logo

12/27/2016

Rozdział XXXV "Never Ending Story"



W końcu udało mi się dokończyć rozdział (zaraz chyba rozpłaczę się ze szczęścia). Macie dużo kochanego Willa, wedle życzenia. 
Zdążę nawet napisać spóźnione "Wesołych Świąt" i niespóźnione "Szczęśliwego Nowego Roku"! Oby ten nadchodzący rok był lepszy od poprzedniego i obfitował w sukcesy (i rozdziały Róży - tego sobie życzę ja).
Wpadłam też na pewien pomysł. Ponieważ rozdziały pojawiają się tak rzadko, a nie każdy czatuje na nie codziennie, pomyślałam, że warto byłoby stworzyć jakiś system powiadamiania o aktualizacji (oprócz obserwowania bloga przez konto Google, oczywiście). A więc, jeśli ktoś chce być powiadamiany o nowych rozdziałach i nowinkach na blogu, niech w komentarzu poda swojego maila (albo jakikolwiek sposób kontaktu), a ja będę skrupulatnie o wszystkim powiadamiać. Jeśli ktoś nie chce podawać takich informacji tutaj, może śmiało napisać bezpośrednio na maila rozawpotrzasku@gmail.com. 
Kolejna sprawa; na blogu pojawiła się nowa zakładka, Pytajka, gdzie możecie zadawać pytania o bohaterach i wszystkim, co chcielibyście wiedzieć. Chętnie udzielę dodatkowych informacji o epizodycznych, albo rzadko pojawiających się postaciach :)
Dzisiaj się rozpisałam, ale za to macie długi rozdział!


Miłego czytania i zapraszam do komentowania :)




Jedną z nielicznych rzeczy, jakich Rose nie znosiła, było spóźnianie się. Lubiła przychodzić o czasie, a nawet kilka minut wcześniej. Nie lubiła natomiast wpadać w pośpiechu, na ostatnią chwilę, a później przepraszać za spóźnienie.
Dlatego w tej chwili niecierpliwiła się, czekając w Klubie Muzycznym na Williama. Czy ten człowiek potrafił choć raz być punktualny?
Po odczekaniu piętnastu minut, kiedy zaczęła zbierać się do wyjścia, do środka wszedł Will.
— Długo czekałaś? — zapytał.
— Wystarczająco, żeby iść do domu — odparła z irytacją, obowiązując szalik wokół szyi. — Mógłbyś nauczyć się punktualności  — dodała kąśliwie, zamaszystym ruchem zarzucając torbę na ramię.
— To tylko piętnaście minut – odparł z przepraszającym uśmiechem, za który Rose miała ochotę jednocześnie go walnąć i pocałować. — Ale za to mam coś ciekawego. — Zamachał jej czymś przed nosem.
Skupiła wzrok na dwóch kawałkach papieru, które trzymał, a które przypominały... bilety?
— Bilety? — potwórzyła myśl, zapominając o złości. — Na co? Jeśli myślisz, że to mnie...
— Na Noizz.
Wybałuszyła oczy, niedowierzając. Wyrwała bilety z rąk Williama i w pośpiechu przeczytała ich treść. To naprawdę były bilety na Noizz! I to w dodatku na dzisiejszy wieczór!
— Uwielbiam ich! — wykrzyknęła. — Nie wiedziałam nawet, że grają w Nowym Jorku.
William obserwował jej wybuch entuzjazmu z rozbawieniem.
— To prywatny koncert — wyjaśnił, jakby to było oczywite. — Grają w niewielkim klubie.
Spojrzała na niego podejrzliwie, nie chcąc rozstawać się z biletami.
— Więc skąd masz bilety?
— Ma się te znajomości.
Rose jęknęła. Nic dziwnego, że machał jej przed chwilą biletami na prywatny występ, jeśli przyjaźnił się z członkami Noizz.
— Miałem wcale nie iść i oddać komuś bilety. — Wzruszył ramionami.
— I nie wykorzystać takiej okazji? – oburzyła się Rose. — Przecież to świetny zespół!
— Dlatego zmieniłem zdanie.
Dziewczyna rzuciła mu kolejne podejrzliwe spojrzenie.
— A właściwie dlaczego przyszedłeś tu z tymi biletami? – zapytała. — Bo nawet nie zakładam, że chciałbyś mi jeden oddać.
Davies złapał się za serce, udając urażonego.
— Aż tak ciężko w to uwierzyć?
— Tak. — Niechętnie wyciągnęła bilety w jego stronę. — Możesz zabrać którąś ze swoich fanek.
— Nie mogę. Po koncercie przeszłaby na stronę Noizz. — Pokiwał głową ze smutkiem. — A tak na poważnie, nie chciałem zmarnować biletu, skoro już się wybieram. Poza tym, byłem dzisiaj umówiony z tobą, a przecież nie wypada się wymigiwać.
 A od kiedy tak się przejmujesz tym, co wypada?
Davies wywrócił oczami, wzdychając ciężko.
 Prosta decyzja, Parker  rzucił, rozkładając ręce.  Albo idziesz ze mną, albo idę sam, a drugi bilet się marnuje.
Rose nie potrzebowała dużo czasu do namysłu. Jeśli William proponował jej wspólne wyjście na koncert Noizz, to kim ona była, żeby mu odmówić.
Przycisnęła bilety do piersi i uniosła dumnie głowę.
 W porządku  oznajmiła.  Nie mogę pozwolić, żeby taka okazja się zmarnowała.


William zaparkował gdzieś na obrzeżach miasta, a przynajmniej tak założyła Rose, gdyż ruch był tutaj niewielki i brakowało tych wszystkich atrakcji, których na pęczki było w centrum.
 To na pewno tutaj?   zapytała, z powątpiewaniem rozglądając się przez szybę.
 W końcu to prywatny koncert  odpowiedział Davies, gasząc silnik.  To taka dzielnica, gdzie kręcą się mniej i bardziej znani muzycy.
 Dlaczego nic o niej nie słyszałam?
 Bo to zamknięte środowisko. I do tego dość specyficzne.
Rose, dostatecznie zaciekawiona, w pośpiechu wygramoliła się z samochodu.
 I tak po prostu mnie do niego wprowadzasz?  rzuciła do Williama, który stał po drugiej stronie samochodu i przerzucał gitarę przez ramię. Ciekawe, po co była mu potrzebna?
Posłał jej rozbawione spojrzenie.
  Jasne.
Zmrużyła oczy podejrzliwie, nie wierząc mu ani przez chwilę.
 Dobra, to gdzie teraz?
