się, że ma problemy, teraz będzie się nią opiekował. Może też dzięki temu, że mama grała na skrzypcachy, Różyczka się przełamie czy coś. No i Natalie i James muszą to sobie wszystko wyjaśnić, no! Masz teraz ważny okres w życiu (haha, jak to brzmi), nie możesz niczego zawalić, a my tu cię poganiamy. ALE TAK JUŻ JEST B) Także szybko, szybko bazgraj kolejny supi rozdział I NIE ZAPOMNIJ O WILLU.

    OdpowiedzUsuń