logo

6/26/2014

Rozdział XII "Zobowiązania"

I kolejny rozdział, po okropnie długiej przerwie. Następny pojawi się za jakieś dwa tygodnie, obiecuje! Jeśli ktoś chce być powiadamiany o rozdziałach, po prawej stronie można wpisać swój adres email, na który będą wysyłane powiadomienia o aktualizacjach na blogu.
Bez zbędnego przedłużania, przedstawiam następny rozdział przygód Rose :)

***



Piątek zaczął się dla Rose szczęśliwe. Widząc deszcz za oknem, nakłoniła tatę, aby zawiózł ją do szkoły, dzięki czemu dotarła do niej całkowicie sucha, a gdy weszła do klasy, dzień stał się jeszcze piękniejszy. Natalie i Pixie pochylały się razem nad ławką, zawzięcie o czymś dyskutując. Czyżby konflikt został zażegnany? Miała nadzieję, że rudowłosa przemogła się i wyjaśniła problem z Danielem.
- Najwyraźniej rozmowa pomogła – odezwał się wspomniany chłopak, podchodząc do niej. – Dzięki, nowa.
- Powinieneś pogratulować Natalie – stwierdziła Rose.
- Słyszałem, że opowiedziała wam o Jamesie – Daniel zmarszczył brwi, a Rose nie wiedziała, czy był zły czy zaniepokojony. – Co o tym sądzisz?
- A co mam sądzić? – zapytała z pobłażliwym uśmiechem. Nie była odpowiednią osobą do wydawania osądów. Myślała swoje, ale nie powinna się tym dzielić z Danielem.
- Przestań, na pewno coś o tym myślisz.
- To jej sprawa, nie chcę mieszać.
- A miałem nadzieję, że czegoś się dowiem. Natalie od czasu tamtego planu nie chce nawet myśleć o Jamesie, a co dopiero rozmawiać. Nie wiem, czy wszystko z nią w porządku, od kiedy tak dobrze potrafi ukrywać swoje emocje.
- Wydaje mi się, że potrzebuje więcej czasu, szczególnie biorąc pod uwagę jej przeszłość. I oczywiście przyjaciół u boku, ale myślę, że to już ma – Rose uśmiechnęła się.
Daniel chciał coś powiedzieć, ale przerwał mu nauczyciel, który wszedł do klasy.
- Proszę zająć miejsca.
Rose ruszyła w stronę swojej ławki, a po drodze odwzajemniła uśmiechy Pixie i Natalie, które siedziały już na swoich miejscach. Wszystko wróciło do normy.

Początek weekendu był dla niej jeszcze lepszy, gdyż nie musiała pojawiać się na żadnej próbie. Z utęsknieniem czekała na bal, kiedy nie będzie musiała już śpiewać z Williamem. Jej dobry humor ostudzał jedynie fakt, że Davies kazał jej się stawić w szkole jutro o ósmej. Miała szczęście, że jej praca zaczynała się dopiero po południu, bo inaczej znowu musiałaby kłócić się z chłopakiem, a była pewna, że tym razem nie dopięłaby swego.
  