Davies poprowadził ją niewielkim chodnikiem, który oświetlały jedynie przytłumione światła latarni. Dopiero teraz zauważyła, że większość lokali to były kluby, kawiarnie albo dziwne knajpki. Z każdej strony do jej uszu dolatywała muzyka, mieszając się w jeden wielki strumień melodii i dźwięków.
Po drodze mijali ich różni ludzie. Nieznajomi skryci pod kapturami, ale też rozśpiewane grupki, grający na instrumentach i przyklaskujący w rytm muzyki.
Rose przyglądała się wszystkiemu z rosnącą ciekawością. Nie miała pojęcia, że takie miejsce istnieje. W jej rodzinnych stronach jedyne “miejskie” życie działo się w piątkowe i sobotnie wieczory, ale nie do końca można było nazwać “życiem” partie brydża albo co miesięczne wieczorki taneczne z muzyką z czasów jej dziadków.
 To tutaj  oznajmił William, wskazując na miejsce po ich prawej stronie.
Wzrokiem próbowała odnaleźć szyld, ale nie było niczego, co sugerowałoby nazwę lokalu. Widziała przed sobą jedynie czarne, metalowe drzwi na tle szarego betonu.
 Jesteś pewny?  Spojrzała na chłopaka, myśląc, że stroi sobie z niej żarty, ale on już nacisnął na klamkę i otworzył drzwi.
Puścił ją przodem, a kiedy Rose niepewnie przekroczyła próg, rozszerzyła oczy w zdziwieniu.
To było prawdopodobnie najbardziej kltimatyczne miejsce, w jakim była.
Zamiast ścian stare, czerwone cegły, a na podłodze szkarłatny, mięki dywan, przez który miała wrażenie, że stąpa po trawie.
Przed nimi ciągnął się dość długi korytarz, o pół okrągłym sklepieniu, na którego końcu dostrzegła zarys schodów prowadzących w dół.
 Wow  wyszeptała.
William roześmiał się za jej plecami.
 Też tak zareagowałem, kiedy byłem tu pierwszy raz.
Ruszyła korytarzem, zauważając, że na ścianie wiszą płyty winylowe oprawione w antyramy, a co jakiś czas pojawiają się czyjeś zdjęcia.
  Dlaczego Noizz grają akurat tutaj?  zapytała.  Nie zrozum mnie źle. To miejsce jest świetne, ale przecież to bardzo znany zespół.
 Bo tutaj zaczynali.  William przystanął przy jednym ze zdjęć.  Nie konkretnie tutaj, ale na tej dzielnicy. Chociaż, z tego co wiem, tu grywali najczęściej.  Wskazał na fotografię.   Pierwszy raz słyszałem ich właśnie wtedy, kiedy zrobiono to zdjęcie.
Rose podeszła bliżej i przyjrzała się. Z łatwością rozpoznała członków Noizz, ale na fotografii wydawali się młodsi. Teraz byli od niej kilka lat starsi, więc w tamtym czasie musieli mieć jakieś dziewiętnaście lat.
Stali na niewielkiej scenie, uśmiechając się szeroko do obiektywu. Rose poczuła ukłucie czegoś dziwnego, ale nie potrafiła stwierdzić, co było nie tak.
Ale potem uderzyło ją coś innego.
 W takim razie musiałeś mieć wtedy jakieś czternaście lat  stwierdziła, patrząc na Williama z zaskoczeniem.   Kręciłeś się tutaj w takim wieku?
Chłopak uśmiechnął się, widząc jej minę.
  Spokojnie, nie upijałem się do nieprzytomności.
Szczerze mówiąc, właśnie o tym pomyślała najpierw. Nic dziwnego, Davies był dla niej definicją nieprzyzwoitości.
 Nawet przez głowę mi to nie przeszło  prychnęła z wyższością, zauważając, że William zręcznie uchylił się od prawdziwej odpowiedzi. Przecież żadne czternastoletnie dziecko nie szwenda się po takich miejscach bez dobrego powodu.  Idziemy?
Kontynuowała wędrówkę korytarzem, aż dotarła do schodów, które były wyłożone tym samym dywanem, co posadzka. Już z tego miejsca słyszała muzykę, ale to jeszcze nie był czas koncertu Noizz, więc grał ktoś inny.
 Znajdę nam jakiś stolik  odezwał się Will za jej plecami i wyprzedził ją, zbiegając po schodach.
 Czekaj!  zawołała, ale muzyka zagłuszyła jej głos.
I co ona teraz miała zrobić? William za plecami dodawał jej pewności siebie, więc jak mogła teraz tak po prostu wejść do lokalu pełnego obcych ludzi, z których większość na pewno znała Noizz, bo przecież był to prywatny koncert. Nie pasowała tutaj.
Odetchnęła głęboko i kopnęła się mentalnie w tyłek, dodając sobie odwagi.
Ale już po zejściu ze schodów zauważyła pierwszą przeszkodę w postaci rosłego, łysego pana z groźnym wyrazem twarzy.
 Wejście tylko za okazaniem biletu  powiedział, mierząc ją wzrokiem.
Nic nie mogła poradzić na to, że stresowała się w pobliżu niebezpiecznych mężczyzn, którzy w każdej chwili mogli powalić ją na ziemię albo wywlec na zewnątrz, zostawiając siniaki.
Śmiejąc się nerwowo, zaczęła przeszukiwać kieszenie, po czym przypomniała sobie, że w samochodzie oddała bilety Williamowi, zakładając, że wejdą tu razem.
Świetnie, drań nie wpadł na to, że mogę potrzebować czegoś tak mało ważnego jak bilet.
 Znajomy przed chwilą tu wchodził i ma nasze bilety, więc może pójdę po nie i wrócę, żeby pokazać  powiedziała z uśmiechem przyklejonym do twarzy.
 Nie ma biletu, nie ma przejścia.  Mężczyzna zagrodził jej drogę, zaplatając ręce na piersi.
 Ale...  jęknęła żałośnie, przeklinając Daviesa w myślach.
 Spokojnie, Joseph.  Ktoś klepnął ochroniarza w ramię, ale przez jego potężną budowę nie mogła dostrzec kto.  Koleżanka jest ze mną.
Przerażający człowiek, zwany też Josephem, odsunął się, robiąc miejsce dla kogoś, kogo Rose wcale się nie spodziewała.
Blake Johnsson, członek Noizz, stał przed nią i wcale jej się to nie przyśniło.
 Will powiedział, że przyprowadził swoją towarzyszkę.  Uśmiechnął się uprzejmie.  Zakładam, że to ty.
 Ale dziewczyna nie ma biletu  wtrącił ochroniarz, powstrzymując Rose przed piskiem, który już już miała z siebie wydać.
 Joseph, znamy się już... ile? Pięć lat?  zapytał z rozbawieniem Blake.  A ty za każdym razem robisz mi to samo.
