logo

3/21/2015

Rozdział XXV "Wyznanie"

Zgodnie z obietnicą, pod koniec marca wstawiam rozdział ;) Macie szczęście, że mam napisane kilka kolejnych, więc może do matury wystarczy. To już za jakiś miesiąc, a ja się w ogóle nie uczę (to chyba źle). Najchętniej chciałabym mieć to wszystko za sobą i przestać się tak stresować. To chyba tak, jak Rose w tym rozdziale. Nie dość, że stresuje się sytuacją z matką, to teraz jeszcze doszedł jej Will. Tak go chcieliście, to macie, ale Rose nie jest wam wdzięczna, tak, żebyście byli świadomi!
Natomiast ja jestem baaaardzo wdzięczna za każdy komentarz. Rzadko na któreś odpowiadam, ale wiedzcie, że czytam wszystkie i każdy jeden sprawia, że mordka mi się cieszy i mam ochotę pisać. Dziękuję!



Tak się cieszę, jak czytam wasze komentarze!


***





Po powrocie do domu Rose odświeżyła się, prosząc wcześniej tatę, żeby przyniósł karton ze strychu babci do jej pokoju. Chciała obejrzeć wszystko, przyjrzeć się dokładnie każdej fotografii, zbliżyć się odrobinę do matki.
Zamknęła się w sypialni i usiadła przed brązowym, tekturowym kartonem, ubrana w luźna bluzkę i dres. W środku było wszystko, co łączyło Cornelie Parker ze skrzypcami. To, co przez tyle lat ukrywała przed nią rodzina.
Z głośnym westchnieniem odchyliła wieko. Wyciągnęła niewielkie pudełka ze zdjęciami, które przeglądała już pobieżnie u babci i odłożyła je na bok. Na to miała jeszcze dużo czasu.
Pokrowiec ze skrzypcami również położyła delikatnie na łóżku, żałując, że nigdy na nich nie zagra. Bała się, że znowu coś się stanie i instrument się zniszczy, z tego powodu wolała na razie nie zapędzać się tak daleko.
Ponownie spojrzała do środka, gdzie na spodzie leżał stos pożółkłych kartek. Kiedy wzięła je do ręki, dostrzegła, że zapełnione są pięcioliniami, na których ktoś skrupulatnie zapisał nuty. To prawdopodobnie utwory, które skomponowała jej mama na swoje występy.
Rose czytała nuty bezgłośnie, poruszając lekko ustami i, nawet bez zagrania ich, wiedziała, że nie bez powodu kariera Cornelii nabierała tempa tak szybko. Miała wrażenie, że te utwory poruszały serca każdego, kto potrafił się w nie wsłuchać. Jeśli sama tak właśnie się czuła bez słuchania ich, to mama musiała być naprawdę wspaniałą, utalentowaną osobą. Po raz pierwszy mogła być dumna z tego, że jest jej córką.
Dalej w kartonie było jeszcze więcej zdjęć, aż trafiła na większe pudełko, owinięte błękitną wstążką, do której przyczepiona była niewielka karteczka. Rose przyjrzała się jej z bliska, rozpoznając pismo, które widziała już w notesie, czytając go na strychu u babci.

Nie waż się tego otwierać, Johnattan! Jeśli to zrobisz, rozwiodę się z tobą!

Dziewczyna uśmiechnęła się na widok tak bezprecedensowej groźby, idealnie uzupełnionej przez niewielką czaszkę, dorysowaną w dolnym rogu. Najwyraźniej mama nie przebierała w środkach, kiedy chciała postawić na swoim.
Nawet nie zastanawiała się nad otwieraniem pudełka. Tylko tata miał prawo to zrobić, choć, jak widać, jeszcze się na to nie zdobył. Oczywiście, była niezmiernie ciekawa, czego mama tak zawzięcie nie chciała pokazać, ale miała pewność, że dowie się w swoim czasie.
Na koniec zostawiła sobie notes, który czytała tylko raz, u babci.
Tym razem otworzyła na pierwszej stronie. Wpis był datowany na 17 lipca, nie było żadnego roku, dlatego Rose nie potrafiła umiejscowić tego w czasie.

Sama nie wiem, o czym będę tu pisać. Gdyby John albo Tom dowiedzieli się, że zaczęłam prowadzić coś takiego, spaliłabym się ze wstydu. Johnny zapewne tylko zaśmiałby się wesoło i spojrzał na mnie, kręcąc głową z rezygnacją. Kochany! Gorzej z Tomem… Rechotałby przez dobre piętnaście minut, a potem stwierdził ironicznie, że skoro mam czas na bazgranie bezużytecznych rzeczy, to tym bardziej powinnam mieć go mnóstwo na komponowanie i ćwiczenie gry. Bezczelny! Chyba uważa, że moje życie zawodowe należy do niego. Zdecydowanie muszę mu przypomnieć, że beze mnie nie byłby żadnym menadżerem…

Znowu tajemniczy Tom. Rose bardzo chciała zapytać o niego tatę, ale na samą o nim wzmiankę reagował nieciekawie. Dlaczego nigdy o nim nie słyszała? Dlaczego tata tak go nienawidził? Dlaczego mama chciała go na swojego menadżera, skoro miał trudny charakter? Głównie te pytania tłukły się w jej głowie, walcząc o pierwszeństwo. Może dowie się czegoś z dalszych wpisów.
Z determinacją kontynuowała czytanie.