Nadszedł czas na wychowanie fizyczne, jak w każdy piątek. Podczas, gdy ona i Natalie niechętnie wykonywały jakiekolwiek ćwiczenia, Pixie aż paliła się, czekając na nauczyciela. Kiedy wyczekiwany mężczyzna przybył i dostrzegł grupę rozleniwionych dziewczyn, westchnął z rezygnacją.
- Miałem naprawdę dobry pomysł – mruknął cicho, prawdopodobnie jedynie Rose go usłyszała, ale nie wróżyło to nic dobrego. – Dobra, słuchajcie! Żeby was zmobilizować, poprosiłem waszych starszych kolegów, żeby zagrali z wami mecz siatkówki.
Wokół Rose rozległy się niechętne jęki i szepty. Ona sama była zaniepokojona, ponieważ takie sytuacje nigdy nie kończą się szczęśliwie. Chłopcy nie oszczędzają dziewczyn, kiedy mogą się w czymś wykazać. Sądząc po pełnej zadowolenia minie pana Jones’a, mężczyzna nie miał o niczym pojęcia. Pixie również nie zdawała sobie z tego sprawy, pomyślała Rose, widząc jak dziewczyna aż drży z podekscytowania. Martwiła się o Natalie, która nie była zbyt dobra w sporcie. Sama dałaby sobie radę, po prostu była zbyt leniwa, żeby chciało jej się wysilić na zajęciach.
- Proszę pana, źle się czuje, mogę nie ćwiczyć? – zapytała jedna dziewczyna z ich klasy, trzymając się za brzuch.
Jones zmierzył ją wzrokiem.
- Dzisiaj nie przyjmuje żadnych wymówek, każda z was będzie grała.
Rose jeszcze nie do końca znała nauczycieli, ale teraz mogła stwierdzić, że pan Jones był śmiertelnie poważny, a ona nie chciała mieć przechlapane, więc siedziała cicho.
- Dobra, ruszcie te leniwe tyłki i śmigajcie na sale! – Mężczyzna klasnął w dłonie, a grupka dziewczyn z ich klasy ruszyła w stronę dwuskrzydłowych drzwi.
- Boję się – mruknęła Natalie, łapiąc ją za rękaw bluzki, którą wygrzebała z szafy. Idealnie nadawała się na ćwiczenia. – Nie umiem grać, wyśmieją mnie – Przerażenie na jej twarzy było komiczne.
- A niech tylko spróbują – Pixie doskoczyła do nich, zakasując rękawy. – Posmakują mojego zabójczego serwu.
Rose spojrzała sceptycznie na drobną i kruchą rękę dziewczyny, ale skwitowała to przewróceniem oczu. Miała złe przeczucie i rzeczywiście nie myliła się. Gdy ich drużyna ustawiła się po jednej stronie boiska i zajęła rozmawianiem, Rose obserwowała drzwi, przez które wchodzili wcześniej wspomniani „starsi koledzy”. Wszystko byłoby w porządku, gdyby jednym z nich nie był James, a drugim William. Dziewczynie zakręciło się w głowie, odwróciła się i czym prędzej podbiegła do Pixie i Natalie. Obróciła je plecami do przybyłych, a zobaczywszy ich zaskoczone twarze, zorientowała się, że jeszcze nic nie zauważyły.
- Zgadnijcie, kim są nasi koledzy, z którymi mamy grać? – zapytała.
- A co, groźni? Niech no tylko poczekają – Pixie już biegła na swoją pozycję, ale Rose złapała ją za kucyka i przyciągnęła z powrotem.
- James i William, rozumiecie co to znaczy?
Natalie momentalnie pobladła, a Pixie zacisnęła usta i przybrała groźny wyraz twarzy.
- To znaczy, że po prostu musimy skopać im tyłki – oznajmiła brunetka z determinacją. – Zgodzisz się ze mną, nowa?
- Jasne, ale nie wiem, czy to będzie takie proste.
- Dziewczyny… - Natalie spojrzała na nie i uśmiechnęła się lekko. – Jest tylko jeden problem.
- Jaki?
- Kompletna ze mnie ciamajda, jeśli chodzi o sport, a James doskonale o tym wie – skrzywiła się.
Rose zachichotała.
- Damy radę, nie jesteśmy tutaj jedyne.
Pixie zmarszczyła brwi.
- Będę cię kryć, po prostu mi nie przeszkadzaj.
Natalie przybiła im piątki, po czym odwróciła się i zajęła swoje miejsce pod siatką. William stał dokładnie naprzeciwko niej, i jak widać dostrzegł ją wcześniej, sądząc po jego spokojnym wyrazie twarzy.