Przez chwilę facet wyglądał, jakby chciał zaprotestować, ale w końcu machnął ręką.
 Dobra, idźcie już.  Cofnął się na swoją stałą pozycję.
 Słyszałaś? Zostaliśmy ułaskawieni  zaśmiał się Blake.  Chodźmy, bo Will umrze ze zmartwienia.
Rose bez słowa podążyła za chłopakiem, wciąż nie do końca ogarniając to, co się działo. Czy ona właśnie szła obok Blake’a Johnssona? Tego, którego widywała w telewizjii?
Dyskretnie na niego spojrzała, omiatając wzrokiem ciemne dżinsy i prostą szarą koszulkę,     a kończąc na krótkich, lekko nastroszonych czarnych włosach.
Wzdrygnęła się, kiedy Blake odwrócił się nagle, idąc tyłem kolejnym krótkim korytarzem.
 Przez Josepha nawet nie zdążyłem się przedstawić  zaczął z zakłopotanym wyrazem twarzy.  Blake.  Wyciągnął rękę.
Niepewnie uścisnęła ją swoją drżącą, spoconą dłonią.
 Wiem  wypaliła, zanim zdążyła się powstrzymać.  Przepraszam. Jestem fanką. To znaczy, jestem Rose.  Spłonęła rumieńcem, uciekając wzrokiem.
Wybuchnął śmiechem.
 Miło cię poznać, Rose.
Uśmiechnęła się nieśmiało w odpowiedzi.
Muzyka stawała się coraz głośniejsza aż w końcu weszli na główną salę.
Klub był spory, a większą jego część zajmował parkiet, którego ukoronowaniem była niewielka scena. Urządzony w barwach czerni, czerwieni i bieli, sprawiał miłe dla oka wrażenie. Długi, błyszczący blat baru zajmował całą jedną ścianę, a barmani uwijali się za nim jak w ukropie.
Szczerze mówiąc, Rose spodziewała się raczej dusznego, zadymionego pubu, oślepiającego jaskrawymi kolorami dyskotekowych świateł, a nie ciepłej, kulturalnej knajpki, w której krzyki ludzi nie wygrywają z dźwiękami przyjemnej muzyki.
 Widzę, że ci się podoba  odezwał się Blake, prowadząc ją do części ze stolikami i pozdrawiając mijanych ludzi.
 Tak, to świetne miejsce  zgodziła się, wciąż stresując się obecnością gwiazdy w swoim otoczeniu. No bo przecież Blake Johnsson niezaprzeczalnie był gwiazdą.
Swoją wędrówkę zakończyli przy loży w bardziej ustronnym miejscu sali.
Na czerwonych, skórzanych kanapach siedzieli, a jakże, Lucy i Martin - pozostali członkowie Noizz.
 Nie mówiłeś, że twoja dziewczyna ma taki dobry muzyczny gust, Davies.  Blake wyszczerzył się do Williama.
Rose poczuła się w obowiązku wyjaśnić to nieporozumienie.
 Nie jestem jego dziewczyną.
 Inaczej bym jej tu nie przyprowadził  odezwał się w tym samym momencie Davies.
Spojrzała na niego z niedowierzaniem, nie wiedząc, czy bardziej zdziwiła ją jego odpowiedź czy to, że nie zaprzeczył, że jest jego dziewczyną.
Davies wzruszył ramionami, a pozostała trójka wybuchnęła śmiechem.
 W każdym razie  kontynuował Blake.  Rose, to jest Lucy i Martin, ale to już pewnie wiesz.
Rose postanowiła, że od tej pory pomyśli dwa razy, zanim coś powie.
 Cieszę się, że mogę was poznać.
Wymieniła uściski dłoni, a potem Lucy poklepała miejsce obok siebie.
 Chodź, klapnij sobie.  Uśmiechnęła się zachęcająco.  A chłopcy przyniosą coś do picia. Czego się napijesz?
Rose poprosiła o sok pomarańczowy i niepewnie przysiadła na skraju kanapy.
 Ja nie gryzę  roześmiała się Lucy, kiedy już zostały same.  No chyba że w samoobronie, ale raczej nie masz zamiaru nagle się na mnie rzucić.  Odgarnęła kasztanowe włosy, opadające na ramiona łagodnymi falami.
Rose zagapiła się na jej twarz i stwierdziła, że była jeszcze ładniejsza niż w telewizji. Długie, sięgające pasa włosy odgarnęła za uszy, odsłaniając okrągłą, uroczą twarz, rumiane policzki, prosty nos i piwne oczy.
Jednak najbardziej wyrazista była ta radość, którą Lucy aż promieniała. Szeroki uśmiech, wesołe ogniki w oczach i urocze dołeczki w policzkach to pierwsze, co Rose zauważyła.
 Zaczynam się niepokoić tym wpatrywaniem we mnie.
Rose uśmiechnęła się przepraszająco.
 Po prostu was uwielbiam, naprawdę!  Szlag trafił jej wcześniejsze postanowienie.  Uch, to takie głupie  jęknęła.
Lucy potrząsnęła głową.
 Wcale nie!  zaprotestowała gorąco.  Nawet nie wiesz, jak ciepło robi się na sercu, kiedy słyszy się takie słowa  zapewniła.   No i ego rośnie  dodała ze śmiechem.
Po tych słowach, Rose odrobinę się rozluźniła i wdała w luźną pogawędkę z Lucy. Była natomiast zła na Daviesa, że nie uprzedził jej o tym spotkaniu. Przygotowała się jedynie na przyjemny wieczór, słuchając Noizz z daleka, a nie wierzyła, że William nic o tym nie wiedział.
Z drugiej jednak strony chyba powinna mu podziękować. Gdyby nie on, nigdy nie miałaby okazji osobiście poznać swoich idoli.
 O, chłopcy idą  zauważyła Lucy i rzeczywiście, cała trójka manewrowała między stolikami w ich stronę.
Martin postanowił przed nimi sok pomarańczowy i wcisnął się na miejsce obok Rose, zgniatając ją między sobą a Lucy.
Pomyślała, że jeszcze chwila, a zacznie hiperwentylować.
 Wyglądasz, jakbyś zaraz miała zemdleć  zauważył, jakże pomocnie, William.
Zasztyletowała go wzrokiem, po czym uśmiechnęła się przepraszająco do Martina, niczym matka przepraszająca za swoje niesforne dziecko.
Martin, trzeci i ostatni członek Noizz, był ogromnie wysoki, ale też bardzo umięśniony, co widać było na pierwszy rzut oka dzięki przylegającej, granatowej koszuli. Przy nim to nawet William wyglądał jak chucherko, chociaż Rose już dawno zauważyła, że musiał regularnie pojawiać się na siłowni.