Tak naprawdę, to nie bez powodu założyłam ten dziennik. A może pamiętnik? Wszystko jedno, i tak prawdopodobnie nikt tego nigdy nie przeczyta. Ostatnio w gazecie pisali o odkryciu zaginionego dziennika jakiegoś sławnego pianisty, nawet nie pamiętam jak się nazywał. Wstyd przyznać, ale pomyślałam, że może i ja zacznę pisać coś podobnego, a kiedy już będę znaną skrzypaczką, ludzie będą się zabijali, żeby coś z tego przeczytać. Więc kupiłam ten notes, gdy robiłam zakupy na obiad. Oczywiście, jak tylko napisałam pierwsze słowo, wcześniejsza myśl od razu odeszła w niepamięć. Jednak, jakby Mary to usłyszała, spojrzałaby na mnie z przerażeniem, zastanawiając się na głos, jak ktoś może być tak arogancki. To nie moja wina, że po prostu jestem pewna swoich umiejętności! Bez tego nigdzie bym nie zaszła i do dzisiaj moją jedyną publiką byłby John, Mary i mama. Tom na pewno nigdy by nie…

W tym miejscu tekst się urywał. Wpis kończył się linijkę niżej.

Oho. Johnny wrócił. Od czasu ślubu i wynajęcia wspólnego mieszkania, kiedy wraca do domu, woła „Wróciłem, pani Parker!”. Cudownie jest kochać i być kochaną. Wtedy świat jakby jaśnieje w twoich oczach. Nie sądziłam, że doświadczę tego samego uczucia, które znam z grania na skrzypcach.
Chyba nic więcej nie napiszę. Johnny całuje mnie po szyi i zaczyna wypytywać, czym się tak zajmuję.

Ostatnie zdanie napisano krzywo i niewyraźnie, Rose miała problem je przeczytać. Domyślała się, że tacie udało się rozproszyć mamę swoimi pieszczotami.
Rose uśmiechnęła się szeroko, zamykając notes. Chciała dawkować sobie tę przyjemność, zamiast czytać wszystko na raz. W końcu kobieta, którą znała z nielicznych, suchych opowieści, stawała jej się bliższa niż kiedykolwiek.