- Tak myślałem, że to was miał na myśli, kiedy mówił o bandzie leniwych dziewczyn z rocznika niżej.
- Uważaj, bo te dziewczyny mogą nieźle zajść ci za skórę – Rose uśmiechnęła się słodko, uginając lekko kolana i przygotowując się do gry. Odwróciła głowę i zerknęła na Jenny, która miała zacząć swoim serwem. Dziewczyna spoglądała maślanym wzrokiem na Daviesa.
- Och. – Rose zamrugała, zbita z tropu. I to by było na tyle agresywnej gry, mającej na celu zdobycie zwycięstwa.  Spojrzała na drugą zawodniczkę – Sam - która prawie śliniła się, wlepiając ślepia w Jamesa. – To koniec – szepnęła przerażona. Dostrzegła Natalie, która zabijała Samanthe wzrokiem i Pixie, która kłóciła się z nauczycielem o długość jej spodenek, a jednocześnie groziła przeciwnej drużynie pięścią.
- Mówiłaś coś? – rzucił William od niechcenia, zaplatając ręce na piersi.
Rose miała ochotę krzyczeć, ale powstrzymała się, zacisnąwszy dłonie w pięści. O nie, dopóki ona tutaj jest, ten egoistyczny dupek nie wygra.
Jenny zaserwowała, ale nie dość mocno, żeby od razu zdobyć punkt. Jeden z przeciwników z łatwością odbił piłkę prosto w stronę Pixie, która wciąż mierzyła wszystkich złym wzrokiem, więc przegapiła szansę. Natalie spojrzała na nią z wyrzutem, a dziewczyna uśmiechnęła się przepraszająco.
Kolejną zagrywkę wykonywał James i Rose mogłaby przysiąc, że kierował ją prosto na Natalie, która taktownie odskoczyła w bok, wydając z siebie niekoniecznie profesjonalny dźwięk. Rose zagryzła wargę, aby powstrzymać śmiech, z czym reszta nie miała problemu. Przeciwnicy śmiali się bezwstydnie, a najgłośniejszy był James. Jaki miał w tym wszystkim cel? Chciał kompletnie pogrążyć rudowłosą? Jeśli taki był jego zamiar, to zadaniem Rose było go powstrzymać.
Przegrywały. Nawet zmiana zawodniczek nic nie dała. Ale Rose nie miała zamiaru się poddawać, w dodatku teraz to ona serwowała. Obracając piłkę w dłoniach, cofnęła się do tyłu, po czym przymknęła oczy i prosiła wszystkich bogów, żeby jej się udało. Dawno nie widziane alter-ego wymachiwało pomponami, dopingując swoje drugie „ja” z całych sił. Rose podrzuciła piłkę i podskoczyła, nie przejmując się, że luźna bluzka unosi się, pokazując jej brzuch całemu światu.
Zacisnęła zęby i uderzyła.
Zobaczyła tylko jak piłka uderzyła w podłogę na części przeciwników, a potem nastała cisza. Wszyscy patrzyli na nią, a Rose była w stanie tylko głupio się szczerzyć. Nagle podbiegła Natalie i szybko obciągnęła jej bluzkę. Wtedy zdała sobie sprawę, że jej dolna część bluzki zaczepiła się o strategiczne miejsce, kiedy podskoczyła. To dlatego żaden z nich nawet nie zareagował na lecącą piłkę. To zdenerwowało i zawstydziło ją jeszcze bardziej.
- Mogę? – rzuciła nonszalancko, wciskając bluzkę do spodenek. Jeden z chłopaków bez słowa podał jej piłkę.
Tym razem zaserwowała bez żadnych upokarzających scen, ale niestety włożyła w uderzenie zbyt dużo siły, więc piłka wypadła poza boisko. Zrezygnowana, zaczęła obserwować Natalie, która wydawała się być zdenerwowana ciągłą obecnością Jamesa. Przestępowała z nogi na nogę, bawiła się włosami, rzadko udawało jej się odbić piłkę. Zmartwiona Rose wpatrywała się w nerwową dziewczynę, czując współczucie.
W następnej chwili kilka rzeczy wydarzyło się jednocześnie. Ktoś jęknął, usłyszała okrzyk: Uważaj!, a następnie poczuła uderzenie i nagły ból. Cofnęła się o krok, zaskoczona i na kilka sekund zastygła w bezruchu. Przed oczami jej pociemniało, krew szumiała w uszach, a nogi się pod nią ugięły. Nie myśląc o niczym, szykowała się na kolejną falę bólu, ale ta nie nadeszła. Zanim zdążyła pomyśleć o czymkolwiek, ogarnęła ją ciemność.