Mimo swojej groźnej postury, chłopak miał tak miły wyraz twarzy - uzupełniony przez złociste blond włosy - że nawet gdyby chciała, nie potrafiłaby się go bać.
 No, to opowiedz nam coś o sobie, Rose  powiedział niskim, lekko zachrypniętym głosem, wpatrując się w nią ze szczerym zainteresowaniem.  Chętnie się dowiem, czemu taka fajna dziewczyna zadaje się z tym palantem.   Nie odwracając od niej wzroku, wskazał na Williama.
 Hej!   zaprotestował Davies z oburzeniem.   Mógłbyś chociaż powiedzieć “przystojnym palantem”.
W takich chwilach Rose na poważnie zastanawiała się, co ona widziała w tym chłopaku.
 Chodzimy do tej samej szkoły  wyjaśniła.  Ale w Nowym Jorku mieszkam od kilku miesięcy   dodała, rumieniąc się pod tym przenikliwym spojrzeniem Martina.
 Nie jesteś stąd?   zainteresowała się Lucy.  To pewnie Nowy Jork musiał być dla ciebie niezłym szokiem.  Zgromiła Martina wzrokiem.  Przestań się tak na nią gapić. Nie widzisz, że się dziewczyna stresuje?
Zrugany chłopak westchnął ciężko, ale odsunął się od Rose i oparł wygodnie o miękkie oparcie kanapy.
  Do tej pory mieszkałam w bardzo małym miasteczku, a tutaj tyle się dzieje, że nie mam na co narzekać  oznajmiła, a po chwili zastanowienia dodała:  No, może oprócz komunikacji miejskiej. Kiedy chciałam pierwszy raz pojechać do centrum, byłam tak zestresowana dojazdem, że z rozkojarzenia huknęłam głową o metalową tablicę z rozkładem jazdy.   Skrzywiła się na samo wspomnienie.
Davies wybuchnął niekontrolowanym śmiechem, krztusząc się wodą, którą właśnie pił.
Spojrzała na niego, doskonale pamiętając, co jeszcze wydarzyło się tego dnia.
 Tego samego dnia się poznaliśmy   powiedziała, nie spuszczając z niego wzroku.
Wspomnienie ostrych słów Williama i jego okrutnego zachowania wciąż było świeże w jej pamięci, bo nie miała pojęcia, dlaczego tak postąpił z tamtą dziewczyną. Zgrzytało jej to z obrazem Willa, którego znała teraz.
 Jak to?   zapytała zaciekawiona Lucy.
Rose widziała, jak twarz Daviesa ściąga się w grymasie, a on marszczy czoło, ale zanim zdążył spotkać się z jej spojrzeniem, ona przeniosła wzrok na Lucy.
 Spotkaliśmy się w księgarni, ale dopiero potem okazało się, że jesteśmy w tej samej szkole  wyjaśniła krótko, wzruszając ramionami.   To nie było żadne romantyczne spotkanie.
Nie, to było bardzo nie romantyczne spotkanie.
Lucy westchnęła z rozczarowaniem.
  To już nasze romantyczne spotkanie ci nie wystarcza?   zapytał z przekąsem Blake.
Lucy uniosła brwi w niedowierzaniu.
 Wtedy, kiedy kierowca autobusu zahamował gwałtownie, a ty nie zdążyłeś się niczego przytrzymać i wylądowałeś twarzą prosto w moim dekolcie?
Blake potarł policzek z roztargnieniem.
  Przez tydzień chodziłem z czerwonym śladem dłoni na twarzy.
Lucy uśmiechnęła się z nostalgią, zapewne wspominając stare czasy, a Martin jęknął.
 Czasami mam ochotę iść się wyrzygać od tych waszych miłosnych wspominek, naprawdę.
Oczywiście, Rose wiedziała, że Lucy i Blake są razem. Nie była psychofanką, śledzącą każdy ich krok, ale oni też nie ukrywali się z tym specjalnie. Fajnie było obserwować tak naturalny związek.
Lucy wychyliła się przed Rose i walnęła Martina w ramię.
 Powiem ci to samo, kiedy przyjdzie twoja ukochana Mela   syknęła, uśmiechając się słodko.
Wiadomość o tym, że Martin ma dziewczynę, była nowością. Zawsze wydawał jej się raczej typem samotnego wilka, którego nie interesują żadne romantyczne związki.
 Na nas chyba pora   wtrącił się Blake, zerkając na zegarek na nadgarstku.  Zaczynamy za piętnaście minut.
 Tylko piętnaście minut?!   zawołała przerażona Lucy.   Muszę się jeszcze przygotować, dobrze o tym wiesz, Blake. Obiecałeś, że będziesz pilnował czasu.
 No i pilnowałem, przecież piętnaście minut to kupa czasu. Zawsze panikujesz, a potem i tak jesteś gotowa przed czasem.  Wywrócił oczami, wstając od stolika.
 Zobaczymy   mruknęła, wypijając cały swój sok na raz.  Przyjdźcie potem pod scenę, Rose.  Uśmiechnęła się promiennie i pobiegła za oddalającym się Blakiem i Martinem, którzy pożegnali się skinieniem głowy.
Kiedy zniknęli w niewielkim tłumie, zbierającym się pod sceną, Rose zorientowała się, że od jakiegoś czasu William nie odezwał się ani słowem i właściwie zachowywał się, jakby go nie było. Od momentu, w którym wspomniała o ich pierwszym spotkaniu.
Przygryzła wargę, zastanawiając się, co powiedzieć, albo czy w ogóle cokolwiek mówić.
W końcu, po stoczeniu wewnętrznej walki, odchrząknęła i odezwała się:
 Dziękuję.
Davies odchylił głowę, nie patrząc na nią.
 Za co?
 No wiesz  wymamrotała niewyraźnie.  Za to, że mnie tu zabrałeś, mimo że wcale nie musiałeś. Naprawdę to doceniam.
Była pewna, że od początku wiedział, za co mu dziękuje, ale chciał po prostu usłyszeć to od niej.
 Mówiłem, że nie chciałem, żeby bilety się zmarnowały, Parker.
Parker. Dobra, wracamy do nazwisk. Świetnie.
 Chcę tylko podziękować. Może dla ciebie to nic takiego, ale dla mnie to jak spełnienie marzeń.  Naprawdę zależało jej na tym, żeby być w porządku, ale najwyraźniej William miał to głęboko w poważaniu.  Mam nadzieję, że nie narobiłam ci wstydu swoim zachowaniem, Davies  dodała cierpko.  Idę pod scenę.
Szybkim krokiem oddaliła się od stolika, wściekła na cały świat, a przede wszystkim na siebie. Dlaczego musiała się aż tak angażować we wszystko, co miało związek z Davisem? To nie było zdrowe.