Podczas przeglądania zdjęć, Rose wpadła na pewien pomysł. Ze stosu fotografii wybrała jedną, gdzie była cała jej rodzina. Mama i tata stali obok siebie. Mężczyzna ramieniem obejmował kobietę, a w wolnej ręce trzymał Rose, która mogła mieć wtedy jakieś cztery lata. Cornelia w jednej ręce trzymała skrzypce, a za drugą ściskała ją Rose.
Dziewczynę zdjęcie to niezmiernie rozbawiło i rozczuliło. Tata spoglądał na nią z troską, ona natomiast patrzyła ze zdziwieniem i radością na mamę, która wbiła wzrok w obiektyw, uśmiechając się szeroko.
Z ramki, stojącej na jej biurku, wyciągnęła zdjęcie uroczego kotka, wydrukowane z internetu w przypływie zachwytu nad wszystkim co małe i puchate. W puste miejsce ostrożnie wsunęła wybrane zdjęcie i przyjrzała się z daleka z miną pełną satysfakcji.
Pod pachę chwyciła pudełko ze wstążką i dziennik i, tak uzbrojona, podreptała do salonu, gdzie na kanapie siedział tata i wpatrywał się w sufit.
Zwrócił na nią uwagę, gdy podeszła i postawiła ramkę na stoliku, obok tej, na którą zwrócił uwagę Davies.
- I tak ma być – mruknęła zmieszana.
Tata nic nie powiedział, zamiast tego poklepał miejsce obok siebie.
- No pokaż, co tam jeszcze masz – zachęcił ze smutnym uśmiechem.
Wahając się chwilę, w końcu przycupnęła obok ojca, kładąc pudełko za sobą, a wyciągając notes w stronę mężczyzny.
- Wiedziałeś o tym? – zapytała. – Mama prowadziła dziennik.
- Znalazłem go dopiero po tym, jak… - Odchrząknął. – W każdym razie nie czytałem go. Jedynie przekartkowałem, żeby wiedzieć, czy to coś ważnego. Wszystko było zbyt… świeże.
- Nie chciałeś tego zrobić później?
Tata wziął notes i zaczął obracać go w rękach.
- Kiedy już pozbyłem się tego wszystkiego, rzadko myślałem o rzeczach na strychu. Chyba podświadomie wyparłem wszystkie wspomnienia, żeby nie przeszkadzały mi one w wychowaniu ciebie bez skrzypiec.
Przez chwilę panowała głęboka cisza, podczas której Rose dalej oswajała się z tym, co właściwie zrobił jej ojciec.
- Chcesz go zatrzymać? Przeczytałam tylko dwa wpisy. – Przygryzła wargę, nie chcąc zdradzać, jak bardzo pragnęła przeczytać wszystko.
Tata jakby czytał w jej myślach, bo uśmiechnął się słabo.
- Uznajmy, że ty masz do niego wyłączne prawo, co? – zaproponował, zaskakując ją. – Widziałem pierwszy wpis i wiem, że Cornelia nie chciałaby, żeby trafił w moje ręce. Jeśli będziesz chciała, to opowiesz mi o wszystkim, kiedy już przeczytasz.
- Naprawdę? Nie chcesz wiedzieć teraz?
- Ja znałem twoją mamę bardzo dobrze. Ty nie miałaś takiej szansy. Zatrzymaj go.
- Dziękuję – powiedziała cicho, biorąc dziennik od taty i kładąc go na kolanach. – Ale mam coś jeszcze.
Zza pleców wyciągnęła pudełko i podała je mężczyźnie, który wydawał się zaskoczony. Dała mu chwilę na przeczytanie karteczki i obserwowała, jak uśmiecha się z czułością.
- Nie wiedziałem o tym – stwierdził.
Rose spojrzała na niego zdumiona.
- Wszystko, co znalazłaś w kartonie, chowałem w pośpiechu, chcąc jak najszybciej pozbyć się tego, co wiązało się z tymi przeklętymi skrzypcami – wyjaśnił, gładząc karteczkę palcami. – Byłem zrozpaczony i wściekły, wrzucałem wszystko, co znalazłem w pokoju Cornelii. Dziennik był w szufladzie biurka, wśród ważnych dokumentów, dlatego na niego zwróciłem największą uwagę. Reszta mnie nie obchodziła.
- Chyba wiele przez to straciłeś – zauważyła ostrożnie Rose.
- Tak. – Głębokie westchnięcie. – Ach, Cornelia i te jej groźby.
- Na pewno by tego nie zrobiła, prawda? – Rose zaśmiała się lekko.
Tata spojrzał na nią z rozbawieniem.
- Oczywiście, że by zrobiła. Twoja mama nie zastanawiała się nad jutrem, wszystko robiła pod wpływem emocji, chwili.
- To dlatego… - Nie dokończyła.
- Gdyby dała sobie wiele rzeczy wytłumaczyć, wszystko byłoby inaczej. – Tata pociągnął za końcówkę wstążki, oplatającej pudełko, rozluźniając kokardę. – Niestety, nikt nie jest idealny. Nawet ona nie była.
Rose wpatrywała się w pudełko jak zahipnotyzowana. Ciekawość niemal ją zżerała. Jednak nie mogła tu zostać.
- Zostawię cię samego. – Zaczęła podnosić się z miejsca.
- Rose. – Zamarła, patrząc wyczekująco. Tata pochylił się w jej stronę i pocałował w czoło. – Dziękuję. Zdecydowanie jesteś jak twoja matka. Udało nam się wychować wspaniałą kobietę. – Uśmiechnął się.
W jej oczach stanęły łzy. Był to prawdopodobnie pierwszy raz, kiedy mógł jej to powiedzieć w taki sposób. Bo teraz wiedziała. I rozumiała.
Uśmiechnęła się z trudem i ścisnęła krótko rękę ojca, po czym ulotniła się z salonu. Doskonale wiedziała, że teraz tata nie potrzebował jej towarzystwa.

Prawdopodobnie była jednak masochistką. Mimo wszystkich rewelacji ostatnich chwil, przez które wypłakała swój zapas łez na kolejne pół roku, wybierała się do klubu. Chyba naprawdę lubiła cierpieć.
Chciała potwierdzić swoje odkrycie, którego dokonała u babci. Rozmową z kobietą uświadomiła jej wiele rzeczy, choć większość z nich była dla niej mało przyjemna.
Davies i ona. William i ona. Jakkolwiek by do tego nie podeszła, wciąż nie brzmiało przekonująco. Poza tym wszystko odrobinę utrudniał fakt, że chłopak jej nie znosił.
Co nie przeszkadzało mu w obserwowaniu cię przez ostatni miesiąc, podszepnęło jej alter-ego.
- Dziękuję ci bardzo, zawsze doceniałam twoje rady – mruknęła sarkastycznie.
Rozmawianie ze sobą nie wróżyło niczego dobrego, tego mogła być pewna.
Po prostu pójdzie tam, usiądzie w kącie i posłucha sobie zespołu. Tak, to idealny plan.