Ocknęła się, czując kołysanie. Otworzyła oczy, zamrugała, ale wciąż niewiele widziała. Czuła tylko, że opiera się o coś ciepłego, chociaż nie miała pojęcia, o co. Jej głowa pulsowała tępym bólem, a nos szczypał i wydawał się być centrum tego cierpienia.
- Hej, żyjesz? – Doleciał do niej znajomy głos, jednak przez chwilowe zaćmienie mózgu nie mogła skojarzyć go z konkretną osobą.
Rozkojarzona Rose uniosła twarz i natychmiast tego pożałowała. Ta ciepła rzecz okazała się być koszulką, która zsunęła się spod jej twarzy. Natychmiast poczuła coś gęstego i mokrego spływającego do jej ust, a przez nagły ruch ból spotęgował się. Po metalicznym posmaku, zrozumiała, że to krew.
- Przyłóż to szybko z powrotem – rozkazał głos, kiedy dziewczyna wytarła twarz zewnętrzną stroną dłoni. Podświadomie zgadzając się z nieznajomym, w końcu znalazła się w wyjściowej pozycji, ale chyba wyczerpało to jej wszystkie siły.
- Po prostu zasnęła – westchnął William Davies z niedowierzaniem, patrząc na opuszczone powieki i równomierny oddech. Jej ręka, która kilka sekund temu kurczowo ściskała go za ramię, teraz opadła bezwładnie.