Gości tego prywatnego koncertu nie było zbyt wielu, więc z łatwością dostała się pod samą scenę. Dzięki niewielkiemu podwyższeniu i temu, że scena właściwie prawie zlewała się z parkietem, członków Noizz miała praktycznie na wyciągnięcie ręki. Podobał jej się ten brak dystansu i pewnego rodzaju intymna atmosfera.
Lucy stała na scenie i słuchała Martina, który mówił jej coś do ucha, kiwając głową. Blake tymczasem sprawdzał swoją gitarę, po czym przeszedł do ustawiania mikrofonu.
To Lucy była główną wokalistką zespołu, podczas gdy Martin zajmował pozycję klawiszowca i czasami perkusisty, a Blake grał głównie na gitarze, chociaż czasami towarzyszył swojej dziewczynie. Z tego co wiedziała, melodią i słowami zajmowali się we trójkę, dlatego piosenki były takie różnorodne i stanowiły mieszankę różnych gatunków.
Noizz nie ograniczało się do jednego rodzaju muzyki i może to było powodem, dla którego Rose tak bardzo ich lubiła.
Gdy Lucy podeszła do mikrofonu na przedzie, Rose odsunęła od siebie wszystkie myśli i skupiła się na tym, po co tu przyszła.
 Dziękuję wszystkim za przyjście  zaczęła z uśmiechem, zakładając włosy za ucho.  Wszyscy dobrze się znamy, więc nie będę owijać w bawełnę. Wielu z was zawdzięczamy to, gdzie teraz jesteśmy, więc dzisiejszy wieczór to specjalne podziękowanie za całe wsparcie, jakie od was otrzymaliśmy.  Rozejrzała się, jakby chcąc spojrzeć w oczy każdemu.  Zagrać tu dla was po tylu latach to dla nas największy zaszczyt. Większego nie ma, choćby zaproponowali nam koncert dla samej królowej Anglii.
Cała sala rozbrzmiała śmiechem, a najgłośniej śmiała się chyba sama Lucy.
 To jak, zaczynamy?
Rozbrzmiały oklaski i okrzyki, do których Rose od razu się przyłączyła.
Z głośników popłynęła muzyka, a Lucy złapała mikrofon oburącz i zaczęła śpiewać, przymykając oczy. Jej delikatny, melodyjny głos, który bardziej pasowałby do anioła niż człowieka, przyprawiał Rose o ciarki.
Przeniosła wzrok na Blake’a, który siedział na wysokim stołku niedaleko Lucy i energicznie trącał struny gitary, uśmiechając się jednym kącikiem ust.
Obserwując go, miała coraz silniejsze wrażenie, że to jakieś déjà vu, ale już po chwili wiedziała.
Oglądała Williama.
Znajomy uśmiech, lekko zmrużone oczy i nonszalanckie ruchy dłoni. I chociaż Blake wydawał jej się odrobinę mniej swobodny, to niezaprzeczalnie widziała Willa.
Odwróciła się, żeby odezwać się do Daviesa, ale przecież nie było go tu. Pod scenę przyszła sama.
 Mnie szukasz?  Głos tuż przy jej uchu sprawił, że podskoczyła.
Sapnęła, łapiąc się za serce.
 Przestraszyłeś mnie.
William spojrzał na nią z - chyba - powagą, ale przez mrok pod sceną nie była tego do końca pewna.
 Wybacz.
Mimo że nie powiedział nic więcej, wiedziała, że nie przepraszał jedynie za wystraszenie jej. Bez słowa skinęła głową.
Stanął obok niej i również spojrzał na scenę, a jego twarz rozpogodziła się.
 Są świetni, co?  zapytał, przekrzykując głośną muzykę.
Gwałtownie przytaknęła, zerkając na Blake’a i upewniając się w swojej teorii.
Wspięła się na palce i zwróciła do chłopaka, który spojrzał na nią pytająco, po czym zawołała mu do ucha:
 Blake uczył cię grać, prawda?
Uśmiechnęła się z zadowoleniem, kiedy na twarzy Williama błysnęło zaskoczenie.
 Zauważyłaś?
Ponownie rzuciła wzrokiem na gitarzystę.
 Macie podobne nawyki  wyjaśniła.  Nietrudno zauważyć.
Davies wyglądał, jakby chciał się z nią nie zgodzić, ale zamiast tego poklepał ją po głowie.
 Mądra dziewczynka  zażartował.
I chociaż było to jedynie protekcjonalne poczochranie jej włosów, serce Rose zabiło mocniej, a ona wstrzymała oddech na kilka sekund
Nienawidziła się za taką reakcję na jego dotyk. Jakby była od niego uzależniona. A to już absolutnie jej się nie podobało.
Z trudem skupiła się z powrotem na koncercie, powtarzając sobie, że to jedyna okazja do posłuchania Noizz z bliska, więc nie powinna jej marnować.
Słuchając głosu Lucy i obserwując grę Martina i Blake’a, czuła mieszankę szczęścia i zazdrości. Cieszła się, widząc, ile satysfakcji sprawia im tworzenie muzyki, ale sama chciałaby robić to samo. A jak miała cokolwiek zdziałać, jeśli oni potrafili grać godzinami, a ona zaledwie kilka minut? To nie była muzyka, tylko jakieś nieudolne próby niemożliwego. Podejrzewała, że za niedługo nawet William stwierdzi, że to bez sensu.

Po godzinnym koncercie, w trakcie którego Rose wybawiła się za wszystkie czasy i uśmiała się z żartów Blake’a, opowiadanych podczas przerw między utworami, Lucy podeszła do mikrofonu.
 Ostatnią piosenkę chciałabym zadedykować naszej nowej, przesymaptycznej znajomej, Rose.  Z łatwością odszukała ją wzrokiem i uśmiechnęła się szeroko.  Brawa dla Rose!  Pomachała jej energicznie.  Dzięki za dotrzymanie nam dzisiaj towarzystwa!
Skuliła się w sobie, kiedy wszyscy podążyli za spojrzeniem Lucy i skupili na niej uwagę, po czym otrzymała głośny aplauz i okrzyki.
Zmusiła się do uśmiechu, nieswojo przebierając nogami z powodu tego nadmiaru uwagi, błagając w myślach, żeby piosenka już się zaczęła.
I jak na zawołanie, usłyszała pierwsze dźwięki Never Ending Story, która była jedną z jej ulubionych piosenek Noizz. Być może dlatego, że miała w sobie fragment grany na skrzypcach przez Lucy.
Ciekawe, czy dobór piosenki był zwykłym zbiegiem okoliczności. Spojrzała dyskretnie na Daviesa, ale nie odrywał wzroku od sceny.