To naprawdę był plan idealny.
- Już się za mną stęskniłaś?
Pod ścianą klubu, tuż obok drzwi, do których zmierzała, stał Davies.
Stanęła jak wryta. Tego zdecydowanie nie przewidywała w swoim planie.
Pierwszy raz widziała chłopaka, odkąd zorientowała się, co do niego czuje. Od razu jej żołądek zacisnął się boleśnie, a bicie serca znacznie przyspieszyło.
- Co tu robisz? – palnęła, po czym od razu zapragnęła dać sobie kopniaka. Chyba nie mogła zapytać o bardziej oczywistą rzecz.
- Po twojej minie widzę, że sama zorientowałaś się, jakie głupie pytanie zadałaś. – Uniósł brew, spoglądając na nią z kpiną. – Poza tym to ja powinienem o to zapytać. Nie miałaś spędzać świąt z rodziną?
Na samo wspomnienie, Rose czuła lekkie podenerwowanie. Miała nadzieję, że nie odbija się to na jej twarzy.
- Spędziłam, ale wydarzyły się pewne… komplikacje. – Odchrząknęła, odwracając wzrok.
William uśmiechnął się niepokojąco.
- I teraz przychodzisz posłuchać mnie, co? – rzucił nonszalancko, poprawiając pokrowiec przewieszony przez ramię.
Rose czuła, jak na jej policzki wkrada się rumieniec wstydu.  To naprawdę godziło w jej dumę.
- Oczywiście, że nie – prychnęła z wyższością, zaplatając ręce na piersi. – Umówiłam się z kimś. - dodała pospiesznie, wiedząc, że już przygotowywał się do ciętej riposty.
- Tak? – William odepchnął się od ściany, Rose automatycznie cofnęła się o krok. – Ciekawe.
- Lepiej nie interesuj się tak moim życiem! – Dziewczyna zmrużyła oczy, posyłając mu groźne spojrzenie. Była zbyt zmęczona na te gierki. Jej zamiary ograniczały się jedynie do słuchania muzyki, nie rozmawiania z obiektem jej, niedawno odkrytych, uczuć.
- Nie mam zamiaru, spokojnie. – Davies zerknął na nią uważnie. – Myślałem, że jedziesz do rodziny odpocząć – stwierdził, odwracając się plecami. – Zastanawiam się tylko, dlaczego, w takim razie, wyglądasz gorzej niż wcześniej.
Nie dając jej szansy na odpowiedź, odszedł w kierunku, jak się domyślała, tylnego wejścia.
Rose pochyliła głowę, zasłaniając twarz kurtyną włosów.
To nie było fair.
Dlaczego Davies potrafił rozszyfrować ją za pomocą spojrzenia i kilku słów? I dlaczego był w tym taki szczery, podczas gdy Rose najchętniej okłamywałaby samą siebie?
Ciekawe, co by zrobił, gdyby dowiedział się, że on sam jest jednym z powodów jej ostatniej… niedyspozycji.

Wewnątrz klubu, jak zwykle, panowała ciemność, rozpraszana przez nieliczne światła. Rose miała wrażenie, że z powodu czasu wolnego od szkoły, jest tu więcej ludzi niż zazwyczaj. A był przecież wieczór drugiego dnia świąt.
Rozejrzała się za wolnym miejscem, ale wszystkie stoliki wydawały się zajęte, bo w tych ciemnościach nie mogła być tego pewna.
W takiej sytuacji, ruszyła w stronę baru, gdzie znalazła pojedynczy wolny stołek. Usiadła i oparła łokcie na blacie.
- Co podać? – Znienacka przed nią pojawił się barman, którego znała ze swoich wcześniejszych wizyt.
Był to młody chłopak, mógł mieć niewiele więcej ponad dwadzieścia lat. Rose zauważyła już wcześniej, że wszyscy z obsługi nosili białe koszulki z dekoltem w kształcie litery V oraz czarne spodnie, a w przypadku kobiet, spódniczki.
- Sok pomarańczowy – mruknęła, nie potrafiąc odwzajemnić uroczego uśmiechu, jakim obdarzył ją barman.
Nie musiała długo czekać na Williama. Rozpoczęła się zwykła procedura – najbardziej zagorzałe fanki, wyczekujące pod sceną, powitały chłopaka okrzykami i wyciągniętymi w górę rękami, a Davies posłał im kilka swoich zabójczych uśmiechów.
Rose wywróciła oczami. Bierz się w końcu do roboty, pomyślała niechętnie.
Gdy w końcu zespół zaczął grać pierwszą piosenkę, Rose przymknęła oczy. Jednak mimo chęci skupienia się na muzyce, jej myśli wciąż wracały do mamy, taty, skrzypiec.
Po przeczytaniu wpisów z dziennika Cornelii i rozmowie z tatą, nie opuszczało dziewczyny dziwne uczucie. To prawda,  w pewnym stopniu pogodziła się z faktem, że prawdopodobnie już nigdy nie zagra na skrzypcach, a przynajmniej nie tak jak wcześniej.
Ale teraz było inaczej. Czuła, że traci coś  niezwykle ważnego, rezygnując ze skrzypiec. Co prawda, nie rezygnowała całkowicie, w przeciwnym razie nie katowałaby się, słuchając Daviesa. Po prostu, to dziwne uczucie pustki, które zawsze gdzieś w niej tkwiło, zaczęło upominać się o swoją uwagę.
Nie chciała się do tego przyznać, ale Rose doskonale wiedziała, czego chciało.
Żeby nie rezygnowała ze skrzypiec. Co więcej, żeby ponownie zaczęła na nich grać.
Może to wszystko z powodu tamtych głupich dwóch zdań, które przeczytała w dzienniku mamy.