Gdy obudziła się drugi raz, kołysanie ustało, a ona leżała w nieznajomym pomieszczeniu. Rozejrzała się po sterylnie białym, nieskazitelnym wystroju i doszła do wniosku, że musi znajdować się w gabinecie pielęgniarki. Ta biel raziła po oczach, musiała je lekko zmrużyć.
- Spokojnie, kochanie – Koło łóżka pojawił się wysoki, jasnowłosy mężczyzna, ubrany w biały fartuch. Pierwszym co poczuła Rose było zaskoczenie, jakim cudem pracownik szkoły mógł być tak przystojny. – Jak się czujesz? Wszystko w porządku?
Rose była zbyt zachwycona, żeby odpowiedzieć. Właściwie nie pamiętała nic oprócz tego, że oberwała piłką. Mocno.
- Hm, czyżby narząd słuchu ucierpiał? – wymamrotał, Rose ledwie go słyszała. – Otwórz szeroko oczy.
Wykonała polecenie, a pielęgniarz poświecił w nie małą latarką, uśmiechając się pod nosem.
- Ze słuchem wszystko w porządku. – oznajmił, a dziewczyna zarumieniła się, mimo wciąż odczuwanego echa bólu. – Czy coś cię boli? – zaczął dotykać jej głowy, a ona odpowiadała krzywieniem się. – Jak sądzę, nie pamiętasz nic z tego, co się wydarzyło?
- Wiem tylko, że ktoś uderzył mnie piłką – powiedziała powoli, nie całkiem ufając swoim wspomnieniom.  – Nie mam pojęcia, jak się tu znalazłam.
- Nie martw się, nie jesteś pierwszą, która trafiła tu z takiego powodu. Chociaż ostatnio zjawia się tu coraz więcej dziewcząt, które nie czują się dobrze – zamyślił się, a Rose nie miała serca uświadamiać go, że w rzeczywistości każda z nich jest kompletnie zdrowa. – W każdym razie, z tobą wszystko w porządku. Zostań tutaj do końca lekcji, ból głowy powinien zelżeć.
Mężczyzna uśmiechnął się, po czym oddalił się i wrócił ze szklanką wody, którą postawił na szafce koło łóżka. 
Nie mając nic do roboty, rozejrzała się. Leżała na kozetce, którą okrywała biała mata. Od reszty pomieszczenia oddzielał ją parawan, ale dostrzegła ciemny kontury. Prawdopodobnie należały do szafki i biurka. Widziała też postać, krzątającą się pomiędzy tymi dwoma przedmiotami.
Rose usiłowała sobie coś przypomnieć. Miała wrażenie, że wciąż towarzyszy jej uczucie kołysania, więc ktoś musiał ją tu przynieść. Naprawdę miała nadzieje, że to nie był William, nie chciała być mu nic winna. Mogła zapytać mężczyzny, który siedział przy biurku i zajmował się papierami, ale czuła się zbyt niezręcznie. Swoją drogą, nawet nie wiedziała, jak się nazywa.
Słysząc dzwonek ogłaszający przerwę, Rose ostrożnie wstała i zabrała się za poprawienie posłania.
- Zostaw to, nie przemęczaj się – Pielęgniarz położył jej rękę na ramieniu. – Zajmę się tym.
- Dziękuje za wszystko, teraz czuję się o wiele lepiej – odparła Rose, chociaż wciąż odczuwała lekki ból. – Pójdę już.
- Ach, poczekaj – Mężczyzna zatrzymał ją i wyciągnął rękę, w której trzymał zakrwawioną koszulkę. – To chyba twoje.
Dziewczyna bez słowa chwyciła ubranie, pożegnała się i opuściła gabinet. Czuła się słabo, jakby w każdym momencie mogła się przewrócić. Odwróciła się i spojrzała na tabliczkę, przymocowaną koło drzwi. John McKenzie. Tak brzmiało imię i nazwisko pielęgniarza jej szkoły. Kolejny aspekt, w którym miasta takie jak to różnią się od jej rodzinnych stron, gdzie nauczycielka biologii sprawowała również funkcję pielęgniarki. Nie wspominając o tym, że była zwykłą, starą zołzą.
Idąc ostrożnie i podpierając się ściany, Rose na oczach całej szkoły przemierzała korytarze, zmierzając do szatni, aby w końcu pozbyć się jej stroju. Nie wiedziała, dlaczego ten incydent tak na nią podziałał. Co prawda, uderzenie było naprawdę mocne, ale jego skutki nie powinny utrzymywać się tak długo i być na tyle silne.
Dotarła do szatni, z której właśnie wybiegła Natalie i Pixie, widocznie zmartwione. Na jej widok odetchnęły z ulgą i od razu rzuciły się na nią, mocno obejmując.
- Nie czuję się dobrze, a za chwile dojdzie do tego brak powietrza – uśmiechnęła się, kiedy odsunęły się ze skruszonymi minami.
- To wyglądało naprawdę poważnie, wszystkie się martwiłyśmy – oznajmiła Natalie, patrząc na nią uważnie.
- Ale pan Jones ogłosił remis i stwierdził, że daje sobie spokój z namawianiem nas do aktywnego udziału w zajęciach – Pixie podskoczyła w miejscu. – On też się tym przejął, kazał nam przekazać, że jesteś zwolniona z ćwiczeń do końca miesiąca.
- Co ważniejsze, rozmawiałaś z Williamem? – zapytała rudowłosa, zaciągając je w bardziej spokojne miejsce.
- Czemu miałabym z nim rozmawiać? – Rose była zdziwiona. Czy to jej mózg jeszcze nie działał sprawnie, czy coś przeoczyła?
Pixie i Natalie wymieniły spojrzenia, po czym ta pierwsza zbliżyła się do niej.
- Niczego nie pamiętasz, co? – zapytała przejęta – To William, we własnej osobie, zaniósł cię do pielęgniarki.
Tego się właśnie obawiała. Dlaczego to zrobił? Przecież jej nienawidził, skąd nagle takie heroiczne pobudki?
- Nie wydajesz się zaskoczona.
- Ten człowiek niczym mnie już nie zaskoczy – stwierdziła, zaplatając ręce na piersi, chociaż chwiała się na nogach. – Opowiedzcie mi, jak to się stało. Przede wszystkim, kto tak mocno uderzył w piłkę?
- To jeden z nich, ale po jego przerażonej minie, kiedy zaczęłaś krwawić od razu zorientowałam się, że to był zwykły przypadek – wyjaśniła Natalie.
Rose myślała tak samo, nie przypuszczała, żeby to wszystko było zaplanowane. W końcu nie naraziła się nikomu tak bardzo, żeby próbował poważnie ją zranić.
- To był szok, żadna z nas nie mogła zrobić nic, żeby ci pomóc. Upadłabyś i prawdopodobnie skończyłoby się to o wiele gorzej, gdyby nie William. Jako jedyny zachował zimną krew i już wcześniej biegł w twoim kierunku.  W ostatniej chwili cię złapał, zanim huknęłaś głową o posadzkę.
Rudowłosa przerwała i potrząsnęła głową, jakby otrząsając się ze nieprzyjemnych myśli.
- Ale to nie wszystko – Pixie kontynuowała przerwaną opowieść, za co Natalie posłała jej zabójcze spojrzenie. – Zemdlałaś od razu, dostałaś niesamowitego krwotoku z nosa. A co zrobił Davies? Ściągnął swoją koszulkę i tamował nią krew. Dopiero wtedy reszta ocknęła się z zaskoczenia, a pan Jones kazał mu zabrać cię do gabinetu pana McKenzie. To było naprawdę niespodziewane, William powinien być ostatnią osobą, która by cię uratowała.
- Powinniśmy mu podziękować – stwierdziła Natalie zdecydowanie. – Bez względu na wszystko, gdyby nie on, musiałybyśmy odwiedzić cię dzisiaj w szpitalu.
- Kto by przypuszczał, że zwykły mecz mógł się tak skończyć – mruknęła Rose, wzdychając. Wolałaby przegrać, niż być winną Davies’owi. Była pewna, że ratował ją tylko ze względu na wspólne próby. Co by zdziałał sam, gdyby wylądowała na Izbie Przyjęć?
- Lepiej się pośpieszmy, za chwilę dzwonek – Natalie spoglądała na nią z niepokojem. – Jesteś pewna, że dobrze się czujesz?
- Tak, to tylko lekki ból głowy – posłała jej pocieszający uśmiech. – Pomóżcie mi się przebrać.