Słyszała tę piosenkę tyle razy, ale na żywo wyglądało to zupełnie inaczej. A kiedy Lucy chwyciła skrzypce i spod smyczka wydobyła się czysta, hipnotuzjąca melodia, Rose wiedziała, że musi to osiągnąć. Że kiedyś stanie w tym samym miejscu co Lucy, bez względu na to, ile miałoby ją to kosztować.

Kiedy piosenka dobiegła końca, przy schodach na scenę zebrała się spora grupka ludzi, chcących pogratulować zespołowi i zamienić z nimi parę słów. Rose słyszała śmiechy, przekomarzania i prośby o wspólne, pamiątkowe zdjęcie albo podpis na płycie.
 Wracamy do stolika?   zapytał William, patrząc na nią wyczekująco.
 Ale...  zaczęła, patrząc tęsknie na trójkę schodzącą ze sceny, chcąc dołączyć do wianuszka oczekujących.
 Spokojnie, przyjdą do nas  uspokoił ją Davies.
Niechętnie podążyła za chłopakiem, oglądając się za siebie.
 I co, podobał ci się występ?
Dopiero po chwili dotarło do niej pytanie.
 Oczywiście, przecież to Noizz. Oni zawsze są świetni   odpowiedziała.  Ale sam powinieneś wiedzieć o tym najlepiej, jeśli to Blake nauczył cię grać.
Rzucił jej spojrzenie pełne wyrzutu.
 No co?  Rose szczerze się zdziwiła.
 Nie nauczył, tylko uczył. To ogromna różnica  wyjaśnił, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.  Potrafiłem grać, zanim poznałem Blake’a. On nauczył mnie, jak prawidło obchodzić się z gitrą.
Uniosła ręcę w obronnym geście, widząc urażoną minę Willa.
 Dobra, dobra. Uczył, nie nauczył. Przyjęłam.
Zajęli miejsca przy swoim stoliku, ale tym razem Davies wepchnął się na miejsce obok Rose.
 Lucy tu siedzi  zauważyła.
 To się przesiądzie.  Wymienił swoją szklankę wody z sokiem Lucy.
Rose spojrzała na niego podejrzliwie.
 Co ty kombinujesz?
Wzruszył ramionami, a ona zaczęła zastanawiać się nad pewną kwestią.
 Słuchaj, w sumie to dlaczego ciągle mnie gdzieś zabierasz?  zapytała ostrożnie.  Jasne, cieszę się, że mogłam spotkać Lucy, Martina i Blake’a, ale kiedy mieliśmy ostatnie normalne spotkanie w Klubie? Tydzień temu? Dwa?
 Pokazuję ci Nowy Jork, a ty jeszcze narzekasz  prychnął.  Każda inna dziewczyna skakałaby z zachwytu na twoim miejscu.
 Ja nie jestem każda.  Spojrzała na niego z politowaniem.  I pytam poważnie. Wiem, że masz w tym jakiś cel, ale nie wiem jaki.
Will westchnął cierpiętniczo.
 Nie mogłabyś mi po prostu zaufać?
Mogłaby. Ale wtedy niczego by się nie dowiedziała.
 Tak, wiem, że powinnam wszystkiego sama się domyślić  powiedziała.   Że to moja droga i tak dalej. Ale wiesz, czasami na drodze potrzebne są jakieś drogowskazy.
Davies nie odpowiedział. Dopiero po kilku długich sekundach zwrócił na nią wzrok i odchrząknął.
 Posłuchaj, mówiłaś, że kochasz swoje skrzypce i nie możesz żyć bez muzyki  zaczął z powagą, jakby zastanawiał się nad każdym słowem.  Potrafię to zrozumieć, ale myślę, że nie do końca mówiłaś prawdę.
 Sugerujesz, że kłamię?  obruszyła się.
 Dasz mi skończyć?   zirytował się William.  Nie znam szczegółów twojej terapii ani okoliczności tego, co się wydarzyło, ale wydaję mi się, że przez nią zapomniałaś, co to właściwie znaczy kochać muzykę.  Westchnął, przeczesując włosy palcami.  Twoja metoda to pójście na skróty, dlatego więcej z niej szkody niż pożytku.
 Ale przynajmniej jest skuteczna  odparowała Rose ze złością.  Jeśli to  rozejrzała się po klubie  jest twoja metoda, to jakoś nie widzę rezultatów.
Davies odwrócił od niej wzrok.
 Wiedziałem, że nie zrozumiesz  skwitował.
 A co to ma zna...
Jej pełne oburzenia pytanie przerwało nadejście Noizz.
 O czym tak gruchacie, gołąbeczki?  rzucił Blake.
 O niczym ciekawym  powiedział William, wstając od stołu.  Idę się przewietrzyć.
Rose odprowadziła go wzrokiem, nie dając nic po sobie poznać.
 A jemu co się stało?  zdziwiła się Lucy, zajmując miejsce obok niej i przysuwając sobie sok z powrotem.
Rzuciła wzrokiem na Lucy, a widząc jej roześmiane oczy, zarumienione od gorąca policzki i lekko przyspieszony oddech, nie miała zamiaru psuć dobrego nastroju. I tak nie mogłaby nic powiedzieć bez zdradzania zbyt wielu sekretów.
 Nie mam pojęcia  skłamała.
Blake podsumował całą sprawę machnięciem ręki.
 To Will, da sobie radę.
Rose wiedziała, że tym razem mu nie odpuści i przyciśnie go, kiedy będą sami. Musiała wiedzieć, co miał na myśli.
 To jak, podobał ci się koncert?  zapytała Lucy, a Rose z radością oderwała myśli od nieprzyjemnych spraw.
 Był świetny  zapewniła z szerokim uśmiechem.  I ta dedykacja  roześmiała się.  Nie spodziewałam się.
Blake i Martin uśmiechnęli się zadowoleni, a Lucy zwróciła się do Rose.
 Zapomnieliśmy zapytać o twoją ulubioną piosenkę  powiedziała przepraszająco.  Zapytaliśmy Willa, a on poradził nam Never Ending Story  wyjaśniła.  Mam nadzieję, że ją lubisz.
Rose po raz kolejny była zaskoczona tym, jak dobrze znał ją Davies.
 To jedna z moich ulubionych.
 No to musimy podziękować Willowi  stwierdziła Lucy.
Rose przytaknęła, po czym spojrzała na Blake’a z namysłem.
 Uczyłeś Willa grać na gitarze, prawda?
Chłopak wymienił z Martinem zaskoczone spojrzenia.
 Tak  powiedział ostrożnie.  Chociaż to trochę za mocne słowo. Pokazałem mu parę sztuczek i pomogłem doszlifować pewne elementy gry. Z tego co wiem, większości nauczył się sam.