Wtedy świat jakby jaśnieje w twoich oczach. Nie sądziłam, że doświadczę tego samego uczucia, które znam z grania na skrzypcach.

W momencie ich czytania nie czuła nic specjalnego, dopiero w tej chwili podświadomie zapragnęła również doświadczyć tego uczucia. Prawdopodobnie był to idiotyczny tok rozumowania, ale sądziła, że dzięki temu uda jej się lepiej zrozumieć mamę oraz co nią kierowało, kiedy z taką determinacją chciała dostać się na jej ostatni koncert.
Ocknąwszy się ze swoich rozmyślań, spojrzała na Williama, którego mocne słowa sączyły się przez głośniki.
- To twoja wina, prawda? – Uśmiechnęła się z rezygnacją, zasłaniając oczy dłonią. – Naprawdę wpadłam, co?
Jeśli muzyka Daviesa była jedyną, która tak na nią działała, to prawdopodobnie była też jedyną, która mogła jej pomóc.
Zamierzała spróbować. Bez względu na to, ile wysiłku będzie ją to kosztować, jak bardzo będzie cierpieć. Nie zamierzała rezygnować… Nawet jeśli znowu miałaby się załamać.
Po podjęciu stanowczej decyzji, jej szalejące myśli uspokoiły się nieco. W takim razie mogła przestać krążyć w kółko bezmyślnie, zebrać wszystkie swoje siły i spróbować osiągnąć wyznaczony cel. Jeśli było tak, jak mówił tata i rzeczywiście przypominała mamę, to powinno jej się udać.