Rose wcisnęła koszulkę Williama do torby, planując oddać mu ją jak najszybciej. Powinna ją wyprać prawda? Kolejne zobowiązania względem chłopaka. Wyrzucając go z pamięci, niespiesznym krokiem zmierzała na kolejną lekcje w towarzystwie Natalie i Pixie.
Dwie godziny później szkołę obiegła plotka, jakoby William Davies jednak znajduje się w związku z Rose Parker, której wcześniej podobno dał kosza. Kiedy Rose usłyszała ją po raz pierwszy, była w szoku. Później przyszła wściekłość, która wyparła strach. Kto na tyle nie posiada swojego życia, aby wymyślać takie bzdury?
- Z drogi – warknęła do dziewczyny, która tarasowała przejście, a na widok wyrazu twarzy Rose odsunęła się w zaskakującym tempie.
Może i planowała podziękowania, ale koniec z tym. Nie było trudno sprawdzić, gdzie William Davies ma aktualnie zajęcia. Stanęła przed drzwiami i pozbyła się złości, zastępując ją czystą furią. Zapomniała nawet o zawrotach, które czuła jeszcze niedawno. Otworzyła drzwi, skupiając na sobie uwagę wszystkich w klasie. Wzrokiem odszukała Daviesa, który prawdopodobnie nie przejmował się plotkami, sądząc po rozluźnionej pozie, z jaką siedział i beztroskiej minie, z którą rozmawiał ze znajomymi.
Rose podeszła do niego.
- Idziesz ze mną.
Łaskawie zwrócił na nią wzrok, lustrując ją badawczym spojrzeniem.
- Nie chcę.
- Coś ci się pomieszało, to nie było pytanie – Posłała mu wściekłe spojrzenie. – Idziesz, czy mam cię wyciągnąć siłą? – Co prawda, nie miała pojęcia, jak mogłaby to zrobić, biorąc pod uwagę jej stan.
Uniósł brwi, rzucając jej wyzwanie. O nie, tak nie będziemy się bawić.
- Mam wyciągać to wszystko publicznie? – uśmiechnęła się złowieszczo. – Bo nie mam z tym problemu. – Alter-ego kiwało głową, czując dumę.
Minęło kilka długich sekund, po czym chłopak wstał i podążył za nią, uprzednio rzucając wszystkim przepraszające spojrzenia. Rose rozeźliło to jeszcze bardziej.
Znalazła bezpiecznie miejsce, gdzie zazwyczaj nikt się nie kręcił. Odwróciła się w jego stronę.
- Odkręć to – rozkazała głosem nie znoszącym sprzeciwu. – Natychmiast.
- Co mam odkręcać? – rzucił z kpiącym uśmiechem.
- Naprostuj te wszystkie plotki, które głoszą, że jesteśmy razem – wyjaśniła, chociaż miała pewność, że był wszystkiego świadom. – Nie chcę mieć z tobą nic wspólnego oprócz niezbędnego minimum.
- Chętnie, ale nawet wszechmocny ja nie posiadam takiej siły, która zmusiłaby ludzi do zaprzestania wymyślania coraz to nowszych historyjek.
Tym razem to Rose uniosła brwi.
- William Davies, najpopularniejszy chłopak w szkole, nie potrafi czegoś zrobić – zaszydziła. – Co na to twoje fanki?
- Cóż, doceniają moje zalety w innych dziedzinach.
Podszedł do niej i chwyciwszy jej podbródek, zbliżył swoją twarz.
- Swoją drogą, nie ma za co – powiedział cicho. – Wiedziałem, że docenisz mój bohaterski wyczyn.
Zazgrzytała zębami i wyrwała się z uścisku.
- A więc to był tylko popis? – rzuciła beznamiętnie, chociaż w środku coś się burzyło.
Wzruszył ramionami, nie poruszony jej słowami. Dla Rose wszystko było jasne, uratowanie jej oznaczało kolejne kupony popularności dla Daviesa. Jednak była naiwna.
- W takim razie nie powinieneś mnie w ogóle ratować – stwierdziła. – Wolałabym wylądować w szpitalu.
Wyraz twarzy Williama nieznacznie się zmienił, chociaż Rose nie potrafiła go rozszyfrować.
- Zapamiętam to sobie.