Więc to dlatego tak się obruszył, kiedy zasugerowała, że to Blake nauczył go grać.
 Will ci o tym powiedział?  zapytał z zaciekawieniem Martin.
Pokręciła głową.
 Domyśliłam się. Macie podobne nawyki podczas grania.
Lucy objęła ją ramieniem z uśmiechem.
 Trzeba mieć dobry zmysł, żeby coś takiego zauważyć. Grasz na czymś, co?
Oblał ją zimny pot. Ciekawe, czy Davies coś im powiedział.
 Niespecjalnie  wzruszyła ramionami, siląc się na nonszalancję.  Kiedyś uczyłam się gry na fortepianie i skrzypcach, ale to stare dzieje.
 A już myślałam, że zmuszę cię do zagrania nam czegoś  jęknęła Lucy z zawodem.
 Możecie zmusić Willa  podpowiedziała z przepraszającym uśmiechem.  Na pewno się zgodzi.
 Dość dobrze się znacie  zauważył Martin.
Rose roześmiała się serdecznie.
 Chyba żartujesz  parsknęła.  Will to dla mnie jedna wielka zagadka.
Martin wzruszył ramionami.
 Wiesz, nigdy wcześniej nikogo tutaj nie przyprowadził. A znamy się już trochę.
Zamrugała z zaskoczeniem. Naprawdę była pierwszą osobą, którą Davies tu zabrał?
 Nie chciał, żeby bilety na wasz koncert się zmarnowały  powiedziała z pewną ulgą.
Blake wzruszył ramionami.
 Davies ma swoje powody, jak zawsze  stwierdził.  I jak zawsze, z nikim się nimi nie dzieli.
Rose poczuła się nieswojo. Może nie powinna tak na niego naskakiwać?
 Pójdę po niego  oznajmiła, wstając od stołu i narzucając płaszcz na ramiona.  Zaraz wracam.
Podążyła do wyjścia, po drodze wymijając ochroniarza, który tylko zmierzył ją wzrokiem, więc czym prędzej potruchtała w stronę drzwi.
Wyszła na zewnątrz, gdzie powitały ją zimne podmuchy wiatru i puch lecący z nieba, osiadający na chodniku cienką warstwą bieli. Wieczór naszedł szybko, rozpraszany jedynie światłem latarni. Zima powracała ze zdwojoną siłą.
Zarzuciła kaptur na głowę i rozejrzała się, ale nigdzie nie dostrzegła Willa, więc ruszyła w prawo wzdłuż budynku, który kończył się po kilku metrach, gdzie zaczynała się ciemna uliczka.
Stał tam, chowając się przed śniegiem pod niewielkim daszkiem i paląc papierosa.
Zmarszczyła brwi i z wahaniem podeszła bliżej.
 Nie wiedziałam, że palisz  powiedziała, otulając się płaszczem i uciekając przed ostrymi podmuchami.
Davies spojrzał na nią z mieszaniną zaskoczenia i irytacji.
 Kiedy jestem zdenerwowany  wyjaśnił.  A co? Z tym też masz jakiś problem?
Odwróciła wzrok, zmieszana. Nie odpowiedziała, bo nie miała pojęcia, co powiedzieć. Nie chciała się go czepiać, chciała tylko wiedzieć.
Lodowaty wiatr rozwiewał poły jej płaszcza i wyrywał włosy spod kaptura, ale kiedy chodziło o Willa, mogłaby stać tu całą noc, gdyby było trzeba.
Usłyszała ciężkie westchnienie. Podniosła wzrok na Daviesa, który przesunął się, robiąc jej miejsce pod daszkiem.
Stanęła koło chłopaka, starając się zachować jak największy dystans. Teraz nie potrzebowała rozproszenia.
 Przyszłaś kontynuować kłótnię?
Wcisnęła drżące ręce do kieszeni.
 Przyszłam przeprosić.
Will rzucił jej zaskoczone spojrzenie.
 Słucham?
 Nie powinnam robić ci wyrzutów  westchnęła.
 Ale?
Potrząsnęła głową.
 Nie ma żadnych ale. Po prostu nie powinnam i tyle. Nie chcę, żebyś myślał, że nie doceniam tego, co dla mnie robisz.  Wbijała wzrok w czubki butów, mamrocząc to wszystko pod nosem.  Wiem, że zgodziłam się w ciemno na twoje warunki, ale po prostu denerwuję się, kiedy nie widzę rezultatów.
 Powiedziałbym, że rezultaty są dość dobre  zauważył Will. Nie odpowiedziała, ale chyba wyczuł jej ciekawość, bo dodał:  Po prostu tego nie dostrzegasz.
Chyba wystawiał ją na próbę, dlatego znowu mówił zagadkami, które tak ją irytowały.
 Dobra, wierzę ci na słowo  odparła po dłuższej chwili.  I obiecuję, że nie będę się już wtrącać w twoje metody.
 Obiecałaś!  William uśmiechnął się z satysfakcją.  A obietnic się dotrzymuje, pamiętaj.
 Za kogo mnie masz?  prychnęła z wyższością.  Mogę spróbować?  zapytała, wskazując na papierosa w jego dłoni.
Spojrzał na nią z powątpiewaniem, ale wzruszył ramionami i podał jej papierosa.
Niespiesznie włożyła go do ust, starając się nie myśleć o tym, że przed chwilą dotykał go Davies.
Zaciągnęła się, a gryzący dym wypełnił jej nos i płuca. Zaczęła kaszleć, a papieros wypadł jej z ręki i wylądował na mokrej ziemi z cichym sykiem.
 To nie nałóg dla każdego  pocieszył ją z rozbawieniem Will, klepiąc po plecach.
 Jak możesz palić takie świństwo?!  oburzyła się dziewczyna, kiedy w końcu skończyła kaszleć, a w jej buzi pozostał jedynie obrzydliwy posmak.  I do tego to okropne uczucie w ustach! I zapach!  Skrzywiła się.  Ohyda.
Przecież nie będziesz się ze mną całować  skwitował Davies. Rose oblała się rumieńcem i zaczęła otwierać i zamykać usta jak ryba bez wody.  Zawstydziłem Rose Parker! Bezcenny widok!  roześmiał się, obejmując ją ramieniem i ruszając z powrotem do klubu, ciągnąc oniemiałą Rose za sobą.  Wracajmy, bo zaraz zamarznę. Poza tym, chyba pora wracać do domu. Patrz, która godzina.
Otrząsnąwszy się z zażenowania, Rose wyłuskała telefon z kieszeni i wybałuszyła oczy, widząc rozświetlony ekran.
 Tata mnie zabije!  wykrzyknęła ze zgrozą.