Zdeterminowana jak nigdy, kręciła się po parkingu koło klubu. Poszukiwała samochodu Daviesa, aby móc porozmawiać z chłopakiem, kiedy będzie wracał. Nie mogła tego zrobić przy tylnym wejściu, skąd wychodzili również inni członkowie zespołu.
- O, tu jesteś – mruknęła, dostrzegając znajomy pojazd.
Podchodząc bliżej, dostrzegła nawet małą małpkę, zwisającą z lusterka wstecznego. Tak, to zdecydowanie auto Williama.
Oparła się o maskę, obserwując okolice. Cały parking oświetlało jedynie kilka latarni, które rzucały słabe, żółte światła. Samochód Daviesa stał na samym końcu, co zdecydowanie ułatwiało Rose sprawę.
Cały czas zastanawiała się, jak powinna zacząć rozmowę. Od początku nie zamierzała wyjaśniać mu wszystkiego, nie potrzebowała współczucia, szczególnie od niego. Czy miała po prostu to z siebie wyrzucić? Ostrożnie wprowadzić go w temat?
Im dłużej o tym myślała, tym mniejszą ochotę miała prosić go o cokolwiek. Jeśli ją wyśmieje i rozpuści kolejne plotki, będzie skończona.
Po chwili zreflektowała się. William nie był typem osoby, która zrobiłaby coś takiego. Przecież pomógł jej wtedy, kiedy straciła kontrolę w klubie, i nikomu o tym nie wspomniał. Nawet Jennifer przyznała, że zachował się w porządku. Ponadto, gdyby nie miała do niego choć odrobiny zaufania, nie mogłaby czuć tego wszystkiego, co przytłaczało ją, gdy chłopak był w pobliżu.
Uspokój się, Rose. Przecież postanowiłaś, prawda?
Jej interesujące alter-ego czasami było aż nadto pomocne. Jednak tym razem, musiała przyznać mu rację. Podjęła decyzję, a Davies to jedyna osoba, która mogłaby okazać się pomocna w jej zrealizowaniu.
Wcisnęła zmarznięte ręce do kieszeni kurtki. Jeszcze chwila i odmrozi sobie siedzenie. Gdzie ten idiota? Znając jego samouwielbienie, pewnie zaspokaja oddane fanki, które tylko czekają na okazję do zaciągnięcia go do sypialni.
- Skąd ta mordercza mina?
Podniosła wzrok na Daviesa, stojącego naprzeciwko. Leniwy uśmieszek przebiegł przez jego twarz, aby po chwili zastąpiła go czysta ciekawość.
- Nie zapytasz, co tu robię? – rzuciła, nie zmieniając pozycji. Chciała to rozegrać po swojemu, ale po prostu zdrętwiał jej tyłek.
- I tak mi powiesz, prawda? – Zmarszczył czoło zaniepokojony. - Ale jeśli chodzi o wyznanie miłosne, to wiedz, że…
- Nie o to chodzi – wymamrotała pospiesznie, oblewając się zimnym potem i odwracając wzrok.
Przez kilka długich sekund panowała głucha cisza, kiedy Rose zbierała się w sobie, a William wpatrywał w nią, przekrzywiając lekko głowę.
- Mam prośbę. – Jej zdecydowany głos przeciął ciszę.
Chłopak nie ukrywał swojego zaskoczenia.
- Ty? Prośbę? – zapytał. – Do mnie?
- Nie jest to zwykła prośba. – Rose przygryzła wargę.
- Mam nadzieję, że nie chodzi o udawanie twojego chłopaka.
Dziewczyna syknęła na niego oburzona.
- Oczywiście, że nie! Zwariowałeś?
Krótkie wzruszenie ramion.
- Zdarzały się takie przypadki.
Rose wyrzuciła ręce w górę w geście frustracji.
- Czemu zawsze musisz utrudniać?
William uśmiechnął się lekko.
- Uznajmy, że trochę rozluźniam atmosferę. – Podszedł bliżej i usiadł obok niej na masce auta.
Dziewczyna napięła wszystkie mięśnie, czując chłopaka tak blisko. Prawie stykali się ramionami. Jak miała mu cokolwiek powiedzieć, nie mogąc nawet zebrać myśli?
- Więc, co z tą twoją prośba? – Ciepły oddech owionął jej ucho.
Pod wpływem emocji, zerwała się na nogi. Aby zatuszować swoje zdenerwowanie, zaczęła krążyć tam i z powrotem.
- Pamiętasz, kiedy byłeś u mnie i bardzo chciałeś wyciągnąć, co się ze mną stało? – zaczęła cicho, zatrzymując się w końcu naprzeciw chłopaka. Teraz nie było odwrotu.
Kiedy otrzymała potwierdzenie w formie kiwnięcia głową, kontynuowała.
- Powiedziałam ci, że grałam na skrzypcach, prawda? – Zacisnęła ręce w pięści. – I że już tego nie robię.
- Pamiętam. Ale wciąż nie rozumiem, co to ma do twojej prośby. – Davies spoglądał na nią z niezrozumieniem.
- To, co zamierzam ci powiedzieć, jest dla mnie cholernie trudne. – Westchnęła. – I wiem, że nic z tego nie rozumiesz, ale podjęłam pewną decyzję.
William tylko na nią patrzył. Nie widziała w jego oczach żadnych emocji. Po prostu siedział i wbijał w nią wzrok.
- Musisz wiedzieć, że kiedyś, gdy byłam młodsza, wydarzyło się coś, czego wolałabym nie pamiętać. – Głos Rose zadrżał nieznacznie. – Przez to przeżyłam załamanie nerwowe i musiałam przejść specjalną terapię. Dlatego przestałam grać na skrzypcach.
Z każdym kolejnym słowem, mówienie stawało się coraz trudniejsze. Jak miała ubrać w słowa to, co chciała mu powiedzieć?
- Dlaczego mi to mówisz? – Cichy głos Daviesa dotarł do niej z niewielkim opóźnieniem. Patrzył na nią z czymś niezwykłym w oczach. Nie potrafiła tego zidentyfikować.
- Bo jesteś jedynym, który może mi pomóc – powiedziała po prostu. – A raczej twoja muzyka.
- Jak moja muzyka może ci pomóc?
Odwróciła wzrok.
- Nie byłam w stanie grać na skrzypcach dłużej niż pięć minut. Ale wiesz… - Uśmiechnęła się. – Kiedy usłyszałam, jak grasz i śpiewasz, coś się zmieniło. Zawsze spychałam wspomnienia ze skrzypcami na dalszy plan, ale wtedy… Zaczęłam o tym myśleć, chcieć grać. To zdarzyło mi się pierwszy raz. – Objęła się ramionami, drżąc lekko z zimna. – Słuchając ciebie, mogę bez przeszkód być tamtą Rose, która uwielbiała grać i marzyła o zostaniu profesjonalistką.
Zamilkła, nie wiedząc, co powiedzieć dalej. Nie miała odwagi spojrzeć na Williama.
- Pewnie uznasz mnie za jakąś wariatkę, która ma obsesję na twoim punkcie – zaśmiała się nerwowo. – Pewnie można by to tak ująć.
- Nigdy nie myślałem o tobie, jak o wariatce. – Głos chłopaka był bliżej niż się spodziewała.
Podniosła głowę i drgnęła zaskoczona. William stał tuż przed nią, więc musiała lekko zadrzeć głowę, aby móc spojrzeć mu w oczy.