Obserwowała go, kiedy wracał na lekcje, widząc tylko jego plecy. Wtedy przypomniała sobie o koszulce w torbie. Westchnęła ciężko.

2 komentarze:

  1. Masz szczęście paskudo, że przynjamniej dodajesz rozdziały o satysfakcionującej mnie długości po tak karygodnej przerwie, więc to łagodzi odrobine mój gniew, gdy widzę konkretny rozdział ^^ I tak mogłabym się przyczepić, że dla mnie i tak jest za krótki, ale tego nie zrobie xd znaj łaskę :P
    Przechodząc do treści.
    Cieszę się(tak samo, jak główna bohaterka), że Natalie i Pixie się pogodziły, przez co widocznie ulżyło Rose.
    WF.
    Moja zmora.
    Mój wrzód na zacnych pośladkach.
    Po prostu koszmar w czystej postaci i ja sama doprawdy nie wiem skąd się moja awersja do tego przedmiotu wzięła, ale musiałam mieć nie byle jaki powód. Rose podziela moje zdanie, Natalie tak samo, więszkość osób które znam również, więc coś w tym musi być.
    To było do przewidzenia, że będą grały z Jamesem i Willem xD A James to zasługuje na celny i silny rzut piłką w cohones -.- Cham i tyle. Weź mu zrób coś niekoniecznie miłego, and you make my day <3 Akt heroizmu w wykonaniu Williama, mhm. Słodkie i jakże fałszywe. Chociaż na początku, gdy biegł w stronę Rose, w mojej głowie nad jego postacią wykwitły czerwone róże, to później zwiędły równie szybko jak się pojawiły, a mi tylko nóż się sam w kieszeni otwierał. Hardość Rose w końcowej scenie jednak mi wynagrodziła bezczelność Willa ;D Jest coraz lepiej kochanie i błagam cię o częstsze rozdziały. Zrobię co zechcesz, będe bić pokłony czy coś, tylko dodawaj szybciej te rozdziały xD Ale o takiej samej długości! ^^ Buziam, do następnego <3 :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Pixie i Natalie się godziły! Jak miło! :)
    A ta sytuacja na w-fie! Kiedy Rose przeczuwała, że coś się zdarzy na tej lekcji, ja przeczuwałam, że będzie miało to związek z nią! Ja też kilka razy oberwałam piłką w głowę (ja i pech jesteśmy nierozłączni, znamy się jak łyse konie), ale nigdy aż tak mocno, by zemdleć. I jeeeej! Will ją uratował!!!! *______* Chociaż okazało się, że to był tylko popis! Dupek z tego Daviesa. Dupek, i tyle.
    Ale Rose to jest po prostu świetna :D To jak wkroczyła do tej sali i wyciągnęła stamtąd Willa - mistrzostwo :)
    Ty, jako pisarka, również stałaś się moim mistrzem :)

    OdpowiedzUsuń