 Możesz powiedzieć, że jesteś w bezpiecznych rękach.
Rzuciła mu mordercze spojrzenie, co nastręczyło jej odrobinę trudu, biorąc pod uwagę, że szła przyciśnięta do jego boku i wykręcenie głowy było nie lada wyzwaniem.
W środku pożegnała się z Noizz, robiąc sobie pamiątkowe zdjęcie i jeszcze raz dziękując za dedykację piosenki. Lucy wpisała jej do telefonu swój numer, mówiąc, że ma zadzwonić, jeśli będzie chciała poznać Nowy Jork z innej perspektywy, a Blake wręczył bilety na koncert, który miał się odbyć w lutym, kiedy Noizz “oficjalnie” przyjedzie do miasta.

Z niedowierzaniem wpatrywała się w bilety i wspólne zdjęcie, siedząc na miejscu pasażera w samochodzie Willa.
 Mam wrażenie, że zaraz popłaczesz się ze szczęścia.
Potrząsnęła głową.
 Wciąż nie mogę uwierzyć, że to się naprawdę wydarzyło  wymamrotała.  Mam wrażenie, że to wszystko był sen.
 To nie sen   odparł Davies, zatrzymując się na czerwonym świetle.
Podsunęła mu rękę pod nos.
 Uszczypnij mnie, przekonamy się.
Spojrzał na jej śmiertelnie poważną minę i parsknął śmiechem, ale uszczypnął ją lekko.
 Dobra, więc to nie sen   stwierdziła.  I naprawdę mam bilety na koncert Noizz? Niewiarygodne.
Szczerzyła się jak głupia aż do momentu, gdy Will zatrzymał się przed jej domem. Przypomniała sobie, która była godzina i natychmiast oblał ją zimny pot. Ze strachem spojrzała na dom, ale nie paliło się żadne światło. Czyżby tata już wyruszył na jej poszukiwania?
 Muszę iść  wyszeptała, ale nie ruszyła się z miejsca.
 Z tego co widzę, to nikogo nie ma, więc chyba ci się upiekło.
Westchnęła ciężko. Nie chciała iść. Było jej tu ciepło i przyjemnie, a na dodatek miała Willa na wyciągnięcie ręki i mogła zerkać na niego, kiedy był skupiony na prowadzeniu.
Z ciężkim sercem chwyciła klamkę i otworzyła drzwi, wpuszczając do środka zimny podmuch wiatru. Zaczęła wysiadać, kiedy poczuła silny uścisk na nadgarstku.
Odwróciła się zaskoczona, spoglądając na Daviesa z niemym pytaniem w oczach.
 Mogę cię o coś zapytać?
Will miał nieodgadniony wyraz twarzy. Opadła z powrotem na fotel, zamykając drzwi, a Davies rozluźnił uścisk.
 Jasne.
Patrzyła na niego ze szczerym zaciekawieniem. O co też mógł chcieć ją zapytać?
 Ufasz mi?
Miała wrażenie, że jej serce stanęło na moment. Absolutnie nie spodziewała się takiego pytania. I do tego ten poważny, zagadkowy wyraz twarzy...
Mogła się ulotnić.
Mogła zbyć pytanie śmiechem i zmienić temat.
Mogła po prostu skłamać.
 Tak   powiedziała cicho, nie wytrzymując uporczywego spojrzenia Willa i spuszczając wzrok.  Chyba tak.
Davies zaśmiał się dziwnie.
 Ach, bezpieczne “chyba”.
Rose zapragnęła jak najszybciej się ulotnić, więc bez słowa chwyciła za klamkę i otworzyła drzwi.
  Do zobaczenia.  pożegnała się, wychodząc i nie odwracając za siebie.
 Dzięki, że byłaś szczera, Rose.   Usłyszała, zanim zatrzasnęła drzwi.
Samochód odjechał z piskiem opon. Rose poczuła przygniatające ją poczucie winy. Za co jej dziękował?
Przecież nie była tak do końca szczera.

3 komentarze:

  1. *Komentarz pisany przez czytelnika znajdującego się w stanie Upojenia Różowego. Może ono objawiać się zachowaniem w stylu szczęśliwe dziecko po otrzymaniu prezentu oraz niekontrolowanymi napadami śmiechu.*
    Dziekuję dziękuję dziękuję! Uwielbiam te szczere sceny Will-Rose i sarkastyczny Will i jego docinki i w sumie całą resztę. Można było dostrzec ten podwyższający się lovometr, kiedy zgadła, że ten gościu uczył grać willa ach ach. Cały Noizz jest super i w ogóle ta nazwa, tak cudownie się ją czyta! Moja wyobraźnia po prostu pędzi w jakieś kosmiczne rejony kurdebele. Jak leciała ta dedykowana piosenka wyobrażałam sobie, że wokalistka wciągnie Rose na scenę i jakimś cudem nie speszy się, a w tłumie będzie jakiś łowca talentów i bum! Jakby ci kiedykolwiek brakowało pomysłów (szczególnie jakichś durnych) to powitam z cieplutkimi ciasteczkami. Oczywiście zawsze podczas czytania jest to nerwowe spoglądanie na pprzewijający pasek, który zmierza ku dołowi, aż w końcu bum :c Dużo weny weny i czasu, żebyś mogła pogodzić pisanie opowiadania z hmm życiem? (I jeszcze raz weny) Z niecierpliwością będę również wypatrywać maila o nowym rozdziale - julia311@o2.pl :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komentarz!
      Ja też lubię ich szczere sceny i rozmowy, w ogóle polubiłam Willa, ciągle próbuję go ujarzmić, a ten mi się wymyka przy pisaniu i robi co chce!
      Na występy sceniczne trochę jeszcze za wcześnie, ale jesteśmy na dobrej drodze :)
      Mam nadzieję, że uda mi się wrzucić rozdział do połowy stycznia, bo mam wolne od uczelni, a następne rozdziały mam mniej więcej zaplanowane. Będzie dużo Rose i Willa, pojawi się też Natalie i James ;)
      Pozdrawiam i całuję,
      Viv

      Usuń
  2. NO JA NIE WIERZĘ!!!! GDZIE SIĘ PODZIAŁ MÓJ KOMENTARZ, NAPRAWDĘ MI SIĘ WYDAWAŁO, ŻE KOMENTOWAŁAM DUŻO WCZEŚNIEJ!!!!
    Tym bardziej, że to chyba ja najbardziej chciałam Willa xDDD
    Ale teraz jestem usatysfakcjonowana ^_^ ^_^ Uwielbiam go, uwielbiam jego relację z Rose i JA PO PROSTU CHCĘ WIĘCEJ TEGO OPOWIADANIA <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3

    OdpowiedzUsuń