- To pierwszy raz, kiedy ktoś powiedział mi coś takiego – oznajmił nagle. – Zawsze chciałem, żeby moja muzyka, moje piosenki docierały do ludzi i pozostawiały po sobie ślad. – Chwycił ją za ramiona i pochylił głowę. Stykali się czołami. – Parker, jeśli miałabyś być wariatką, to tylko w pozytywnym tego słowa znaczeniu. – mruknął, patrząc na nią zmrużonymi oczami.
Rose otworzyła szeroko oczy, zbyt zaskoczona, żeby zareagować. Byli tak blisko, że mogła dostrzec brązowe plamki na jego zielonych tęczówkach.
Trwali w tej dziwnej pozycji kilkanaście długich sekund, która wydawały się ciągnąć w nieskończoność.
W końcu Davies odsunął ją od siebie i puścił.
- Chyba za bardzo się zagalopowałem. – Zmierzwił włosy z zakłopotaniem. – Wybacz.
- To nic – wydukała tępo, nie mogąc dojść do siebie po tak długiej bliskości.
- Możesz mówić dalej. – Spojrzał na nią z politowaniem. – Ale może wsiądźmy do auta, bo za chwilę odgryziesz sobie język.
Propozycja była tak kusząca, że Rose po prostu nie mogła odmówić. Kiwnęła więc głową i podreptała w stronę drzwi pasażera. Wślizgnęła się do środka, czując bardziej niezręcznie niż zazwyczaj. Miała szczęście, że Davies nie wiedział, jaka szalała w niej burza.
- W takim razie przejdę od razu do mojej prośby. – Wznowiła temat, kiedy William zatrzasnął drzwi. – Chcę, żebyś pomógł mi wrócić do grania. Jeśli twoja muzyka działa na mnie jak lekarstwo, to musisz jedynie dla mnie grać. – Wbijała wzrok w kolana, kręcąc młynki kciukami.
Nie powiedziała mu wszystkiego. Nie wspominała o mamie, szczegółach terapii, a już szczególnie nie miała zamiaru opowiadać Daviesowi o negatywnych skutkach słuchania jego muzyki. Wtedy prawdopodobnie nie zgodziłby jej pomóc, jakichkolwiek metod by nie użyła, aby go przekonać.
- Potrafię zrozumieć, dlaczego chcesz znowu grać, bo sam nie wyobrażam sobie siebie bez gitary. – Głos chłopaka był śmiertelnie poważny. – Ale nie wierzę, że to będzie takie proste. Inaczej już dawno sama dałabyś sobie radę. – Westchnął. – Więc, jaki jest haczyk?
- Haczyk? – rzuciła głucho, spoglądając na niego. – Co masz na myśli?
- Co może ci się stać? – zapytał. - Muszą być jakieś konsekwencje.
Przygryzła wargę. Powinna być z nim szczera, prawda? Ale jeśli mu powie, nie zgodzi się.
- Cóż… - wymamrotała. – Mogę mieć problemy ze snem.
Davies parsknął.
- Parker, mam uwierzyć, że to jedyne, co może się stać? – Popukał jej palcem w czoło. – Patrząc na twoje podkrążone oczy, to już się dzieje.
- Słuchaj, to moja sprawa – burknęła, odpychając jego rękę. – Podjęłam taką decyzję i to ja poniosę konsekwencje. Nie powinno cię to interesować.
- Ale z ciebie egoistka – stwierdził, zaskakując ją kompletnie. – Nie przejmujesz się tym, że twoja rodzina i przyjaciele mogą się martwić? Że to może ich zranić? Wcale nie brałaś tego pod uwagę, prawda?
Rose nie wierzyła własnym uszom. Oskarżał ją o egoizm? Jakby sam był wielkim altruistą!
- Davies, to moje życie – syknęła. – Do niedawna, myślałam tylko o innych. Jakich tematów nie poruszać, żeby nie przypominać ojcu o mamie? Co zrobić, żeby pogodzić skłócone przyjaciółki? Nie żałuję tego i dalej będę się o wszystkich troszczyć tak samo. Ale nie mogę żyć z myślą, że tak po prostu, bez żadnego wysiłku, porzuciłam coś bardzo ważnego.
- Jeśli mam wziąć czynny udział w czymś, co mogłoby się odbić na twoim zdrowiu, to nie oczekuj, że się zgodzę – oznajmił stanowczo William. – Wiem, że uważasz mnie za nieczułego drania, ale znam granice. Moja muzyka nie miała krzywdzić, ale pomagać.
- Ale ja chcę, żeby mi właśnie pomogła – jęknęła, masując skronie. –  Jasne, mogę się znowu załamać i wtedy na pewno skończę w wariatkowie. Ale jeśli mam wyrzucać sobie do końca życia, że mogłam coś zrobić, cokolwiek, to… - Wzruszyła ramionami.
William westchnął ciężko, opierając głowę o zagłówek.
- Nie wierzę w tę całą sytuację – mruknął. – To, że prosisz mnie o coś, co może cię poważnie zranić.
- A ja nie wierzę, że zwierzyłam się komuś, kogo… - Urwała, oblewając się rumieńcem. – Nieważne. – Odwróciła głowę, wyglądając przez szybę. – Jeśli się nie zgadzasz, to trudno.
- Nie sądzę, żebym był w stanie to zrobić, Parker – powiedział William cicho. – Prosisz o niemożliwe.
Przymknęła oczy. Właściwie, czego się spodziewała? Że przytaknie jej z radością bez żadnych pytań? Jeśli jakaś malutka część jej tak właśnie myślała, to się grubo pomyliła. Davies nie był skory do pomocy.
- No nic, dziękuję, że mnie wysłuchałeś. – Uśmiechnęła się do niego z wysiłkiem. – Sama znajdę sposób.
- Dobrze się nad tym zastanów – odparł William, patrząc na nią z niepokojem. – Odwieźć cię do domu?
Potrząsnęła głową.
- Nie, przejdę się.
Wysiadła z samochodu, po czym usłyszała dźwięk odpalania silnika. Obserwowała, jak chłopak odjeżdża, nie mogąc zmusić nóg do ruchu.
Jej nadzieja rozpadła się na kawałki. Zaczynała myśleć, że rozmowa z Daviesem wcale nie była dobrym pomysłem. Teraz chłopak znał więcej jej sekretów niż przyjaciele, nie mówiąc o tym, że wiedział o słabości Rose. Jak miała się z nim zmierzyć w szkole? Udawać, że nic się nie stało? Prawdopodobnie mogłaby to zrobić, ale czy William postąpi tak samo? Była pewna, że nie posunąłby się do czegoś takiego jak szantaż, ale jej alter-ego podsuwało nieciekawe pomysły.
Jakby tego było mało, pozostała bez wyjścia. W jaki sposób miała znowu grać, jeśli jej jedyna szansa właśnie przepadła? Tym, co jej pozostawało, było dalsze przychodzenie do klubu i słuchanie Daviesa. Powiedziała mu, że znajdzie sposób i nie kłamała, ale jak na razie to powinno Rose wystarczyć.
Zbyt dużo zwaliło się na nią w jednym momencie. Powoli wyczerpywała się jej tolerancja na niespodzianki i stresujące rozmowy.
A coś czuła, że to dopiero początek.

3 komentarze:

  1. no super a następny rozdział za następny miesiąc?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Proponowałabym czytanie krótkiej informacji przed rozdziałem :) Wtedy może nie zadawałabyś bezsensownych pytań.
      Pozdrawiam,
      Viv

      Usuń
  2. UWIELBIAM CIĘ, UWIELBIAM CIĘ!!!!
    Ech...
    Tak, ja czekałam na Willa :D I bardzo dobrze, że się pojawił, Rose od tego nie zginie. ;p A więc może trochę pocierpieć z jego powodu... Bardzo lubię Twoją długość rozdziałów, w pewnym stopniu zaspokajają moją żądzę wiedzy, ale kiedy zbliża się koniec, to ja i tak czuję, że to za mało. :( Nie żebym się czepiała, czy coś, po prostu moja chęć poznania, co stanie się dalej, jest zbyt wielka ^_^
    OJEJ! Rose wyznała Willowi prawdę o sobie! No nie może być! A on się o nią w pewien pokręcony sposób o nią troszczy, czy Rose tego nie widzi? ^_^ Przecież to, że nie chce jej pomóc, bo nie chce jej skrzywdzić... To jest takie UROCZE! A ten moment, kiedy tak się do siebie zbliżyli, jhuyfrdsxfcvghbjn! Rozpływam się... Czytając ten rozdział i to ich spotkanie przy samochodzie, przypomniało mi się, że ich pierwszy, niestety zapomniany przez Daviesa (jak on może!) pocałunek wydarzył się właśnie przy tym samochodzie! *____*
    Dobraaaa, już nie ekscytuję Willem... Ale ja to bym chciała spotkać takiego Willa, niezależnie od tego, czy jest draniem, czy nie... Ale to byłoby zbyt piękne, że by mogło być prawdziwe :')
    Dobrze, że Rose znalazła ten pamiętnik mamy (zapewne się powtarzam). :) Należało jej się to ^_^ Mam również nadzieję, że uda jej się ponownie zagrać na skrzypcach! ^_^
    Powodzenia w uczeniu się na maturę! ^_^ I powodzenia na samej maturze! ^_^

    OdpowiedzUsuń